Socrealizm i polską architekturę lat 1945–1989 często traktuje się jako przeszczep sowieckich wzorców. Tymczasem na zachodzie Europy widać wiele podobieństw do polskiego budownictwa tego czasu. W jakim stopniu więzy architektury polskiej z Zachodem zostały utrzymane po 1945 r.?
Ciągłość została zachowana, ale w sposób przewrotny. Tendencje w architekturze w Polsce oraz Europie Zachodniej po 1945 r. były bardzo podobne. Zimnowojennemu modernizmowi była poświęcona wystawa „Cold War Modern. Design. 1945–1970”, którą w 2008 r. można było obejrzeć w londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta. Ukazywała ona podobieństwa architektury po obu stronach żelaznej kurtyny. Zobaczyliśmy, że architektura nie jest emanacją władzy, ale może mieć własny, suwerenny język form wykraczający poza ramy politycznego dyktatu. Słowem: nie jest polityczną kalką.
Ale w Europie Zachodniej nie ma Pałaców Kultury i Nauki.
To nie jest reprezentatywny budynek dla architektury polskiego powojnia. Pałac był zaimportowany, nurt, w którym go budowano, nie znalazł naśladowców. A polska architektura poszła swoją drogą, zakwitł modernizm. Pyta pan o ciągłość – na Górnym Śląsku dużą rolę odgrywała Politechnika Śląska, a kto ją tworzył?
fot. Piotr Kopernok
W dużej mierze kadra z przedwojennej Politechniki Lwowskiej.
Właśnie – a przed wojną Politechnika Lwowska była centrum modernizmu na wysokim europejskim poziomie. Zresztą Górny Śląsk jest szczególnym przypadkiem, gdy mowa o architekturze powojennej. A wszystko zaczęło się tu w 1950 r., gdy socrealizm święcił największe triumfy.
Co wówczas się stało?
Władze w Katowicach doszły do wniosku, że należy zbudować miasto-sypialnię dla wielkiego przemysłu. Mowa o Tychach. Podobny zamiar mieli już Niemcy podczas II wojny – chcieli zbudować Tichau jako przyszłą stolicę górnośląskiej prowincji III Rzeszy. Nic z tego nie wyszło. Do sprawy w zmienionych warunkach politycznych wrócono w 1950 r. Planiści musieli znać projekty niemieckie, lecz stworzyli zupełnie inny układ przestrzenny obecnych Tychów. Zbudowano miasto z własną historią i tożsamością.
Napisała pani, że w XX w. Polacy zbudowali tylko dwa miasta: Gdynię i Tychy.
Tak. I nie przesadzam. Tychy to powojenny odpowiednik przedwojennej Gdyni. Czy pan zna Tychy?
Znam i uwielbiam.
Dobrze. Jeśli pójdzie pan na osiedle A, pierwsze, które budowano, znajdzie pan formułę wzorowaną na średniowiecznym układzie szachownicowym, z placem centralnym i odchodzącymi od niego ulicami. To zabudowa bardziej klasycyzująca, tradycyjna, ale inna niż socrealistyczny barok warszawski. Potem Tychy zaczynają się rozrastać. Powstaje osiedle B, C i cały alfabet do końca z wieloma odmianami moderny. Dziś żyje tam ponad 120 tys. ludzi. Miało to być miasto bez kościołów, a ma pan tam jedne z najciekawszych przykładów architektury sakralnej drugiej połowy XX w.
Jak kościół Jana Chrzciciela na osiedlu C.
A przede wszystkim kościół Ducha Świętego, dzieło Stanisława Niemczyka, z polichromiami prawosławnymi, które stworzył Jerzy Nowosielski. Gdybym miała wskazać ulubiony powojenny obiekt na Śląsku, wskazałabym właśnie tę świątynię. Ten katolicki kościół z prawosławnymi polichromiami to opowieść o naszym ciągłym wahaniu się między Wschodem a Zachodem.
A jak Tychy mają się do Nowej Huty?
Tychy nie powinny mieć kompleksów. Nową Hutę budowano wbrew Krakowowi, miasto robotników miało powstać w kontrze do miasta mieszczańskiego. Ten projekt przyćmienia Krakowa się zresztą nie powiódł. Z kolei projekt Tychów się udał i to jest swoistym cudem. Mało tego: Tychy przerosły pokładane w nich oczekiwania. Nie stały się zwykłą sypialnią Katowic. To odrębne miasto, ze społecznością ludzi, którzy przybyli zewsząd. Tutaj mieszkańcy mówią dziś o sobie z dumą: jestem tyszaninem, jestem tyszanką. Uważają się za tutejszych. Oni są „stela” – jak mówi się na Śląsku Cieszyńskim, „stąd”. Miasto odniosło też sukces gospodarczy. A nie jest to miasto górnicze.
