Na pierwszy plan wysuwa się śledztwo prowadzone przez Boscha w sprawie śmierci chłopca zamordowanego dwadzieścia lat wcześniej. Jednocześnie policjant sam jest obiektem dochodzenia w sprawie o zabójstwo popełnione na nieuzbrojonym przestępcy. Te dwa wątki stanowią oś całego serialu, a twórcy mają wystarczająco dużo czasu, by umiejętnie konstruować akcję i stopniować napięcie.
Aż dziw, że detektyw Hieronymus „Harry” Bosch musiał czekać ponad dwadzieścia lat na swój ekranowy debiut: wszak to dla kina wymarzona postać. Weteran z Wietnamu, twardy gliniarz (a w chwilach zwątpienia w słuszność działań policji Los Angeles – prywatny detektyw), często chadzający własnymi ścieżkami i zmagający się z własnymi traumami (jako dziecko był świadkiem zabójstwa swojej matki prostytutki). Amerykański pisarz Michael Connelly skonstruował Boscha z literackich schematów, jedynie nazwisko pożyczając od niderlandzkiego malarza, ale stworzył bohatera z krwi i kości. Bosch pojawił się do tej pory w osiemnastu powieściach, nie licząc gościnnych występów w innych thrillerach Connelly’ego. Aż wreszcie upomniało się o niego kino. Tak, kino, bowiem serial „Bosch” został zrealizowany przez Amazon Prime i – podobnie jak produkcje Netflixa – przeznaczony jest do „binge watching”, czyli oglądania kilku odcinków naraz. W polskiej telewizji będzie pokazywany w tradycyjnym, cotygodniowym cyklu, ale jakości „Boschowi” to rzecz jasna nie ujmuje.