W „Kto się boi Virginii Woolf?” Edwarda Albeego z warszawskiej Polonii broni się przekład Jacka Poniedziałka, ale już nie jego reżyseria. Zmarnowana szansa
Dwa wspomnienia. Wrzesień 2014 roku, mała scena Teatru Kochanowskiego w Opolu, Jacek Poniedziałek reżyseruje „Szklaną menażerię” Tennessee Williamsa. Wcześniej pracował z adeptami, miał za sobą inscenizacyjne wprawki. Jednak debiut pełną gębą, bo było nim opolskie przedstawienie, każe od razu dostrzec w znakomitym aktorze dojrzałego reżysera. Takiego, co nie boi się ostrości tekstu, jest nawet gotów ją podkreślać. „Szklana menażeria” była teatrem bez znieczulenia, gorzką rodzinną psychodramą nie do zapomnienia.
Październik roku ubiegłego. Barbara Hanicka ograniczyła przestrzeń dużej sceny gdańskiego Teatru Wybrzeże do rozmiaru salonu w domu George’a i Marthy, ale jego ściany od podłogi aż pod sufit zbudowała ze stosów książek. Grzegorz Wiśniewski przeczytał „Kto się boi Virginii Woolf?” w tłumaczeniu Jacka Poniedziałka jako rzecz o powtarzającym się co noc małżeńskim rytuale wzajemnego okrucieństwa, nawyku zadawania ran bez żadnej satysfakcji, no i wewnętrznym bankructwie dzieci wysokiej kultury. Wspaniale zagrali to Dorota Kolak i Mirosław Baka, rolę Honey na nowo odkryła Katarzyna Dałek.