Na owej planecie, z centralnym punktem jak co roku w Gdańsku, można było na przykład schronić się przed upałem. Mniej więcej w połowie drogi między Teatrem Wybrzeże a Teatrem Szekspirowskim ustawiono specjalną wodną bramkę, aby dawała ulgę zmęczonym spiekotą. Mogła też chłodzić rozgrzane od emocji głowy widzów festiwalowych spektakli, lecz na początku i na końcu imprezy (kiedy w Trójmieście byłem) chętnych nie dostrzegłem. Nie znaczy to, że temperatura prezentacji była niska. Festiwal Szekspirowski ma swoją stałą publiczność, często oblegającą każdy kawałek schodów na widowni, a jednocześnie przyciąga turystów korzystających z atrakcji nadmorskiego lata. Nie sposób nie zauważyć, że się odbywa dzięki licznym performance’om, małym widowiskom, paradom. Impreza niewątpliwie wpisała się już w pejzaż Trójmiasta, trudno wyobrazić sobie, że mogłoby jej zabraknąć. Tym bardziej że od dwóch edycji naturalnym miejscem prezentacji jest Teatr Szekspirowski – mimo incydentalnych kłopotów technicznych miejsce nie tylko w skali naszego kraju unikalne.

Festiwal Szekspirowski trwa zatem i dobrze, że trwa. Spędziłem na nim w tym roku cztery dni, zobaczyłem co nieco i upoważnia mnie to raczej do formułowania przypuszczeń oraz spisywania impresji niźli przedstawiania kategorycznych sądów. Pierwsze z owych przypuszczeń jest takie, że nie jest to chyba najlepszy czas, gdy idzie o inscenizacje dramatów Williama Szekspira.

Spójrzmy w głąb Polski – do finału konkursu o nagrodę Złotego Yoricka zakwalifikowano w tym roku trzy spektakle. Wygrał „Król Lear” Jana Klaty z krakowskiego Starego Teatru. Jego gdańskie festiwalowe wystawienie ominąłem, wiem, że odbyło się przy wypełnionej po brzegi widowni, która przyjęła spektakl entuzjastycznie. Słyszałem głosy zachwyconych, sugerujących, że prowokacja Klaty dowodzi jego reżyserskiej dojrzałości, sytuując go w wąskim gronie mistrzów polskiego teatru. Inni oponowali jednak, że pomysł przeniesienia akcji do umownie rysowanego Watykanu, umieszczenia rozgrywek z „Leara” w świecie kościelnej hierarchii opiera się jedynie na efektownych obrazach, niosąc ze sobą minimum treści. Tak czy inaczej, ani zwycięski spektakl, ani dwa pozostałe finałowe tytuły nie dały poczucia, że nasi reżyserzy znaleźli właśnie osobny sposób na Szekspira, by odnieść się do tytułu słynnego filmu Ala Pacino. Raczej stanowi on dla nich – i to jest akurat zrozumiałe – dramaturgiczny K2, bardzo, ale to bardzo trudny do zdobycia. Próbują więc iść na skróty, chwytają się różnych lin i podpórek, aby szczyt uczynić mniej niedostępnym. Tyle że potem ich propozycje mogą być uważane jedynie za ekwiwalent utworów autora „Hamleta” i często rzeczywiście nim są.

Do finału konkursu zakwalifikowano w tym roku oprócz „Króla Leara” Klaty oparty na tym samym arcydramacie spektakl Pawła Miśkiewicza „Kto wyciągnie kartę wisielca, kto błazna?” z krakowskiego Teatru Słowackiego oraz „Burzę” Krzysztofa Garbaczewskiego z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Obejrzałem je bez zachwytu, o „Burzy” zresztą w „Kulturze” już wspominałem.

Czy mogę jednak powiedzieć, że gdańska selekcja była błędna, a w ostatecznym zestawie zabrakło choćby jednego tytułu? Wszystkiego nie widziałem, ale na ten moment nie znajduję takiego spektaklu. Polski Szekspir ostatniego sezonu rozpięty był między żenadą („Kupiec wenecki” Aldony Figury w Teatrze Dramatycznym w Warszawie) a bełkotliwym eksperymentem („Hamlet” Garbaczewskiego z krakowskiego Starego Teatru). Pomiędzy nimi nie widziałem żadnej znaczącej inscenizacji. Znów – może coś mnie ominęło. A jednak ufam w tej kwestii selekcjonerowi gdańskiego przeglądu.

