Skoro film odniósł sukces, kręcimy sequel. Tak to się robi w Hollywood – śpiewają mupety już w pierwszej piosence filmu. Na szczęście wciąż są w całkiem niezłej formie.

Mupety liczyć co prawda za bardzo nie potrafią: wszak „Poza prawem” to już ósmy kinowy film w historii stworzonych przez Jima Hensona lalek. No ale nowe pokolenie fanów poznaje je przede wszystkim dzięki filmom Jamesa Bobina. A drugi z nich zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym skończył się pierwszy. Mupety wróciły na scenę i pokonały pazernego magnata naftowego, który chciał wykupić ich teatr. Wielki sukces, radość, fajerwerki, tylko pojawia się pytanie: co dalej? Z pomocą mupetom przychodzi niespodziewanie podejrzany impresario Dominic Badguy (Ricky Gervais), który proponuje tournée po Europie. Trupa podejmuje wyzwanie, nie zdając sobie sprawy, że z Badguyem współpracuje Constantine – najgroźniejsza żaba świata, bliźniaczo podobna do Kermita. Dominic i Constantine planują obrobić kilka europejskich muzeów, a do tego potrzebują przykrywki w postaci mupetowych przedstawień. Constantine zajmuje miejsce Kermita, ten zaś trafia do rosyjskiego łagru (w którym siedzi, nie wiadomo za co, m.in. Danny Trejo), prosto w łapy swojej największej – choć utajonej – fanki, strażniczki Nadii (Tina Fey). Reszta jest chaosem: rzecz jasna oczekiwanym, pożądanym i bardzo zabawnym. Mupety wędrują z jednej europejskiej stolicy do drugiej, Kermit próbuje wyrwać się z łagru, Dominic i Constantine okradają muzea, a ich tropem podążają leniwy inspektor Interpolu Jean Pierre Napoleon i pełniący funkcję agenta CIA Orzeł Sam.

Fabuła w „Muppetach” jest oczywiście pretekstowa. Bardziej niż akcja liczą się tu pojedyncze skecze, seryjnie powtarzane żarty, gościnne występy gwiazd, jak zwykle zaskakujące oraz wymagające od widzów olbrzymiej uwagi. Większość gości pojawia się na ekranie na kilka lub kilkanaście sekund, wielu z nich nie wypowiada nawet słowa. A wśród mupetów pokazują się m.in. Tom Hiddleston, Chloë Grace Moretz, Zach Galifianakis, Tony Bennett, Stanley Tucci, Hugh Bonneville i Toby Jones. „Christoph Waltz zatańczy walca” – pada zapowiedź i rzeczywiście dwukrotny laureat Oscara pląsa po scenie ubrany we frak. Tylko mupetom tak czerstwy żart może ujść na sucho. Wszystkich hollywoodzkich celebrytów przyćmiewają jednak główne gwiazdy tego anarchicznego show. Kermit jak zwykle jest uosobieniem (użabieniem?) spokoju, zatem najlepsze sceny należą do Fozziego („Nikt nie może być aż tak głupi. To musi być prawdziwy geniusz!” – krzyczy przesłuchujący misia inspektor), Zwierzaka, Piggy oraz oczywiście wiecznie marudnych Waldorfa i Statlera.

Nie wszystko się jednak w „Muppetach: Poza prawem” udało. Fabuła rozciągnięta jest na blisko dwie godziny, więc w drugiej połowie zaczyna się nużyć. Im zresztą bliżej do rozczarowującego finału, tym bardziej spada jakość i intensywność żartów. Bardzo słaba jest także poprzedzająca film krótkometrażówka z bohaterami „Uniwersytetu Potwornego” (chociaż to trudno uznać za winę mupetów). Ale mimo wszystko „Poza prawem” na sukces zasłużyło. Na kolejny film o mupetach z pewnością warto poczekać.

Muppety: Poza prawem | USA 2014 | reżyseria: James Bobin | dystrybucja: Disney | czas: 113 min | Recenzja: Jakub Demiańczuk | Ocena: 4 / 6