Autopromocja

"Scenariusz na miłość". Komedia romantyczna z Hugh Grantem

Scenariusz na miłość
Scenariusz na miłośćMedia / Anne Joyce
3 grudnia 2014

Film Marka Lawrence’a schematami stoi, choć jak tylko mogą, starają się je łamać Grant i Marisa Tomei, a na drugim planie J.K. Simmons

Trudno obecnie chyba o większego specjalistę od komedii romantycznych w Hollywood niż Marc Lawrence. Urodzony w Nowym Jorku twórca wyjątkowo upodobał sobie ten gatunek i od dłuższego czasu, mniej więcej co dwa-trzy lata, serwuje widzom kolejną wersję de facto tej samej historii. I nawet jeżeli nie stoi po drugiej stronie kamery, dyskretnie podsuwa swój scenariusz któremuś z kolegów po fachu. Nie pozostaje to bez znaczenia w kontekście jego najnowszej produkcji, bo właśnie element autotematyczny stanowić miał główny wyróżnik filmu „Scenariusz na miłość”.

A jeżeli komedia romantyczna, w ciemno niemal można obstawiać, że będzie grał w niej Hugh Grant. Brytyjski aktor, który przed laty zmiękczył nawet najtwardsze serca rolą w filmie „Cztery wesela i pogrzeb”, wciela się tu w bohatera w Fabryce Snów pewnie niezbyt lubianego. Będącego bowiem żywym dowodem na to, jak cienka granica dzieli sukces od porażki i radość od rozczarowania, a o tym pewnie wielu hollywoodzkich scenarzystów przekonało się na własnej skórze. Jednym z nich jest Keith Michaels, który w gruncie rzeczy sam ukręcił tu na siebie bat. Mężczyzna nie może wyjść z cienia młodzieńczego, oscarowego sukcesu, potwierdzając starą życiową prawdę, że wdrapać się na szczyt jest zdecydowanie łatwiej, niż na nim pozostać. Ale ostatecznie nie o zawodowy sukces tu idzie, a przynajmniej nie w pierwszej kolejności, lecz o prawdziwe uczucie. A tego Ketih szukał będzie już nie jako scenarzysta, a po przekwalifikowaniu – wykładowca uniwersytecki.

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png