„Miasto 44” to kino pełną gębą. Dowód na to, że polski Hollywood nie musi być wcale ironiczną utopią
Za duży blask, jak w „Kanale” Wajdy. Początkowo błyszczy słońce. Wojna się zestarzała, nawet, wstyd przyznać, spowszedniała. Trupy na ulicy, godzina policyjna, łapanki, ale przecież ktoś ma szesnaście lat, ktoś inny wychodzi za mąż, wiśnie bordowieją w cukiernicy, a dziewczyny, pomimo upału, pachną świeżością.
Pod koniec parnego sierpnia 1944 krańcowość była wpisana w potrzebę chwili. Ponieważ życie mogło skończyć się zawsze i wszędzie, nie obawiano się żyć. W uwerturze „Miasta 44” Jana Komasy znajdziemy prawdziwie sensualne emocje: zniewolenie szczęściem młodości wobec nieszczęsnej sytuacji, w której „zakwitające dziewczęta” z arcydzieła Prousta miały za chwilę przekwitnąć spazmem przerażenia.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.