Jeżdżąc po Górnym Śląsku, co rusz natykam się na projekty idealistyczne, niemal utopijne, które udało się zrealizować: Tychy, Nikiszowiec, Giszowiec. Czy na Górnym Śląsku jest szczególnie duże natężenie urbanistyczno-architektonicznych utopii?
Śląsk potrzebuje utopii. On kreuje swoje mity, uruchamia wyobraźnię. Był nieustannie przekształcany, zmieniany, niszczony. Przyjeżdżali jedni przemysłowcy, urzędnicy i twierdzili, że tylko ich prawda jest autentyczna. Później przyjeżdżali kolejni zdobywcy i kazali wyrzucić poprzedni Śląsk na śmietnik, dowodząc, że wyłącznie ich prawda jest prawdziwa. Każdy tworzył własne mity na miejscowym podglebiu, którego dziś już nie ma – to owa Wielka Industria, kopalnie. Nikiszowiec i Giszowiec leżą na przeciwległym biegunie architektonicznym w stosunku do Tychów. Powstały w czasach pruskich wokół kopalni Giesche, późniejszej Wieczorek. Było to nawiązanie do koncepcji zachodnich, które zakładały budowę wokół zakładów osiedli patronackich dla robotników. Giszowiec był wzorowany na angielskich miastach-ogrodach. W środku lasu powstała osada domów jedno- lub dwurodzinnych z ogrodami. Nikiszowiec to z kolei zabudowa wielorodzinna, charakterystyczne domy z czerwonej cegły. Obydwa miejsca powstały w czasach Cesarstwa Niemieckiego, trwały w II RP i III Rzeszy, aż w końcu PRL stwierdził, że należy to wszystko zniszczyć i zrobić miejsce blokom z wielkiej płyty. I zaczęto burzyć Giszowiec.
Protestowano?
Oczywiście. Architekci, konserwatorzy, historycy sztuki przekonywali, że to zabytek. W końcu proces wyburzania zatrzymano.
Niestety dość późno. Place budów wielkich bloków w Giszowcu i rozbiórka starej zabudowy posłużyła Kazimierzowi Kutzowi jako sceneria do nakręcenia filmu „Paciorki jednego różańca”. Przedstawia tam dramat emerytowanego górnika, który nie chce porzucić swojego domu i przenieść się do bloku.
Wiele zniszczono, ale szczęśliwie część zachowano. Natomiast w całości przetrwał Nikiszowiec. Dekadami był zapomniany, aż w końcu w ostatnich latach uznano go za zabytek, zaczęto rewitalizować i dziś nawet budowane przy historycznym Nikiszowcu domy są najbardziej rozchwytywane w Katowicach. Okazało się, że sam Nikiszowiec został dobrze zaprojektowany: wewnętrzne dziedzińce sprzyjają kontaktom między sąsiadami, relaksowi dorosłych czy zabawie dzieci. Na Nikiszu chce się mieszkać, miejsce stało się nawet prestiżowe.
Tak, znajomi mieszkający na Nikiszu chwalą sobie to, że zabudowa dzielnicy sprzyja tworzeniu się wspólnoty.
Nikiszowiec odkryli na nowo śląscy historycy sztuki, którzy przekonują, że jest perłą architektury i urbanistyki początku XX w., czasów, gdy rodziły się nowoczesność i moderna. Te wszystkie – jak pan je nazywa – utopie zwyciężyły, choć czasem na ich triumf trzeba było czekać wiele dekad: Nikiszowiec, Giszowiec czy Tychy to dziś przyjazne mieszkańcom miejsca, a nie „relikty pruskości” czy „okropne socjalistyczne miasta”. Tego nikt nam w Warszawie nie zadekretował, to wyrosło ze Śląska i nie było tworzone w kontrze do swego sąsiedztwa jak narzucona ongiś Krakowowi Nowa Huta.
Kiedy zaczęliście sobie uświadamiać jako historycy, że Śląsk ma własną tradycję?
W latach 70. i 80. Wiedzieliśmy, że nie wszystko musi być przywiezione, że mamy własne, choć to przywiezione też przyjmiemy i zakorzenimy w tutejszej glebie. Wtedy zaczął się śląski renesans. Powie pan, że to, co mamy, jest niejednorodne. Tak – jest niejednorodne, jak na każdym pograniczu. Pogranicze będzie przemieszaniem kultur i tu zawsze będzie pachniało czeskością, niemieckością, polskością, protestantyzmem, tradycją żydowską też. Gdyby to wszystko odrzucić, pozostałaby pustka. Tego chciał sowietyzm i to mu się nie udało.
fot. Piotr Kopernok
Katowicki spodek powstał na miejscu hutniczej hałdy
Czytamy przeszłość w kluczu epok politycznych czy gospodarczych i koniec stalinizmu uznajemy za odwilż. W architekturze 1956 r. przyniósł też wiele złego. Odejście od socrealizmu sprawiło, że tylko tyskie osiedle A zachowało wyjątkowy charakter.
