PREMIERA | Po latach przerwy „Pogromcy duchów” wracają na ekrany kin. Czy dorównają oryginałowi?
Milion odsłon na godzinę. Z taką częstotliwością jeszcze parę miesięcy temu oglądano pierwszy zwiastun odświeżonych „Ghostbusters”. I równie szybko go znienawidzono. Trudno przypomnieć sobie tak zaciętą nagonkę. Ba, można by powiedzieć, że na film Paula Feiga wydano wyrok na długo przed premierą. Zawiedzeni internauci dali wyraz swojemu rozczarowaniu, nie szczędząc zarówno rozżalonych, jak i ewidentnie niegrzecznych komentarzy. Do tego, gdy okazało się, że czarnoskóra pogromczyni nie ma, jak jej białe koleżanki, dyplomu uniwersyteckiego, doszły zarzuty o utrwalanie stereotypu rasowego. Studio zareagowało, tłumacząc podobne reakcje szalejącym seksizmem i mizoginią. A przecież wszystko zweryfikuje sam film. Już niedługo owi krytykanci albo bąkną pod nosem słowa przeprosin, albo tryumfalnie uniosą do góry ręce.
Tak po prawdzie to nie o kobiecą obsadę się rozchodzi, ale o eksperymentowanie z popkulturową świętością, istnym kinematograficznym kultem, jakim jest klasyczny już komediowy dyptyk Ivana Reitmana z lat 80. Gdyby zamiast Kristen Wiig, Melissy McCarthy i spółki wybrano mężczyzn, a żaden z nich nie byłbym Billem Murrayem, reakcja najpewniej byłaby podobnie ostra. „Ghostbusters” A.D. 2016 nie pomógł także fatalny cover ikonicznego kawałka Raya Parkera Jr., kojarzonego z marką na równi z charakterystycznym logo przedstawiającym białego ducha obramowanego czerwonym znakiem zakazu. Bo wydaje się, że w tamtych filmach grało dosłownie wszystko, a każda zmiana będzie zmianą na gorsze. A przecież niekoniecznie, bo historia niejednokrotnie pokazała, że nie powinno się skreślać filmu przed jego obejrzeniem.