7 października 2020 roku sędzia Sądu Najwyższego Maria Lepenioti po 5,5 roku procesu orzekła, że Złoty Świt to organizacja przestępcza. „Nie wygłosiła żadnego podsumowania, w którym za pomocą wielkich słów podkreślałaby podniosłość chwili, historyczną wagę decyzji i jej znaczenie dla greckiej demokracji. Była głosem nagiej sprawiedliwości” – pisze Dionisios Sturis w książce „Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji”.

Na ten wyrok czekała Magda Fisa, matka zamordowanego w 2013 roku rapera Pawlosa Fisasa, niepełnosprawny po ataku bojówek Aleksy Lazaris, jego matka Maria Kaskarika i wielu Greków, którzy nie pogodzili się z tym, że ich kraj w ostatnich latach zbrunatniał.

Trudno jednak nie zadać pytania, jak to możliwe, że organizacja, która budowała swoje struktury wzorując się na NSDAP, mogła istnieć nieprzerwanie od połowy lat 80. XX wieku? Jak to możliwe, że w okresie największej popularności, czyli w roku 2012 otrzymała 18 mandatów w 300-osobowym parlamencie i stała się w nim trzecią siłą? Dlaczego w demokratycznym kraju, policja i prokuratura przymykały oczy i chroniły bojówki napadające na ludzi za ich przynależność etniczną? Dlaczego dopiero śmierć Greka zrodziła refleksję?

I dlaczego w Grecji odmawia się prawa do samookreślenia, a jedno z najważniejszych pytań brzmi: "Apo pu ise?" Skąd jesteś?

„Apo pu ise?” – pytają ciekawscy Grecy. Jeśli twój ojciec jest stąd, to „greckość” otrzymuje się w pakiecie, choćby się jej za bardzo nie chciało; choćby on unikał kontaktu; choćby się nie znało języka, choćby matka była Polką. Grecja upomni się o ciebie w najmniej oczekiwanym momencie.

„Apo pu ise?” – pytali neofaszyści ze Złotego Świtu migrantów, nie oczekując odpowiedzi, bo pytanie miało już nowe znaczenie; stało się zawołaniem do ataku na obcych.

„Zachód słońca na Santorini” jest książką o tożsamości i konsekwencjach złego jej rozumienia lub świadomego wykorzystywania do manipulacji. Przemożna potrzeba zdefiniowania oraz narzucania lub odbierania tożsamości, daje populistom niebezpieczne narzędzie i prowadzi do katastrofy. Wszystkie historie opisane w tej książce mają jeden cel: wytłumaczyć mechanizm, który spowodował, że w kolebce demokracji rację bytu mieli neonaziści, a patriotyzm nierzadko zamieniał się w szowinizm. Niech to będzie też przestroga, że to nie jest tylko problem Grecji. Analogie z Polską są aż nadto wyraźne.

Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji, Dionisios Sturis / Media

Tożsamość

Mamy skłonność do wyobrażania sobie tożsamości jako zestawu cech, które określają kim jesteśmy i determinują nasze zachowanie. Nacjonalizm chce upchać nas w przegródkach, gdzie każdy otrzyma dominującą tożsamość, pozostającą podstawowym narzędziem samodzielenia” (przekł. Anna Dzierzgowska, Jan Dzierzgowski) - pisze Brian Porter- Szűcs w „Całkiem zwyczajnym kraju. Historia Polski bez martyrologii”. Bardzo to trafna diagnoza. Jednych na siłę upycha w przegródce „greckość” trochę na wyrost, innym prawa do niej nie daje się nawet po latach spędzonych w kraju.

W 2021 roku Grecja obchodziła 200. rocznicę wybuchu rewolucji, która po 9 latach walk doprowadziła do powstania państwa greckiego. Jakże znajomo brzmi opinia Sturisa: „Rządy nie przepuszczają podobnych okazji do ugrania na patriotyzmie i etnocentryzmie kilku sondażowych punktów. Politycy ględzą o pojednaniu, umacnianiu narodowej zgody, o dumie, Dumie, która ma nas przepełniać , którą jako dumni Polacy czy „dumni Grecy” powinniśmy otwarcie manifestować”.

W takim podejściu tkwi klucz do zrozumienia dlaczego tożsamość staje się głównie determinantą wykluczania, a kompleksy wobec TAKIEJ przeszłości skutkują szowinizmem. Co to znaczy być Grekiem (i Polakiem)? Czym jest greckość ( i polskość)? – zastanawia się autor.

