„Gabriel” nie zwiastuje odrodzenia w Polsce kina familijnego, z którego niegdyś słynęliśmy. Jest za to dowodem na to, że i u nas czerpanie z hollywoodzkich wzorców może zaprocentować.

Obraz Mikołaja Haremskiego mógłby być polską wariacją filmów „Kevin sam w…” w tytule, gdyby tylko twórca pozwolił sobie na więcej ironii. Z amerykańskiej serii zaczerpnięto trafiony w punkt komediowy wątek fajtłapowatych złodziei, których losy mniej więcej w połowie projekcji splatają się z losami głównego bohatera, nastoletniego Tomka. Zasługa w tym Sławomira Orzechowskiego i Tomasza Sapryka, którzy w rolach niewydarzonych kryminalistów sprawdzają się wybornie: doskonale radzą sobie z wyczuciem absurdalnych sytuacji, a ich charyzma i aktorski sznyt pozwalają stworzyć oryginalne i wyraziste postacie, między którymi jest niezła chemia. Bez wątpienia to w stronę komedii powinien pójść ten film. Niestety, dla reżysera bardziej istotny okazuje się wątek melodramatyczny, dlatego wspomnianego bohatera, Tomka, wysyła w podróż po Polsce w poszukiwaniu ojca, który niegdyś go porzucił.

Emocjonalny finał tej historii jest jednak niezręczny i nijak nie wpisuje się w klimat całej historii. Gdyby Tomka zagrał rozbrykany Macaulay Culkin, a nie poczciwy Jan Rotowski, nastroje udałoby się wyważyć. Tymczasem bohater pozostaje tylko oszukańczą reinkarnacją znanych i lubianych półsierot z klasyki kina familijnego. Nie kryjąc się z rozlicznymi inspiracjami, Haremski udowadnia przynajmniej obycie w historii kina. Pozostaje żałować, że nie nauczył się maskować ograniczeń budżetu. Sceny zbiorowe rozgrywające się na festynie na zamku wyglądają tak, jakby zabrakło pieniędzy na statystów, którzy wcieliliby się w uczestników imprezy. Ale najbardziej rażąca jest i tak scena zatapiania samochodu, kiedy na dno idzie jedynie maska bagażnika. Jest więc biednie i nienowo.