Lidia Raś: Porozmawiamy o zaletach dwuznaczności?
Rafał Olbiński: Proszę bardzo, choć właściwie powinniśmy mówić o czymś więcej niż dwuznaczność. Za starożytnymi filozofami powtarzam często, że nie ma rzeczywistości, jest percepcja. Jeżeli więc dwie osoby oceniają jeden fakt, to jest to dwuznaczne, a jeśli trzy to już „trójznaczne”. Nie ma jednej prawdy, zwłaszcza gdy dodamy do tego różne konteksty.

Pana obrazy dają wiele możliwości interpretacyjnych, więc trzeba sporo pogłówkować, by zrozumieć ich przesłanie.

Łatwo rzeczywiście nie jest. Zwłaszcza, że ludzie coraz rzadziej chcą szukać takich wrażeń estetycznych, które odpowiadałyby ich wrażliwości. Masy lubią oglądać to, co znają, więc w Luwrze kolejka wije się do Mona Lisy, choć w muzeum jest wiele innych ciekawych obrazów. Ale to ona przypadkiem stała się najbardziej rozpoznawalnym dziełem da Vinci - wcale nie jest najlepszym- i teraz wszyscy chcą to potwierdzić. Wpisujemy się niestety w tłum naśladowców.

Ale może lepiej żeby „Kowalski” wiedział, że Mona Lisę wypada zobaczyć, niż nie miał pojęcia o jej istnieniu?
A oczywiście, niech wie. Tylko że najczęściej na tym się kończy. „Kowalski” utwierdza ikonę w głowie, robi sobie selfie i Luwr ma odfajkowany. Nie szuka samodzielnie, bo nikt go tego nie nauczył. Współczesnego odbiorcę powinno się edukować, ale ponieważ żyjemy w czasach „demokracji” i schyłkowego konsumpcjonizmu, to nikomu na tym nie zależy. Wykształconego obywatela nie potrzebują ani polityka, ani ekonomia, bo kretynem łatwiej manipulować. W tym kabarecie demokracji jednakowo ważne są głosy wykształconych i prymitywów, a ponieważ tych drugich jest więcej, w związku z tym politycy ich kokietują. Boją się obrazić chama, bo on potem może na nich nie zagłosować. Niestety, zaszłości historyczne powodują, że mentalnie to my jesteśmy zakutą wsią europejską. I to cud, że mamy społeczeństwo, w którym choć 10 proc myśli.

To jak Pan znajdzie widza swoich obrazów?
Liczę na pozytywny snobizm, dzięki któremu na przestrzeni wieków tworzyła się kultura, a społeczeństwa doskonaliły. I takiemu widzowi daję na swoich obrazach opowieść. Wracam do źródła, do tego, do czego malarstwo zostało stworzone czyli do ilustracji mitów. Tak powstawała sztuka, która zawsze była powiązana literaturą. Kiedyś zdarzyło się, że moi studenci nie potrafili odczytać obrazu, napisałem więc baśń na ten temat. To była jedna z interpretacji, moja, ale podpowiadałem, że każdy może stworzyć własną.

Dlaczego akurat baśń?
Bo wpływa na naszą podświadomość. Na baśniach uczymy się wrażliwości, rozpoznawania emocji.

Taki archetyp?
Oczywiście. Dobro, zło, nauka pierwszych wzruszeń. Baśnie są ważne w tworzeniu wyobraźni , bo uczą rozszyfrowywania metafor. Album z moimi pracami wydany kilka tygodni temu w Polsce nosi tytuł „Zalety dwuznaczności”. To rodzaj przeglądu mojej twórczości, artystyczna wizytówka, która w kraju, gdzie zna mnie może 2 proc. społeczeństwa, i to pewno jako „plakacistę”, pozwoli zaprezentować moje obrazy.