Odpowiedzi szukał już w książce „Grecja. Gorzkie pomarańcze”. W „Zachodzie słońca na Santorini” kontynuuje wątek, ale po wyraźnie przepracowanej historii. To już nie rozważania, czy tożsamość to sposób w jaki siebie określamy, czy raczej coś, co nas definiuje. To już głęboka samoświadomość i układanie się z krajem na innych, własnych warunkach. Sturis dzieli się z czytelnikami intymną opowieścią o relacji z ojcem, prowadząc ten wątek konsekwentnie przez całą książkę (wychodząc od historii „zbiega z wojska” i pokazując jak w soczewce absurdy kolejnych decyzji). Autor pozwala czytelnikowi obserwować jakie zmiany musiały zajść w młodym człowieku, by mógł ostatecznie z przekonaniem zdecydować, że to on będzie konstruktorem swojej tożsamości. Tak po Baumanowsku akceptując, że tożsamość jest człowiekowi zadana, a nie dana i nieustannie trzeba nad nią pracować.

Czy ten model mógłby być stosowany także w makroskali? Już nie tylko w ujęciu osobistym? Choć wątek prywatny jest w tej książce ważny, to jednak dopełniający, a nie dominujący. A może jeszcze inaczej: wątków jest wiele i mają one pokazać, że wspomniany model niestety nie jest akceptowalny. Choć był! Tymczasowa Konstytucja z Epidawros z 1822 roku zawierała taki artykuł: „Rząd wkrótce zajmie się ustawą o naturalizacji, dla wszystkich obcokrajowców, którzy chcą zostać Grekami”.[...] „Słowo się rzekło. Według kolejnych konstytucji z 1823 i 1827 roku Grekiem nie trzeba było się urodzić, można było nim zostać” - pisze Sturis.

Śledzimy wraz z autorem proces sądowy neofaszystowskiej partii, wędrujemy przez ateński matecznik Złotego Świtu, słuchamy rozmów o marmurach i kariatydzie z Partenonu, oglądamy opis „inwazji, której nie było” i naturalnie nadstawiamy uszu na kolejny odcinek relacji z pobytu młodego Dionisiosa w Grecji. Sturis jest świetnym reportażystą, dowiódł tego już w poprzednich książkach. Wszystkie wątki umiejętnie więc wplata i łączy, wzbogaca o szeroki kontekst historyczny, bo bez tego nie da się wielu aspektów zrozumieć, uzupełnia o relacje, rozmowy, doświadczenia pracy reportera np. w czasie kryzysu migranckiego w Grecji. Jest tam, gdzie trzeba: na granicy, na wyspie Kos, na Lesbos, pyta ludzi, stara się zrozumieć. Niezależnie od tego, którą szufladę otwiera, to i tak wracamy do słowa klucza: tożsamość.

Jest kryzys, jest okazja

Rok 2010 to początek kryzysu ekonomicznego i widmo bankructwa Grecji. Zmniejszane pensje i emerytury, ludzie tracący pracę, narastający w kraju chaos i poczucie braku silnego przywództwa. Wtedy pojawił się Złoty Świt i dał nadzieję. Nie wziął się znikąd. Ugrupowanie, budowane na wzór NSDAP istniało od lat 80. XX wieku, ale długo uważano je za margines. Teraz wykorzystano odpowiedni moment. Złoty Świt zaczął sączyć swoją narrację, opartą na budowaniu zagrożenia obecnością migrantów, obiecując deportację wszystkich obcych, co miałoby poprawić sytuację finansową i gospodarczą. "Grecja tylko dla Greków" – wybrzmiewało coraz częściej, ale ciągle jeszcze ignorowano sygnały, a Złoty Świt krzyczał „Nie pozwolimy, by nas mordowali”. Kto?!

Sturis sporo miejsca poświęca opisowi funkcjonowania struktur, pokazując schemat jej działania. Jej lider, Nikos Michaloliakos, został wpierw radnym Aten, a potem postanowił powalczyć o parlament. Ostatecznie w wyborach w 2012 roku partia zdobyła 18 mandatów na 300. Stała się w nim trzecią siłą. Złoty Świt brylował w mediach, które nie wyczuły zagrożenia i zapraszały jego przedstawicieli do studia jako ekspertów od gospodarki. Opowiadano o ich akcjach prospołecznych (np. o akcji oddawania krwi), ocieplając wizerunek tych samych ludzi, którzy „po godzinach” urządzali nagonki na migrantów i uchodźców, podpalili meczet z modlącymi się ludźmi. Media „robiły swoje”, policja tuszowała zdarzenia, skorumpowana prokurator myliła przypisane jej role.

