Czy jest szansa na to, że „Tough Love” pobije popularnością „Devotion”? Debiut Jessie Ware zachwycił krytyków („Pitchfork” umieścił go nawet na liście najlepszych płyt dekady) i publiczność (platyna w Polsce, złoto na Wyspach, pierwsza setka Billboardu). Wszystkie laury spadły na Brytyjkę słusznie, bo „Devotion” to przepiękny melanż popu, elektroniki i soulu. Podobną dawkę daje jej drugi krążek „Tough Love”, ale nie sądzę, by powtórzył sukces poprzednika. Grono fanów Ware przyjmie ten krążek zapewne bardzo ciepło. Z kolei ci, którzy jeszcze nie przekonali się do jej twórczości, zapewne znowu posądzą Jessie Ware o pisanie łzawych balladek. 

Jessie Ware niezmiennie lubi nasz kraj i właśnie zapowiedziała kolejną wizytę>>

Już pierwszy numer „Tough Love” oparty na prostym, delikatnym bicie pokazuje, że Ware jak mało kto potrafi czarować melancholijnym klimatem. Wokalnie wchodzi na wysokie rejestry, na zmianę z uroczym szeptem. Bardziej energiczny jest „You & I (Forever)”, z kolei w „Cruel” Ware wchodzi w ciekawe soulowe klimaty. „Say You Love Me” to zbliżenie z R’n’B w towarzystwie Eda Sheerana. Ware pokazuje tu mocne strony swojego wokalu, a smaczku dodają chórki. Współautor Sheeran pokazał z kolei, że potrafi pisać przebojowe ballady. Jednym z najciekawszych numerów jest niezwykle sensualny „Sweetest Song” idealnie pasujący do repertuaru Sade. Z kolei Barry White może pozazdrościć jej pościelówy „Kind of... Sometimes... Maybe”. „Want Your Feeling” i „Champagne Kisses” to kolejne potencjalne przeboje.

Są tu też jednak kawałki nużące, chociażby finalny „Desire”. Pokazuje on, jak bliska jest granica między wciągającą, romantyczną, sprawnie napisaną balladą a minimalistycznym zawodzeniem z niespecjalnie skomplikowanym tekstem. Na szczęście w zdecydowanej większości Jessie Ware na „Tough Love” uwodzi swoją melancholią niż przynudza. Stała się tą, o której marzyła, współczesną Sade: mistrzynią nastroju.

Jessie Ware | Tough Love | Universal Music | Recenzja: Wojciech Przylipiak | Ocena: 4 / 6