Na okładce nowego krążka Savages „Adore Life” widnieje zaciśnięta pięść. To symbol płyty składającej się z opowieści o różnych przejawach miłości. Miłości, o którą trzeba walczyć, miłości, która pcha nas do przodu, o tej, która nas wyniszcza, i tej, która jest odpowiedzią na bolączki dzisiejszego świata. Pięścią z okładki panie z Savages walą w stół i krzyczą: ubóstwiaj życie, jakim jest, bo nie wiadomo, jak długo będzie trwało. Przesłanie płyty powtarzane jest jak mantra w singlu „Adore” i brzmi zabójczo prosto: „Adore life”. Perkusistka zespołu Fay Milton przekonuje, że szczególnie wobec tego, co kilka miesięcy temu stało się podczas koncertu Eagles Of Death Metal w Paryżu, tekst nabiera mocy: „powtarzane wielokrotnie w tej piosence uwielbienie dla tego, co nas otacza, nabrało po tych tragicznych wydarzeniach szczególnego znaczenia. To pokazało,wiele tak naprawdę banalnych prawd, o których jednak często zapominamy. Życie jest ważne tu i teraz, nigdy nie wiesz, kiedy się może skończyć. Dlatego staramy się celebrować każdą chwilę bycia w Savages”.

Cztery panie zaczęły wspólne muzykowanie niemal pięć lat temu. Wokalistka i autorka tekstów Jehnny Beth (naprawdę nazywa się Camille Berthomier) pochodzi z Francji, wcześniej z powodzeniem występowała w rockowym duecie John & Jehn. Pozostałe członkinie to Brytyjki: gitarzystka Gemma Thompson, basistka Ayse Hassan i wspomniana perkusistka Milton, która ma za sobą grę w kilku garażowych bandach, zrealizowała też kilka filmów. Mówią, że przez pierwsze dziewięć miesięcy od założenia zespołu w ogóle nie dotykały instrumentów, tylko debatowały nad konwencją i przesłaniem swojej muzyki. Karierę organizowały powoli. Najpierw było kilka występów na festiwalach, m.in. katowickim Offie w 2012 roku, supporty British Sea Power. Potem epka „I Am Here” i nominacja do BBC Sound. Prasa zaczęła o nich pisać jako o nowej postpunkowej nadziei, godnych następczyniach Joy Division. Preferujące mroczny image panie są jednak dalekie od porównań z wyspiarskimi legendami. Chciały po prostu grać szybko i głośno. Na swoim debiucie „Silence Yourself” z 2013 roku pokazały, że potrafią tworzyć też intymny klimat. Fay powtarza, że zawsze chodziło im o zespolenie surowości z delikatnością. Jeszcze ciekawiej udało im się to na „Adore Life”, płycie dużo dojrzalszej i ciekawszej niż debiut. „Na pewno po pierwszej płycie nabrałyśmy większej wiary we własne możliwości” – mówi Fay. – „Czujemy, że jesteśmy bliżej siebie, lepiej nam się współpracuje i jesteśmy lepszymi muzykami. Tamtą płytę nagrywałyśmy niemal na żywo. Tutaj dopracowywałyśmy własne fragmenty solo. Nie brakowało przy tym improwizacji, chociaż starałyśmy się przemyśleć każdy dźwięk. Chodziło nam przy tym o uzyskanie surowego brzmienia, ale z delikatnymi naleciałościami”. W jego uzyskaniu pomógł Savages producent, z którym pracowały już przy „Silence Yourself”, Johnny Hostile. Fay przekonuje, że mocnym wyznacznikiem dla muzyki Savages są teksty Beth. Ta o miłości potrafi opowiadać w przeróżny sposób. W numerze „Sad Person” śpiewa: „Love is disease, the strongest addiction I know”. W „The Answer”: „If you don’t love me/ You don’t love anybody”, a w „Mechanics”: „When I’m with you/ I want to do/ All the things that/ I’ve never done”. Muzycznie panie wprowadzają niepokojący klimat pojedynczymi dźwiękami gitary, jak we wspomnianym „Mechanics”. Innym razem dają upust swojemu postpunkowemu szaleństwu. W „The Answer” rządzi dzika gitara i szalejąca perkusja Fay, która daje się ponieść niemal jak jej mistrz, perkusista jazzowy Steve Reid. W przyspieszającym do granic możliwości „T.I.W.Y.G.” rządzą doskonałe, szybkie partie gitar. Panie są mniej porywcze chociażby w „Evil” z pulsującym rytmem. Zmienny klimat ma „Surrender” z noise’owym, garażowym fragmentem.

Członkinie Savages przyznają, że kilka tematów się zmieniło po tym, jak wypróbowały je na żywo, w konfrontacji z publiką. Dla nich takie występy są niezwykle ważne i sama Fay wyznaje, że na scenę wychodzi jak do walki na śmierć i życie. Dają na niej z siebie wszystko i takiego podejścia chciały też trzymać się w studio. Udało się. Słychać, że Savages grają po coś, chcą przez swoją muzykę przekazać konkretne emocje. Targane w różnych kierunkach, ale skupione na wspólnym temacie. Miłość według Savages nie jest łatwa, ale jak przekonują, miłość to ciągła akcja. Zupełnie jak „Adore Life”. Przy tej płycie na pewno nie będziecie się nudzić. Savages nie mizdrzą się, nie uśmiechają głupkowato, śpiewając o lukrowej miłości do blond sportowca. Bo z miłością nie ma żartów. Z Savages też nie. To poważne rozgrywające na dzisiejszej rockowej scenie, o których zapewne jeszcze nieraz usłyszymy. 

Savages | Adore Life | Matador/Sonic