„Violette” wygląda, jakby reżyser Martin Provost, chcąc być niezależny, obawiał się brawury lub skandalu
Odważny projekt, ciekawa bohaterka, a jednak coś w tym filmie sprzęga: w opowieść o pisarce Violette Leduc wkradła się francuska niefrasobliwość czy raczej paryskie uniki.
Biografie filmowe dzielą się na dwie kategorie: albo przybliżają życiorysy postaci doskonale znanych, odkrywając przy okazji prywatne lub intymne szczegóły życia idola, albo odkrywają na nowo kompletnie zapomniane lub pomijane postaci, oddając im po latach honor i znaczenie. Biografia Violette Leduc to ten drugi przypadek. Wprawdzie miłośnicy literatury francuskiej, w ogóle frankofile, mogą się gwałtownie spierać co do znaczenia Violette, nie da się jednak ukryć, że autorka „Bękarta” nie jest i nigdy nie była szerzej znana w Polsce i gdziekolwiek indziej. Provosta do portretu średnio rozpoznawalnej pisarki i feministki zafascynował obraz niezwykłej kobiety, która jako pierwsza odważnie pisała o seksualności kobiet, prawie do aborcji, prymacie związków lesbijskich.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.