Brian Porter-Szűcs jest profesorem historii na University Michigan-Ann Arbor, gdzie wykłada historię gospodarczą, historię idei kapitalizmu oraz socjalizmu, a także historię katolicyzmu. Urodził się w USA, ale jego rodzina pochodzi z Polski. Jest taki trochę „nasz” – więc pewnie więcej czuje, i trochę „nie nasz” – więc pewnie więcej widzi i rozumie. Na 600 stronach książki „Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii” lekkim, obrazowym językiem, przekonuje, że historia Polski jest ciekawa nie dlatego, że jest nadzwyczajna, ale przeciwnie – bo jest zwyczajna. I absolutnie nie chodzi o torturowanie wrażliwych Polaków przypominaniem, że są nieistotni w skali świata; raczej o uzmysłowienie, że wszystkie globalne trendy znalazły swoje odbicie także u nas.

Cudzoziemiec, który pisze o historii Polski musi wywołać wzburzenie w niejednej patriotycznej piersi” – pisał w 1981 roku we wstępie do „Bożego Igrzyska” inny obcokrajowiec i historyk Norman Davies. I dodawał: „Wkładem historyka w historię nie jest jedynie wiedza merytoryczna, perspektywa, proporcje, zaangażowanie emocjonalne – wszystko odgrywa rolę. I to, że cudzoziemiec nie ma zahamowań i ograniczeń, takich jakie mają historycy piszący o swoim kraju”. A Brian Porter- Szűcs nie ma. Nie ma też problemu z kwestionowaniem mitów, które zadomowiły się w naszej historii. Prowadząc narrację od ostatniego rozbioru do rządów PiS, przypomina, że Mieszko I nie założył państwa polskiego, chłopi długo nie identyfikowali się z polskością, II RP nie była państwem szanującym prawa obywateli, powstanie warszawskie wybuchło wbrew obiektywnym przesłankom, PKB na zdrowie w 1970 roku to 8,2 proc, podczas gdy we Francji 3,9 proc, a w stanie wojennym zginęło mniej ludzi niż w zamachu majowym, nie wspominając już o liczbie ofiar w Salwatorze podczas zamachu stanu. A to nie wszystko…

Anna Dzierzgowska, tłumaczka książki (wraz z Janem Dzierzgowskim), ale też nauczycielka historii napisała w posłowiu, że szkolna wersja nauczania tego przedmiotu to ortodoksja, a książka Portera - Szűcsa to herezja. Trudno lepiej to ująć. Ortodoksja nie znosi wątpliwości i pytań, herezja skłania do dyskusji i namysłu, może więc wywrócić do góry nogami utarte schematy. I o tu chodzi. Nie o atak, ale o poszerzanie horyzontów.

Nieoczekiwanie zresztą, trzy miesiące po premierze książki, wątek nauczania historii pojawił się w tzw. Nowym Ładzie. W Polskim Ładzie. Choć jeszcze nie w Narodowym Polskim Ładzie. I kiedy ja pisałam tę recenzję, w MEiN rodziły się zapewne zręby nowego starego nauczania historii. Będzie tak samo, tylko bardziej. Już nie dwie godziny, ale może pięć-sześć tygodniowo, oddzielnie historia Polski, oddzielnie powszechna, żeby „umacniać polską tożsamość”. W takim kontekście nasilenia martyrologicznego, „Całkiem zwyczajny kraj” jest szczególnie potrzebny, by szukać, sprawdzać, wątpić, dociekać, pokazać inną perspektywę.

Brian Porter- Szűcs osadza dzieje Polski w powiązaniu z wydarzeniami globalnymi. Nie da się bowiem inaczej poznać, zrozumieć, a na końcu wykorzystać na przyszłość wiedzy historycznej. A o to przecież chodzi – żeby zrozumieć. Na przykład to, skąd w Polsce tak silna pozycja Kościoła katolickiego, skąd antysemityzm, skąd tęsknota do wielkich zrywów ideowych, skąd tak mało troski o jednostkę, a tak dużo mówienia o narodzie.

Naród jest transcendentnym zbiorowym bytem, karmionym krwią dzielnych męczenników - Brian Porter- Szűcs

„Narody nie mogą cierpieć. Cierpią ludzie”. To kluczowe przesłanie książki Portera-Szűcsa i zasadniczy jej cel: śledzenie jak kształtowała się nasza świadomość narodowa i idea państwa. W poszukiwaniu wyjątkowości historii Polski, często gubił się człowiek. Zostały „idee” i „naród”. Tylko że narody nie mogą cierpieć. Cierpią ludzie” – to po pierwsze. Po drugie: „Naród nigdy nie jest czymś statycznym” – przypomina Porter- Szűcs. Rozważania o kształtowaniu się polskiej państwowości to jeden z wątków książki. Paradoksalnie dopiero wraz z rozbiorami i zniknięciem z map (uwaga, nie byliśmy wyjątkiem) naród polski zaczął się kształtować, odchodząc od Rzeczpospolitej szlacheckiej. W takim znaczeniu, jakie znamy dziś, naród powstał w XIX wieku, tworząc ideały powstańca i Matki Polki, a „mityczny chłop stał się wyidealizowanym wcieleniem wiejskiej prostoty, religijnym, znającym miejsce w społeczeństwie”.