Rafał Olbiński Fot. R.Muszyński

Rafał Olbiński Fot. R.Muszyński

źródło: Materiały Prasowe

Nie lubi Pan, gdy nazywa się Pana plakacistą?
Nie lubię, bo co to właściwe ma oznaczać? Że rozwieszam plakaty? Ta etykieta, która do mnie przylgnęła, jest ogromnym nieporozumieniem. Mam na koncie zaledwie 200 plakatów, ale za to namalowałem ok. 1500 obrazów! Bardzo lubię pracę przy plakacie, bo szukanie wizualnego odpowiednika jakiegoś tematu jest wspaniałym intelektualnym wyzwaniem. I to wszystko. Kiedyś lubiłem robić okładki do światowych magazynów. Mam ich chyba więcej niż plakatów, ale nie nazywa się mnie „okładkowcem”, a ilustratorem rzadko. To są tylko etykiety, których nie lubię, ale które współczesna cywilizacja nadaje, bo wtedy wszystko wydaje się być pod kontrolą. Ja cenię sobie twórczy chaos, a nie uporządkowaną rutynę.

Etykietowaniem jest też zestawianie Pana z René Magrittem?
Tak. To totalny nonsens, bo mamy zupełnie inne podejście do sztuki, do malarstwa. On szukał absurdu, ja szukam metafory i symbolu. U mnie wszystko ma znaczenie, a u Magritte’a nic. Ponadto jestem lepszym malarzem, bo on malował dość prymitywnie. Owszem, obaj np. żonglujemy skalą, ale nie my pierwsi i nie ostatni. Ale ponieważ żyjemy w czasach pop kultury, która wbija ludziom kalki do głowy, to mnie z nim kojarzą. Często się zdarza, że ktoś oglądając moje plakaty mówi: „O, jak Magritte”, bo tylko tyle wie o surrealizmie.

A Pan nie jest surrealistą?
Wybrałem dla siebie taki.. ładny realizm, wygładzony, idealistyczny. Trochę przypominający świat prerafaelitów. W nim nie ma brzydoty, bo mnie się wydaje, że podstawową funkcją sztuki jest upiększanie życia.

Pan pokazuje świat, którego nie ma.
Sztuka jest odpowiedzią artysty na to co widzi. Może angażować się społecznie czy politycznie, jak np. Banksy, który uprawia propagandę wizualną. I dobrze. Wg mnie natomiast, sztuka służy pokazaniu świata alternatywnego, który jest odpoczynkiem po brudach rzeczywistości. Mieszkając przez 33 lata w Nowym Jorku, nie malowałem konfliktów, agresji i energii tego miasta. Nie widziałem powodów, dla których miałbym malować NY, skoro on sam się maluje. Tworzyłem idealistyczne obrazy, z motywami zaczerpniętymi z czasów mojego dzieciństwa i młodości, gdy zaczytywałem się literaturą XIX-wieczną, renesansową czy poezją prerafaelicką. Teraz też chcę odreagować od tej agresji, która przetacza się przez Polskę. Odpocząć od ohydnej twarzy, którą pokazali niektórzy rodacy w ostatnich dniach. Ujawnione pokłady nienawiści przerażają. Podczas mojego pobytu w Ameryce zawsze byłem dumny z tego, że jestem Polakiem, a teraz po raz pierwszy w życiu jest mi wstyd. Egoistyczny, prymitywny cham z nas wyszedł. Oczywiście widzę też fantastycznych ludzi w Polsce, którzy chcą zmieniać świat na lepsze. I ja chcę do tej grupy ludzi zmieniających świat na lepsze należeć.

Wśród wielu motywów, które pojawiają się często na Pana obrazach, jest kobieta. Tajemnicza władcza, świadoma swej wartości. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nieco przypomina kobiety Brunona Schulza.
Oczywiście, nie tylko Pani na to zwróciła uwagę. Na taki wizerunek złożyło się wiele rzeczy. Po pierwsze to, że mam cztery siostry, a tylko dwóch braci (śmiech – przyp. red). Kobiety były wokół mnie zawsze. Po drugie – Schulz należał do tego kanonu literatury, którym się zaczytywałem w szkole, i który kształtował moją wrażliwość. Byli też inni: Żeromski (chodziłem nawet do liceum jego imienia), literatura francuska… Nic dziwnego, że te emocje, które się wtedy uwolniły, pojawiają się jak echo w mojej twórczości. To było jak ładowanie akumulatora, które potem zaowocowało w moich obrazach.

