Maj 2015, kolejny odcinek telewizyjnego muzycznego programu „Later... with Jools Holland”, w kolejce do którego ustawiają się najwięksi. Przy fortepianie sam Jools Holland, a obok oparta o instrument Lianne La Havas. Piękna czarnoskóra wokalistka w wytwornej białej sukni śpiewa nagrany po raz pierwszy już w latach 30. standard „Dream a Little Dream of Me”, który wykonywali giganci, od Elli Fitzgerald i Louisa Armstronga, po The Mamas & the Papas. Lianne La Havas robi to z lekkością, wyczuciem, klasą. W tym samym programie wykonuje singiel ze swojego najnowszego albumu „Blood”, „Unstoppable”. Śpiewa go w towarzystwie sekcji rytmicznej, smyczków, chórku, a nawet harfy. Kiedy cofniemy się o cztery lata, w tym samym programie zobaczymy Lianne jeszcze przed wydaniem jej debiutu „Is Your Love Big Enough?” z 2012 roku. Stoi sama z gitarą na scenie, w skromnym kostiumie, zachwycając publikę swoim soulowym głosem. Te oba występy w „Later... with Jools Holland” dobrze pokazują, jaką przemianę przeszła La Havas przez kilka lat kariery. Zawsze imponowała głosem, ale zdaje się, że dopiero teraz stała się w pełni świadomą artystką, która doskonale umie wykorzystać swoje umiejętności wokalne. Dowodem tego jest jej drugi album „Blood”.

Artystyczna pewność

„Dzisiaj czuję się dużo pewniej jako autorka piosenek, ale także na scenie, i to też chciałam pokazać na swojej nowej płycie. Chciałam pokazać wszystko, czego się nauczyłam po debiucie, podczas wielu koncertów, jak one zmieniły mnie jako artystkę” – mówi Lianne La Havas. Na jej nowy materiał „Blood” ogromny wpływ miała wyprawa na Jamajkę, skąd pochodzi jej rodzina ze strony matki. La Havas mówi o tej podróży tak: „Odwiedziłam Jamajkę z mamą i w Kingston spotkałam producenta Stevena McGregora. Trafiłam do jego domu, w którym przebywała chyba cała jego rodzina. Przygarnęli mnie i traktowali jak członka rodziny, a Steven przy okazji pokazał swoje studio. Jammowaliśmy i tak nam się dobrze grało, że postanowiłam do niego wrócić, by nagrać coś na nowy materiał. Nagraliśmy tam m.in. numer »Midnight«, który oddaje to, co przeżyłam na Jamajce, jest esencją tej wyprawy. Praca ze Stevenem dodała mi pewności i pokazała, w którą stronę chcę pójść na nowej płycie”. Stylistycznie „Blood” nieco różni się od „Is Your Love Big Enough?”. Rządzi na nim co prawda neo soul, ale jest tutaj podrasowany jamajskimi rytmami, do tego sporą dawką jazzu, R’n’B i folkrocka. Pracując nad „Blood”, Lianne zwróciła się także o pomoc do innych ważnych osobistości współczesnej sceny. Wśród nich znalazł się Paul Epworth odpowiedzialny chociażby za nagrania Adele, U2 czy Florence Welch. Z nim Lianne nagrała singiel „Unstoppable”. Wokalistka przyznaje, że za pierwszym podejściem nie udało im się to. Po jakimś czasie jednak powrócili wspólnie do studia i zarejestrowali „Unstoppable”, który lirycznie opowiada o zerwaniu i próbie naprawienia związku, powrocie do bycia razem. Cały album jest bardzo osobisty, zresztą nawet jego tytuł „Blood” odwołuje się do korzeni Lianne. Artystka chce nim podkreślić, skąd pochodzi, pamiętać o swoich przodkach, zaznacza, jak jest z nich dumna.

Koktajl muzycznych kultur

„Czuję się Brytyjką, jestem przesiąknięta Londynem, bo tam się urodziłam i mieszkam. Nie zapominam jednak o moim grecko-jamajskim pochodzeniu. Rodzice zawsze pielęgnowali wspomnienia o swoich przodkach. Mój tata mówi po grecku, bywałam w jego rodzinnych stronach jako dziecko. Z drugiej strony w Londynie wychowywali mnie dziadkowie z Jamajki, więc przesiąkłam też tą kulturą. Balansuję na skraju obu kultur także muzycznie” – przekonuje Lianne. Ten kulturowy miszmasz powoduje, że „Blood” jest trudne do jednoznacznego sklasyfikowania. Nie inaczej było zresztą z jego poprzednikiem „Is Your Love Big Enough?”. Debiutancki koktajl folk-soulu Lianne na tyle spodobał się krytykom, że w 2012 roku płyta dostała nominację do prestiżowej Mercury Prize. Wylądowała też tuż za podium brytyjskiej listy przebojów, sprzedając się w ponad 200 tys. egzemplarzy. Do jej fanów należą m.in. Prince (zaprosił ją do zaśpiewania na płycie „Art Official Age”) oraz Paloma Faith, u której Lianne zaczynała karierę w chórkach.

Stylistyczne wojaże na „Blood” umożliwili jej, obok Epwortha, także inni znakomici producenci, jak Mark Batson (pracował z Alicią Keys i Eminemem), Howard Lawrence z duetu Disclosure czy Jamie Lidell. Lianne miesza gatunki nawet w środku pojedynczych numerów. Przykładem jest jedna z najciekawszych kompozycji z „Blood”, „Never Get Enough”. Kawałek zaczyna się delikatnymi dźwiękami akustycznej gitary i namiętnym wokalem Lianne. Po chwili przechodzi w rzężące gitary, którym towarzyszy metaliczny wrzask La Havas. Podobnie wciągający klimat ma dynamiczny „Grow”. Wrażenie robi też napisane wspólnie z Lidellem „Green & Gold”, podszyte mocnym bitem. Szkoda, że w podobną odważną stronę Lianne nie idzie na „Blood” częściej.

Przyszłość neo soulu

Druga płyta La Havas podoba się krytykom, zarówno na Wyspach, jak i za Oceanem. Z nowym materiałem wokalistka dała bardzo dobrze przyjęty koncert na tegorocznym festiwalu Glastonbury (wystąpiła tam już, promując swój pierwszy album). Lianne przyjedzie też do Polski. Wystąpi 17 listopada w warszawskim Palladium, już można kupić bilety.

Przyszłość tej wokalistki zdaje się rysować w pozytywnych barwach. Co prawda nie ma tak mocnego głosu jak Adele ani charyzmy Amy Winehouse, ale spokojnie może stać się nową Jill Scott czy Lauryn Hill, jak określa ją brytyjska prasa. Na pewno dzięki niej neo soul odżył. Lianne o swojej przyszłości mówi: „Mam wiele planów i celów na najbliższe lata. Oczywiście one ulegają zmianom, ale na pewno nie przestanę nagrywać płyt i dzielić się swoją muzyką. Chcę z nią dotrzeć, poprzez koncerty, do każdego zakątka świata, ale z drugiej strony bardzo chciałabym też rozwinąć się jako producentka. Pociąga mnie sam proces tworzenia muzyki, przygotowywania jej tak, żeby fani czuli to, co ja”. Zdaje się, że na nowej płycie parę razy jej się to udało. 

Lianne La Havas | Blood | Warner Music