Jechałem na festiwal w trzech jasno określonych celach. Po pierwsze, z powodu przedstawienia Pawła Miśkiewicza z Jerzym Trelą w roli Leara. Długo oczekiwana premiera widowiska odbyła się w końcu czerwca, mało kto zdążył zobaczyć je na macierzystej scenie. Tymczasem zamysł autora brzmiał frapująco. Pożenić Szekspira z Samuelem Beckettem, złączyć rozpadający się świat abdykującego władcy ze światem Vladimira i Estragona, wciąż i wciąż czekających na Godota. Bliskie związki obu pisarzy odkryto już dawno, fundamentalne znaczenie miał tu esej Jana Kotta „»Król Lear«, czyli końcówka”. Adaptacja „Leara” dokonana przez Miśkiewicza idzie za interpretacją Kotta, we fragmenty z Szekspira, skupione wokół wątków zdradzonych ojców, Leara i Gloucestera (Tomasz Międzik), wplatając całe połacie tekstu Becketta. Rozumiem, że szło o ukazanie całego absurdu egzystencji bohaterów „Króla Leara”, udowodnienie, że i oni – jak u twórcy „Końcówki” – „urodzili się i to ich zgubiło”. To, co w założeniach intrygowało, na scenie skutkuje jednak chaosem. Widz z trudem porusza się po literackich meandrach przedstawienia, co gorsza, gubi z oczu pierwszoplanowe postaci. Goneryla i Regana, grane przez świetne aktorki Dorotę Godzic i Dominikę Bednarczyk, pozostają jedynie szkicami do portretów wiarołomnych córek króla. Skupia uwagę młoda Monika Frajczyk, rozsadzająca scenę jako niepoddająca się rygorom konwenansu Kordelia. Szacunek budzi skupione aktorstwo Tomasza Międzika i Jerzego Światłonia (Kent). A jednak przegrywają oni z wizją Miśkiewicza, który chciał chyba Szekspira swymi pomysłami zdominować.

Chwilami ze wzruszeniem patrzy się na Jerzego Trelę. Lear to rola na miarę wielkiego aktora, ale gra ją jakby na przekór – delikatnie, powściągliwie, wsobnie. Pobrzmiewają w niej echa Berangera ze wspaniałego przedstawienia Piotra Cieplaka „Król umiera, czyli ceremonie”, a nawet Ojca z wielkiego „Ślubu” Jerzego Jarockiego. Być może tak to sobie artysta zaplanował, a może stało się to przypadkiem: ów Lear staje się kodą Treli, choć przecież niczego nie kończy. Tym bardziej że chętnie zobaczyłbym aktora nawet w tej samej roli, ale w innym spektaklu. To mogłoby być jeszcze bardziej dojmujące doznanie.

Po drugie, jechałem do Gdańska, by zobaczyć „Makbeta” zrealizowanego przez Luka Percevala w Teatrze Dom Bałtycki w Sankt Petersburgu. Wielki mistrz europejskiej reżyserii nieraz powalał Gdańsk na kolana, choćby fenomenalnym „Hamletem” z Thalia Theather w Hamburgu. Teraz zaproponował ekstrakt z „Makbeta” – rzecz utopioną w dymie i półmroku, a na dodatek rozgrywającą się w... głowie tytułowego bohatera. Mamy więc do czynienia z narastającą obsesją Makbeta, po części podsycaną przez żonę, a po części wynikającą z alkoholowej choroby. Ma to przedstawienie piękne fragmenty (zwielokrotnione, okryte jedynie swymi włosami Wiedźmy zapełniające scenę), sugestywna jest gra rosyjskich aktorów oraz drażniąca uszy gitarowa muzyka Pavla Mikheyeva (wykonywana przez niego na żywo). A jednak „Makbet” z Petersburga nie ma siły największych dokonań Percevala. Więcej, z obejrzanych przeze mnie spektakli Belga wydaje się najsłabszy.

Zdecydowanie wolę – i to jest trzeci powód podróży do Trójmiasta – muzyczno-plastyczny eksperyment „The Tiger Lillies grają »Hamleta«” z Teatru Republique w Kopenhadze. Sedno tkwi w tym, by Szekspirowską tragedię opowiedzieć dwudziestoma songami słynnego tria, z dopisanymi przez Martyna Jacques’a tekstami, komentującymi oglądane w plastycznym skrócie wzięte prosto z „Hamleta” aktorskie sceny. To Szekspir w konwencji makabrycznego kabaretu, chwilami okrutny, prawdziwie ekstrawagancki. Bohaterem wieczoru jest Martyn Jacques z wymalowaną twarzą smutnego klauna i niepowtarzalnym falsetem. Może formuła tego seansu jak z Brechta i Weilla w którymś momencie się wyczerpuje, ale i tak to właśnie Tiger Lillies pokazali na tegorocznym festiwalu całkiem innego, nieprzewidzianego dotąd Szekspira. Czyż nie o to nam wszystkim idzie?