Autor przestrzega: „Mamy skłonność do wyobrażania sobie tożsamości jako zestawu cech, które określają kim jesteśmy i determinują nasze zachowanie. Nacjonalizm chce upchać nas w przegródkach, gdzie każdy otrzyma dominującą tożsamość, pozostającą podstawowym narzędziem samodzielenia”. Tymczasem, czy mieszkaniec przedwojennej Warszawy żydowskiego wyznania to Polak czy nie? A Warmiak albo Mazur to Warmiak, Mazur, Polak, Niemiec? A jeśli nie mówi po polsku, lecz mieszka w tym regionie? (polecam przy okazji świetną książkę Beaty Szady „Wieczny początek. Warmia i Mazury”). W II RP zależnie od kontekstu ktoś mógł być Polakiem (obywatelem RP) i nie-Polakiem (w sensie etniczno-narodowym) – zwraca uwagę autor. I często spogląda na Polskę oczyma Ukraińców, Żydów, Niemców.

Tak jak z dużą ostrożnością podchodzi Porter- Szűcs do pojęcia „narodu”, tak bacznie przygląda się też opowieści o męczeństwie, nie ufając narratorom, gdyż „zwykle tym wypowiedziom przyświecają określone cele polityczne i ideologiczne”. Trauma osobista – twierdzi autor - pozostawia blizny w psychice na zawsze. Ale „trauma zbiorowa podtrzymywana jest w drodze nieustającej pracy nad współczesną pamięcią. Gdy słabnie trzeba uczyć w szkole pokolenia, by utożsamiały się z wybranymi ofiarami”. Nie ma świętości. Manipuluje się liczbami, wymazuje jednych, stawia na piedestał drugich, buduje resentymenty albo reaguje histerycznie na wzmiankę, że nie wszyscy Polacy byli bohaterami. Oczywistym jest, że polityka historyczna to nie jest wymysł ostatnich lat. Po 1990 roku zatarł się przekaz, że po wojnie w całej Europie dokonały się zmiany, a socjalizm – co prawda w różnych odmianach – ale miał silną pozycję. Uproszczono też opowieść o latach 1944-1989, a - cytując ponownie autora - „manichejski dualizm nie pozwala wyjaśnić doświadczeń prawdziwych ludzi żyjących w tamtej epoce”.

Polska historia to marsz z jednego pola na drugie, z jednej opresji w drugą, od masakry do masakry, z Polską jako nieuchronną zbiorową ofiarą. Taka historia wytwarza narodową martyrologię. Cała wspólnota sprowadzana do roli uświęconej męczennicy”. Taką rolę w budowaniu „W obowiązującej wersji historii prawdziwym Polakiem można być jedynie, gdy się jest bohaterem lub ofiarą (albo jednym i drugim) - Brian Porter- Szűcs

Ten „manichejski dualizm” lansowany mocno przez Kościół katolicki oraz partie nacjonalistycznie kreuje obraz świata, w którym ludzie są z natury grzeszni więc tylko silne instytucje i normy zakorzenione w tradycji mogą utrzymać jedność społeczeństwa (brzmi znajomo, prawda?). Świat podzielony między obóz Chrystusa i obóz Beliala, Królestwo Boże i szatana. „Światu nie pozostaje wybór: albo Bóg, rodzina, zdrowie, kultura i chrześcijańska cywilizacja albo chaos, demagogia, komunizm, nihilizm” - konkluduje autor. W tym propagowaniu dualizmu widzi źródła różnych decyzji i postaw. Między innymi w okresie międzywojnia bezkarność zachowań antysemickich czy w 1944 roku decyzję o … wybuchu powstania warszawskiego („Państwo podziemne idee walki o Polskę, o narodową abstrakcję uczyniło ważniejszą i bardziej realną niż życie pojedynczych ludzi”[…] „ Sytuacja w 1944 nie tłumaczy dlaczego zaryzykowano powstanie bez szans na sukces, ale jeśli przefiltrować to przez narodową ideologię, to łatwiej to zrozumieć. Polski katolik miał dualistyczny obraz świata, gdzie komunizm to zło).

Popularyzatorski charakter książki jest dodatkowym walorem, bo jest to oferta zarówno dla bardziej zainteresowanych historią, jak i dla tych, którzy chętnie zajęliby się tematem, ale odstręcza ich styl naukowy przeważający w opracowaniach. Swoje tezy autor popiera obszerną bibliografią, danymi, wykresami, a co ważne nie traci przy tym z oka człowieka.

Więc na koniec znowu Brian Porter- Szűcs „Za każdym politykiem, za każdym ekspertem wypowiadającym się na temat społeczeństwa powinien stać historyk trzymający transparent: ‘To bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje!’”.