Mówi Pan jak rasowy humanista a nie absolwent architektury.
Architektura była bardzo humanistycznym przedmiotem (śmiech – przyp. red). Uczyliśmy się historii sztuki, nie tylko matematyki. To był świetny wydział.

Skąd się Pan wziął na Politechnice Warszawskiej?
W pewnym stopniu zrealizowałem marzenie ojca, któremu wojna nie pozwoliła zostać architektem. Ale, wie pani, miałem 17 lat, gdy szedłem na studia. Nie bardzo wiedziałem wtedy o co mi chodzi w życiu. Trochę rysowałem, choć wcale nie najlepiej. I tak wybór padł na architekturę.

Korzysta Pan z umiejętności tam nabytych?
Niech pani zobaczy: mam tendencję do symetrii. To takie zboczenie po architekturze. Ale także szacunek do perspektywy, harmonii, do kompozycji. Podświadomie czy świadomie, moje obrazy są jakoś zakomponowane. To jest echo mojego wykształcenia, które wyraża się w uwielbieniu dla renesansu, prerafaelitów, dla porządku.

A kiedy Pan się zorientował, że nie będzie architektem?
Chyba już na studiach, bo studiowałem przeciętnie (śmiech – przyp. red). Miałem wiele zainteresowań, bo mój pobyt na Politechnice przypadł na lata 60. Fantastyczne czasy „Niewinnych czarodziejów” Morgensterna, początków polskiej szkoły plakatu, polskiej szkoły filmowej. To był okres fermentu intelektualnego, w którym chciało się uczestniczyć. Na architekturę miałem więc mało czasu. I jeszcze tak się złożyło, że dla kultury polskiej to był doskonały okres, ale dla architektury nie. Dopiero ostatnie 10 lat to znowu jej rozkwit. Chyba teraz dopiero mógłbym żałować, że nie jestem architektem.

Zanim wyjechał Pan do Nowego Jorku, przez 10 lat przygotowywał Pan okładki dla pisma „Jazz Forum” , a nawet był jego dyrektorem artystycznym.
Te okładki to mój uniwersytet. Uczyłem się tam, próbując różnych metod, technik, szukając stylu i swojej drogi. Wkrótce pojawi się album, w którym zostaną one zebrane.

W 1981 roku poleciał Pan z wystawą do USA i tam zastała Pana informacja o ogłoszeniu stanu wojennego. Czy to nie paradoks, że to wydarzenie dla Pana stało się szansą?
Łatwiej było zostać niż wrócić. W dodatku pierwszy raz poczułem podniecenie z powodu możliwości konkurowania z najlepszymi. Wcześniej takie nazwiska jak Milton Glaser, twórca logo I love New York, czy inni wielcy ilustratorzy i designerzy amerykańscy to były legendy. A teraz ci ludzie, startowali w tych samych konkursach co ja np. na okładkę dla „Time Magazine” czy „New York Times”. I tylko umiejętności się liczyły. Przynajmniej w grafice użytkowej, bo sztuki piękne to do końca skorumpowana dziedzina.

Skorumpowana?
Oczywiście. Po tym jak rozmontowano wszelkie kryteria ,trudno właściwie dziś określić co jest sztuką, a co nie. Co jakiś czas wypływa jakieś nazwisko, bo na tym zarabiają kuratorzy, właściciele galerii, no i oczywiście artysta też.

