Autopromocja

„Wielki błękit” - wszechświat emocji

Wielki błękit
Wielki błękitMedia
8 sierpnia 2014

Na ekrany kin wraca „Wielki błękit” – piękny film, który przypomina, ze Luc Besson był niegdyś jedną z największych nadziei europejskiego kina. To już przeszłość

Kiedy po raz pierwszy obejrzałem „Wielki błękit” Luca Bessona, byłem zakochanym w kinie nastolatkiem z Tarnowa. Szczęśliwe czasy. Nie było DVD ani internetu, niemal nikt nie miał nawet komputera. Filmy oglądaliśmy wyłącznie w kinie oraz w telewizji (zaledwie dwa programy). Z czasem pojawiły się pierwsze kasety wideo. Wiele tytułów do nas jednak nie docierało – „Dzikość serca” Lyncha, „Droga Emmo, kochana Bebe” Szabo czy „Kino Paradiso” Tornatore obejrzałem dopiero na Konfrontacjach Filmowych, kilka lat po światowej premierze. Potem było spotkanie z Kieślowskim podczas Konkursu Wiedzy o Filmie w Gdańsku, z Krzysztofem Majchrzakiem w Gdyni, z Markiem Piwowskim na festiwalu w Łagowie – moje prawdziwe filmowe uniwersytety. W tygodniku „Film”, który sprzedawał się wówczas jak świeże bułeczki, znalazłem artykuł Ewy Mazierskiej mówiący o francuskim fenomenie „Wielkiego błękitu” uznanym przez autorkę za synonim raczkującego wówczas terminu „kino kultowe”. „Wielki błękit” otworzył festiwal w Cannes, zdobył dwa Cezary, w samej Francji obejrzało go dziewięć milionów widzów, trzy kolejne kupiły soundtrack z muzyką Érica Serry. Kolega z liceum był wówczas we Francji, znał dobrze język, przywiózł kasetę wideo, tłumaczył film symultanicznie. Z pierwszej lektury zapamiętałem „Wielki błękit” jako doświadczenie graniczne – oniryczna, baśniowa opowieść o przekraczaniu siebie, własnej mocy i niemocy, o beznadziejnych starciach w konfrontacji z naturą i równie dramatycznych w konfrontacji z bliskim człowiekiem, z przyjacielem, była przenikliwa i przejmująca. Po ponad ćwierć wieku myślę o tym filmie podobnie.

„Jako dzieciak nie wiedziałem, że będę kiedykolwiek reżyserem, ale już wtedy miałem w głowie »Wielki błękit «, widziałem cały film” – mówił Besson. Nigdy artystycznie nie dobił już do tego poziomu, nawet w „Leonie zawodowcu”, nawet w „Nikicie” czy w „Piątym elemencie”. W transgresji Jacques’a Mayola (kreacja mało wówczas znanego Jean-Marca Barra, który wygrał casting na te role m.in. z Christopherem Lambertem i Melem Gibsonem) Besson projektował własne, nigdy niezrealizowane marzenie zostania mistrzem pływackim, jego rodzice byli instruktorami nurkowania, a prawdziwy Mayol, pierwowzór filmowej postaci – rekordzista, który bez aparatu tlenowego nurkował na głębokość stu metrów – największym idolem.

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.