"13 grzechów" smakuje wybornie jako antykapitalistyczna agitka, nieco gorzej jako rasowy thriller. Ale nie powoduje niestrawności.

Nawet w tym drugim wypadku nie jest wcale znów tak źle. Irytujące są jedynie te sceny i wątki, które zostały dodane z tego tylko powodu, ażeby uszczęśliwić nastoletniego widza. Jest tu więc i obowiązkowe bezczeszczenie zwłok, i wyraźnie inspirowana przestarzałą już „Piłą” rzeźnia. Ale po kolei. Oto everyman, jakich w tekstach kultury wielu, odbiera telefon. Rozmówca stawia sprawę jasno: wykonaj 13 zadań, a zamiast żyć w długach, zaczniesz pławić się w dostatku. Jest więc „13 grzechów” popkulturową wariacją na mit o Heraklesie uzupełnioną o inspiracje „Truman Show” Petera Weira. Ale nade wszystko to remake tajlandzkiego filmu „13 game sayawng”. W odróżnieniu od oryginału jest tu o wiele mniej przejmująco i znacznie bardziej na bakier z wiarygodnością. Ale przesłanie pozostaje. Co prawda Daniel Stamm powtarza jedynie kilka lewicowych truizmów, według których światem rządzi wąska grupa bogaczy, znudzonych życiem i szukających rozrywki kosztem uboższych.

Można się zaśmiać, można się przejąć, można doznać objawienia albo można się dobrze bawić. I ta ostatnia reakcja jest tu najwłaściwsza, bo „13 grzechów” ma klimat i napięcie przyzwoitej opowieści grozy i bohatera tak przeciętnego i nieporadnego, że jego determinacja przy wykonaniu zadań wypada… wiarygodnie. To jedyna szansa dla człowieka, który uważa, że przegrał w życie. Na szczęście Stamm nie traktuje swojej opowieści zupełnie serio. Sporo tu czarnego – i nie tylko – humoru (jedno z zadań to transakcja wiązana z bezdomnym: struś w zamian za ubranie), który jasno tłumaczy intencje twórcy. Jeśli zadzwoni wasz telefon i usłyszycie propozycję pójścia na ten film, nie zastanawiajcie się 13 razy.