POP | Dla Banks nagrywanie drugiej płyty „The Altar” było oczyszczające. Fanów album może nie zachwycić tak mocno jak jej debiut „Goddess” sprzed dwóch lat.

Muzyka jest dla mnie religią, a najświętszym miejscem jest ołtarz (ang. Altar) z moimi piosenkami” – słowa Jillian Banks świadczą o tym, że poważnie podchodzi do tego, co robi. Piosenki, które pisze, od lat są jej formą terapii przed lękami, depresją. Nie inaczej było z tymi, które umieściła na swojej drugiej płycie „The Altar”.

Banks zachwyciła swoim debiutem sprzed dwóch lat, któremu nadała dość odważny tytuł „Goddess” (bogini). Jeszcze przed jego wypuszczeniem pojawiła się w wielu zestawieniach (m.in. BBC Sound of) młodych artystów, na których warto zwrócić uwagę. Krążek wypełniła niepokojącą elektroniką, mrocznym R’n’B, a do tego gorzkimi tekstami, w których nie szczędziła przekleństw. Porównywanej do Fiony Apple, Erykah Badu czy Lauryn Hill artystce towarzyszył tajemniczy, momentami zimny i wyzywający wizerunek. Dla mnie, „Goddess” było jednym z najlepszych debiutów 2014 roku. Na jego następcy „The Altar” Banks w dużej mierze kontynuuje obrany wcześniej kierunek. Momentami brakuje tylko jednego: świeżego, odróżniającego ją od wielu wokalistek ze znakomitym głosem i całą rzeszą producentów klimatu, którym zaczarowała na „Goddess”.