Dopiero zabicie Greka przelało czarę goryczy. Pawlos Fisas, lewicujący raper, wstawiający się w tekstach swoich piosenek za ludźmi prześladowanymi okazał się być za mało „grecki”. Wtedy dla wielu stało się jasne, że w ich kraju można stracić życie za poglądy. Masowe protesty i ogromna praca prawników doprowadziły do postawienia winnych z partii Złoty Świt przed sąd. Proces trwał 5,5 roku, skalą porównywalny był z procesem w Norymberdze. 57 z 68 oskarżonych skazano, bo dowody jednoznacznie potwierdziły fascynację ideologią faszystowską. Udało się też w końcu skazać zabójców. Dionisios Sturis przysłuchiwał się procesowi. Obszerna relacja także znalazła się w książce. Dotarł do najbliższych ofiar Złotego Świtu, do prawników, którzy wyjaśniają zawiłości sprawy na gruncie greckiego prawa.

Historia Złotego Świtu w Grecji, ostatecznie uznanego za organizację przestępczą, jest historią uniwersalną, jeśli ktoś chciałby poznać mechanizm „rozpychania” się pogrobowców faszyzmu.

Potwór rozdymał się, utył na niepamięci, historycznej niewiedzy, na głupocie, bezradności, nieprzenikliwości, na prostackim rozumieniu wolności słowa, zgroźniał, aż w końcu zaatakował” – Dionisios Sturis.

Tarcza Europy

Gdy w 2020 roku wybuchł kryzys migracyjnym ludzie, latami żyjący w Turcji, nagle pojawili się na przejściu granicznym, zachęceni do przekraczania granicy turecko-greckiej. Nikt nie miał wątpliwości, że stoi za tym prezydent Erdogan. Sturis był na granicy jako reporter, obserwował reakcje rządu greckiego, ale nie udało mu się porozmawiać z szefową KE Ursulą von der Leyen. „Pogranicze obserwowała z wysokości, krążyła nad naszymi głowami w helikopterze”. „Shield of Europe” - takiego określenia użyła. „Tarcza Europy”.

Pięć lat wcześniej był na Kos i Lesbos.

Dziś być może byłby na granicy polsko-białoruskiej, gdyby dopuszczano tam dziennikarzy.

W 2020 to Grecja była „tarczą Europy” i miała bronić granic UE. Jeden z rozmówców Sturisa, Dimitris Christopoulos, ekspert od migracji i praw człowieka, który od lat zastanawia się nad istotą „greckości” tak komentował te wydarzenia: „Wiem, że polski rząd nie akceptuje kwot uchodźczych, solidarnego pomagania uchodźcom, ale to jeszcze nie powód, bym ja akceptował , ze mój rząd działa jak buldog, jak unijna tarcza. Nawet jeśli my zachowamy się jak trzeba, wy będziecie mieli dylemat - będziecie musieli rozważyć co zrobić, co jest dobre, moralne, właściwe. Dlaczego mamy was z tego zwalniać? Nie zgadzam się, by Grecja wykonywała brudną robotę za innych, by zabijała ludzi na granicach po to, żeby innym w Europie było milo i przyjemnie, komfortowo, żeby nie musieli się mierzyć ze zjawiskiem migracji, żeby umywali ręce albo żeby nam za to dziękowali”.

Czytałam tę książkę pod koniec czerwca 2021 roku. Recenzję pisałam cztery miesiące później. Jak wiele zmieniło się przez ten czas, jak inaczej brzmią dziś niektóre fragmenty. Historia okazała się szybsza niż wszystkim mogło się wydawać. W wielu aspektach już się spóźniliśmy, ale kilka spraw można jeszcze ratować. To raz jeszcze Christopoulos: „Gdybyśmy odrabiali lekcje z historii , jako ludzkość bylibyśmy w zupełnie innym, lepszym miejscu”.

Przeczytajcie tę niełatwą książkę. Czytając, co pisze Dionisios Sturis, będzie wam niewygodnie, śledząc, jak to pisze - będziecie zachwyceni.

"Zachód słońca na Santorini. Ciemniejsza strona Grecji"

Dionisios Sturis

Wydawnictwo Poznańskie, 2021 rok