Meksykański rysownik i scenarzysta opisuje co prawda tylko drobny epizod ze swojego przeszło czterdziestoletniego życia, ale chodzi o wydarzenia poniekąd formacyjne. Intryga „Spotkania w Phoenix” orbituje wokół historii miłosnej czekającej na szczęśliwy happy end. Tony’ego i jego dziewczynę dzieli jednak amerykańska granica. Usychającemu z tęsknoty chłopakowi konsekwentnie odmawia się przyznania wizy, aż wreszcie Tony decyduje się na przekroczenie granicy nielegalnie. I choć nie sposób Sandovalowi nie wierzyć, że tych dramatycznych chwil nie zapomni pewnie już nigdy, to czytelnik nie zatrzyma się przy tym albumie na dłużej. Szczególnie, jeśli zestawi się tę opowieść ze znakomitym „Doomboyem” czy „Tysiącem sztormów”.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Zważywszy na przeżycia autora, może nietaktem będzie nazwanie przedstawionej przez niego historii trywialną, ale „Spotkanie w Phoenix” przypomina zaledwie fabularny szkic. Sandoval nie odpowiada na elementarne pytania, jakie mogą zastanawiać czytelnika podczas lektury: jak poznał ukochaną, jaka była odpowiedź z Marvela czy DC, do których na pewno posłał swoje prace i, wreszcie, czy ta wywalczona w pocie czoła miłość przetrwała próbę czasu? Dlatego też trudno uznać album za rzetelną opowieść autobiograficzną – po prostu trudno się czegokolwiek z tego albumu o autorze dowiedzieć. O ile można zrozumieć celowe niezagłębianie się w skomplikowane kwestie społeczno-polityczne, to jednak szkoda, że sam kontekst relacji USA i Meksyku na dzielącej oba państwa granicy został potraktowany po macoszemu, bo opisywany komiks mógłby posłużyć za znakomitą podkładkę do obrazkowego reportażu. Oczywiście nie ma co zarzucać Sandovalowi, że nie pisze jak Guy Delisle czy Joe Sacco, ale bez świata fantazji wydaje się meksykański komiksiarz nieco zagubiony. Nie jest wykluczone, że „Spotkanie w Phoenix” jest dla niego tytułem mniej ważnym (co biorąc pod uwagę temat, byłoby nieco zaskakujące), pozycją wypchniętą na szybko pomiędzy jednym i drugim komiksem pisanym od serca. Sandoval sam mówił, że symultanicznie pracuje nad co najmniej kilkoma projektami, aby utrzymać tempo pracy i wypuszczać przynajmniej jeden album rocznie, choć rysunki, jak zwykle na wysokim poziomie, nie sugerują, żeby obniżył loty. Ot, wyszła mu prosta historyjka o nieprostej miłości.

Interesujący jest aspekt, którego Sandoval nie rozwinął, a który mógłby powiedzieć sporo o uprawianej przez niego sztuce i niełatwej drodze, jaką przebył. Jeszcze w Meksyku marzył o rysowaniu superbohaterskich potyczek, potem, już w latach 90., własnym sumptem wydał znanego i u nas, mętnego „Nocturno”, który jeszcze nie zapowiadał jego nieprzeciętnego talentu. Rozwinął się dopiero po nawiązaniu znajomości z wydawcami i twórcami europejskimi i w bieżącej dekadzie podpisał się pod trzema znakomitymi komiksami. Prócz wymienionych powyżej „Doomboya” i „Tysiąca sztormów” był to „Wąż wodny”. Łączył je – tak jak i w pewnym stopniu „Spotkanie w Phoenix” – motyw dojrzewania, jego radości i pułapek, ale zestawionego twórczo z emanacjami wyobraźni. Sandoval mówi o sobie, że lubi po prostu wymyślać dziwaczne rzeczy, potwory i mroczne miejsca, lecz istotniejszy od nich jest czynnik ludzki, którym znakomicie operuje i który potrafi nanieść na ten swój realizm fantastyczny. Całkowita rezygnacja, jak udowadnia pozycja będąca przedmiotem tego tekstu, z owych osobistych fascynacji skutkuje suchą i, nieco paradoksalnie, mniej wiarygodną narracją. Tony Sandoval odnalazł własny autorski język i szkoda byłoby, gdyby porzucił poszukiwania w kierunkach wyznaczonych przez poprzednie swoje dzieła. Oby kolejne spotkanie z nim odbyło się nie w Phoenix, a w Nibylandii.

Spotkanie w Phoenix | scenariusz i ilustracje: Tony Sandoval | przeł. Jakub Jankowski, Katarzyna Sajdakowska | Timof i cisi wspólnicy 2016