No to może nie jest to coś strasznego?
Ja nie twierdzę, że ci artyści nie są nic warci. Ale mierzi mnie metoda, dzięki której pojawiają się na rynku. Schemat jest zawsze podobny. I jest to doskonały interes. Jeśli ma się parę milionów na zbyciu i chce się zarobić 50 proc. w ciągu trzech lat, to jest to interes idealny. Tylko na skorumpowanym rynku sztuki można tak zagrać, by wykreować artystę w ciągu sezonu. Wie Pani jak to działa? Marszandzi, zorientowani w rynku sztuki, skupują 30-40 obrazów artysty, który ma wg nich potencjał, po ok. 1-1,5 tys. dolarów za sztukę. Przez dwa lata lansują nazwisko, organizują wystawy w galeriach, wykupują miejsca reklamowe w pismach branżowych. Zapraszają też do współpracy redaktorów z tych tytułów, którzy oczywiście piszą korzystne recenzje. Potem robi się ze dwie ustawione aukcje, na których podstawieni ludzie kupują obrazy po 50-100 tys. dolarów. Tak rozchodzi się wieść o nowym nazwisku, które wypada mieć, a ci którzy ten biznes rozkręcili zarabiają na nim nawet 10 razy. Jak dla mnie to dość kiepska metoda promocji nazwiska. Choć przecież nienowa. Pierwszy sygnał, że tak się będzie dziać w sztuce dał człowiek, który za grosze skupił od brata van Gogha jego dzieła. Potem zarobili na tym pośrednicy, kuratorzy, marszandzi.

Kiedy Pan poczuł, że jest już liczącym się w Ameryce artystą?
Na początku byłem wyłącznie ilustratorem komercyjnym i dość szybko trafiłem do czołówki. Ten sukces łatwo było zweryfikować. Jeśli bierze się udział w prestiżowych konkursach i zajmuje medalowe miejsca, to jest oczywistym, że się jest na topie. Ponadto pracowałem przecież w najlepszych magazynach: New York Times, Newsweek, Time, Spiegel… Na szczęście wycofałem się w porę z ilustracji, bo rynek grafik bardzo się zmienił. Przygodę z obrazami zacząłem do przypadku. W 1992 roku mój znajomy, właściciel galerii na West Broadway, zaproponował mi zrobienie ilustracji do zbioru poezji, który miał wydać. Przygotowałem próbne obrazki, ale książka nie wyszła. W rewanżu zaproponował, że zrobi mi wystawę obrazów. Oczywiście zgodziłem się, choć byłem nieco przerażony.

Przerażony?
W 1,5 miesiąca musiałem się przygotować do wystawy, a nie miałem obrazów, bo do tej pory nie myślałem o sobie jako o artyście w tym sensie. Przemalowałem więc na obrazy kilka ilustracji i zrobiliśmy wystawę. Co ciekawe wszystkie prace zostały sprzedane. Nagle, z dnia na dzień, stałem się artystą, co bardzo mi się spodobało. Nadal robiłem ilustracje i plakaty, ale już miałem na uwadze, że teraz otwierają się jeszcze inne drzwi. I tak ewolucyjnie przekwalifikowałem się na drugą stronę barykady czyli fine art, co oczywiście spotkało się z zazdrością moich kolegów ilustratorów i oporem innych, bo do ich środowiska wkraczał typowy outsider.

Zarabiał Pan na życie dzięki plakatom czy obrazom?
Długo żyłem z okładek. I to dobrze żyłem. W najlepszym okresie, w latach 80. za okładkę do Time Magazine można było dostać 4-4,5 tys. dolarów. Z plakatów żyć się nie dało. Wie Pani, że za plakat, który uhonorowano tzw. Międzynarodowym Oscarem jako nagrodę dostałem zdjęcie z autografem Nancy Reagan w różowej sukience, zrobione 30 lat wcześniej niż do mnie dotarło (śmiech – przyp. red). A za plakat w konkursie „New York City Capital of the World” też nie było nagród pieniężnych tylko prezenty w rodzaju biletów na mecz albo trzech dni w hotelu Plaza.

