W KINACH | Oglądanie filmu Hirokazu Koreedy jest jak spotkanie z ulubionymi krewnymi. „Nasza młodsza siostra” w nienachalny sposób wprowadza widzów w dobry nastrój

Charakteryzująca bohaterki filmu Koreedy zaraźliwa skłonność do afirmacji życia nie bierze się bynajmniej z poszukiwania łatwego eskapizmu. Wręcz przeciwnie, prezentowana przez nie postawa okazuje się rezultatem głębokiej refleksji i świadectwem emocjonalnej dojrzałości.

Jednocześnie obecny w „Naszej młodszej siostrze” optymizm ma w sobie coś zuchwałego. Film można potraktować wręcz jako wyzwanie rzucone Tołstojowi, który w „Annie Kareninie” stwierdzał lekceważąco, że „wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne”. Japoński reżyser próbuje przekonać nas, że kwestie takie jak poczucie wspólnoty, ufność i troska o najbliższych nie mają w sobie nic trywialnego i mogą stanowić wartościowy temat artystycznego namysłu. Chęć zagrania z przyzwyczajeniami widza i dokonania na jego oczach uwznioślenia pozornie banalnej historii wydaje się zresztą jedną z najważniejszych motywacji Koreedy. Podobnej sztuki udało mu się dokonać już w filmie „Jak ojciec i syn” korzystającym z – eksploatowanego głównie w kiczowatych melodramatach – konceptu szpitalnej zamiany noworodków. Sposób zawiązania akcji w „Naszej młodszej siostrze” na pierwszy rzut oka wydaje się równie tandetny. Gdy główne bohaterki orientują się, że gdzieś daleko żyje przyrodnia siostra, o której istnieniu nie miały pojęcia, same żartują zresztą, że czują się, jakby grały w telenoweli.