W najnowszej powieści Jorge Franco „Dzika bestia” baśniowość łączy się i z tragizmem, i z okrucieństwem, ale przede wszystkim nieokiełznanym wariactwem, bo nie bez kozery niektórzy dopatrują się u Franco ciągot w stronę estetyki kina Tarantino i braci Coen.
PROZA Kolumbijskiego pisarza średniego pokolenia Jorge Franco chętnie nazywa się następcą Gabriela Garcíi Márqueza. Rzecz zdawałaby się z gruntu podejrzana, bo wydawcy, jak wiadomo, miewają niereformowalny zwyczaj wciskania czytelnikom na siłę rzekomo nowych Hemingwayów, nowych Houellebecqów, nowych Stephenów Kingów czy nowych Gombrowiczów. O reklamowanych następcach mistrzów skandynawskiej literatury kryminalnej nie warto nawet wspominać, bo tych nie sposób się doliczyć. Z Franco sytuacja okazuje się o tyle odmienna, że podobno to sam Márquez był skłonny widzieć w nim swojego sukcesora. Dużo się mówi o realizmie magicznym powieści Franco, a już samo to sytuuje go blisko twórczości jego wielkiego rodaka. Realizm magiczny w wydaniu Franco nie jest jednak tym, którego z nadzieją mogliby oczekiwać zagorzali fani „Stu lat samotności”. W najnowszej powieści Jorge Franco „Dzika bestia” baśniowość łączy się i z tragizmem, i z okrucieństwem, ale przede wszystkim nieokiełznanym wariactwem, bo nie bez kozery niektórzy dopatrują się u Franco ciągot w stronę estetyki kina Tarantino i braci Coen.