We wrześniu tego roku dołączył Pan do akcji Empiku „Strefa sztuki”. Na przedmiotach użytku codziennego będzie można zobaczyć Pana prace. Jak Pan to pogodzi ze swoimi poglądami o kulturze masowej.
Ja nie mam kompleksu tzw. wielkiej sztuki i bełkoczącego kapłana. Dla mnie sztuka niezmiennie ma czynić życie lepszym i ciekawszym. Może da się to zrobić także za pośrednictwem takich akcji jak ta. Wiele sobie obiecuję jeśli chodzi o walor edukacyjny.

Będzie Pan jak Andy Warhol.
Tak, oczywiście. A to źle? Przecież żyjemy w XXI wieku. Owszem, maluję obrazy za wielkie pieniądze, które wiszą w bogatych domach, ale podoba mi się pomysł, by kolekcję moich obrazów można było kupić jako ikonografię, kalendarz czy grafikę na kubku. Jest to na pewno jeden ze sposobów „robienia” sobie nazwiska i rozpoznawalności, co jest bardzo ważne we współczesnej sztuce. Picasso powiedział, że nie ważne jest co artysta namalował, ważne jest nazwisko. I miał rację. Obraz Picassa bez jego podpisu jest bezwartościowy.

No i wejdzie Pan do pop kultury…
Mam nadzieję, że może ludzie będę się uczyć estetyki na tych moich kiczowatych pracach.

Kiczowatych?
Naturalnie. Kontrolowany kicz to fantastyczna sprawa. Ostatnio kupiłem sobie na aukcji Miami Floryda krawat Gianni Versace. Kicz taki, że coś okropnego! Ale kontrolowany. To właśnie mówił Picasso. Jeśli masz nazwisko i zrobisz kicz to wszystko jest w porządku, ale jeśli taki sam kicz powstanie bez nazwiska, to krytycy cię zniszczą, broniąc wylansowanych nazwisk.

Czego Pan oczekuje po udziale w akcji?
Zrobiłem kiedyś kilka murali oraz znaczków dla poczty izraelskiej i francuskiej. Izrael wydał cały bloczek mojego projektu z wizerunkiem Ireny Sendlerowej, a Francja znaczek poświęcony UE. To niesamowite doświadczenie oglądać swoje prace w różnych skalach. Jeśli sprawdzają się one w obu, to oznacza, że są dobre. Teraz też sprawdzam, czy moje obrazy obronią się na kubkach i torbach. Kiedyś Metropolitan Opera wydawała gadżety z moimi plakatami operowymi i na pewno mi to wielkości nie ujmowało, a wręcz przeciwnie nobilitowało, bo te przedmioty stały obok kubków z obrazami Warhola i Tamary Łempickiej. Chciałbym żeby Kowalski pił kawę, patrząc na obrazek, który dzięki temu ma szansę stać się ikoną i wbić się w świadomość. Wolałbym też, żeby w Polsce sprzedawano kubki z obrazami Dwurnika, Starowieyskiego, Dominika albo…

Olbińskiego?
Tak

Nie jest Pan skromny.
Nie jestem aż tak wielki, żeby być skromnym. Znam swoją wartość, ale też ograniczenia. Wiem, co jeszcze można poprawić, i bardzo mnie to cieszy, bo gwarantuje różnorodność.

Odniósł Pan sukces, bo…?
Sukces? Ma Pani na myśli to, że robię co lubię i z tego żyję? Ja to uważam za cud (śmiech –przyp.red). Ale też ciężka praca, bo żeby trwać, a nie tylko zaistnieć na chwilę, trzeba ciężko pracować. Na szczęście w malowaniu mam jeszcze trochę do powiedzenia. Cieszę się na każdy kolejny obraz, który powstanie. Wstaję rano i jestem podekscytowany, że zrobię coś nowego i za tydzień będę miał płótno, które jeszcze nie wiem jak wygląda. Więc jeśli już mówić o sukcesie, to właśnie to jest sukces: nie opuszcza mnie ciekawość co namaluję.