Przestrzennie ograniczony do wnętrza pędzącego samochodu „Locke” to popis żelaznej dyscypliny. Oparty na kreacji jednego aktora film dźwiga ciężar narracyjnej struktury i aż kipi od emocji

Tytułowy bohater to przykładny mąż i ojciec, który jest u szczytu swojej kariery zawodowej. Następnego dnia ma powstać jego opus magnum, największa w Europie konstrukcja architektoniczna, której budowę miał nadzorować. Jednak jeden telefon sprawi, że bohater przewartościuje swoje priorytety. Zamiast na miejsce budowli uda się do oddalonego o kilka godzin jazdy szpitala w Londynie, gdzie w oczekiwaniu na poród leży jego ekskochanka.

W historii Locke’a wybrzmiewa cały dramat jednej tylko pomyłki, której konsekwencje niczym jad zatruwają kolejne obszary życia bohatera. Bo Locke pomylił się tylko raz, kiedy ni to z litości, ni to z samotności, będąc w delegacji, poszedł do łóżka ze swoją asystentką. Ale, jak zostanie mu przypomniane, różnica pomiędzy raz a nigdy jest jak różnica między zły a dobry. W czasie projekcji trudno jednoznacznie sklasyfikować postawę bohatera. Współczucie miesza się tu z potępieniem, wiara w to, że uda mu się wszystko naprawić, z poczuciem jego fiaska i beznadziei. Duża w tym zasługa Toma Hardy’ego, wcielającego się w tytułowego bohatera. Aktor tak konstruuje swoją postać, że udaje mu się wygrać całe spektrum cech i emocji, nierzadko przeciwstawnych i sprzecznych. Jako Locke jest opanowany i targany emocjami, egoistyczny i pełen poświęcenia dla innych, bezwzględny i tchórzliwy, władczy i podporządkowany, opiekuńczy i niedbały, mądry i głupi jednocześnie. Poskładanie tych emocjonalnych puzzli w jedną wiarygodną całość przypieczętowuje talent brytyjskiego aktora.

Determinacja bohatera, by utrzymać w ryzach rozpadający się świat, mówi dużo o naturze człowieka, któremu biologia nie pozwala bezradnie rozłożyć rąk, każe walczyć do końca, niezależnie od ceny, którą przyjdzie ponieść. Ale sukces drugiego filmu Stevena Knighta tkwi także w tym, że wykracza poza analizę zachowań jednostki w obliczu naruszenia jej poukładanego życia. To również interesująca wiwisekcja stanów psychicznych postaci, która na odległość musi skonfrontować się ze swoimi wrogami i z przyjaciółmi. Reżyserowi udaje się dzięki osobliwej formie uchwycić zmiany, jakie na tym obszarze zaszły w życiu społecznym. Bezpośrednie relacje twarzą w twarz w dobie komórek i internetu zostały zastąpione konfrontacją zapośredniczoną, co bynajmniej nie oznacza, że stały się przez to łatwiejsze. Koszty, jakie musi ponieść Locke, by przeprowadzić kolejną bolesną rozmowę przez telefon, są widoczne jak na dłoni. Nic dziwnego, że roztrzęsienie bohatera w klaustrofobicznej przestrzeni samochodu w mig udziela się widzowi i trzyma za gardło mocniej niż niejeden thriller. Sprawny montaż i nieustanny szum silnika, słyszany na różnym poziomie, w zależności od tego, czy Locke dociska gaz, czy hamuje na światłach, nadaje atmosferze niepokoju niemal fizycznego kształtu. Nic dziwnego, że ma się wrażenie, że nie opuszcza ona kinowej sali nawet na chwilę.

Locke | USA, Wielka Brytania 2013 | reżyseria: Steven Knight | dystrybucja: Solopan | czas: 85 mi | Recenzja: Artur Zaborski, Stopklatka.pl | Ocena: 4 / 6