Rozczaruję pana: odejście od socrealizmu było dobre dla architektury. Ta socrealistyczna norma była skostniała, nie rozwijała się. Zanik socrealizmu dał architekturze oddech i umożliwił jej rozwój. To trwa zresztą do dzisiaj, tak jak w Tychach – to miasto ciągle się tworzy, to żywy organizm. Dziś trwa tam na przykład dyskusja: czy wpuścić do miasta deweloperkę, czy też zbudować centrum miasta, którego jest ono pozbawione: ratusz i rynek.
A czy powojenna planowość gospodarki nie uratowała Polski? W 1945 r. należało odbudować kraj i strach pomyśleć, jakie deficyty mieszkaniowe i nierówności społeczne pojawiłyby się, gdyby odbudową mieli zająć się prywatni deweloperzy.
Gospodarka socjalistyczna była źle zorganizowana, panowały braki materiałowe oraz niekompetencja urzędników, którzy kierowali się dyrektywami politycznymi, a nie dobrem ludzi. Rozkradano materiały, bo np. trzeba było we własnej chałupie dach naprawić. Zdobycie wytrzymałych, dobrych materiałów było ogromnym problemem. Ale coś w tym jest, o czym pan mówi. Zalety tamtej epoki dostrzegamy z perspektywy dzisiejszych mankamentów – na przykład dzikiej deweloperki, w której przedsiębiorca nie kieruje się co prawda martwą dyrektywą polityczną, ale zyskiem.
Po socrealizmie na Górnym Śląsku zaczął królować modernizm, często w formach zupełnie niebywałych.
Z katowickim Spodkiem na czele.
Właśnie, Spodek, współczesny symbol regionu. Pani zna te czasy: od końca lat 70. pracowała pani w Zakładzie Historii Sztuki Uniwersytetu Śląskiego. Czy wojewodę śląskiego Jerzego Ziętka trudno było namówić na tak eksperymentalne rozwiązania jak różne „nieortodoksyjne” budowle w Parku Śląskim czy właśnie Spodek?
On był patronem tych pomysłów. Projekt Spodka był rewelacją, jeśli chodzi o nowatorstwo, inżynieryjny kunszt i jego osadzenie w przestrzeni miejskiej – obiekt powstał w ścisłym centrum, na miejscu hałdy hutniczej. Spodek stał się wizytówką Katowic. I sama nazwa – nie żaden patetyczny Pałac Kultury i Nauki, ale swojski Spodek. Co to jest spodek? Podstawka pod filiżankę.
A może na Górnym Śląsku łatwiej było budować eksperymentalne konstrukcje? Obok Spodka, w miejscu, gdzie teraz stoi pomnik Powstańców Śląskich i Hotel Katowice, jeszcze kilkadziesiąt lat temu był zamek niemieckich magnatów Tiele-Wincklerów. Wymazano go jak i wiele innych „reliktów niemieckości”. Być może na tej ziemi, której odgórnie likwidowano przeszłość, należało prędko stworzyć nową teraźniejszość.
Dotyka pan ważnej sprawy – tak, tu wszystko było poniemieckie. Górny Śląsk należało „odniemczyć”, substancję niszczono, zamiast uczynić to, co zrobiono we Wrocławiu, gdzie inkorporowano i zasymilowano znaczną część niemieckiego dziedzictwa. Dam panu tylko dwa przykłady: Hala Stulecia stała się wizytówką miasta, zaś Uniwersytet Wrocławski nie tak dawno obchodził 200-lecie.
Obchodził, ale po burzliwych dyskusjach.
Tak, ale ostatecznie uznano go za kontynuatora uczelni założonej w państwie pruskim w 1811 r. To wzór do naśladowania. Na Górnym Śląsku tego myślenia o ciągłości wielokrotnie brakowało i nadal brakuje. Podam panu analogię: było kiedyś miasto rządzące światem – Rzym. I co się z nim stało? Najechali je ludzie szukający miejsca do życia: Goci, Wandale czy Longobardowie. Rzymianie ich zrazu nie rozumieli, tych barbarzyńców, a przybysze zaczęli się od Rzymian uczyć, nosić togi, mówić po łacinie, a wnukowie przybyszów powiedzieli o sobie: jesteśmy Rzymianami. I zbudowali nam średniowieczną Europę. Takie dramaty Europa zna od dawna i my przeżywamy je na naszej skórze również na Śląsku: w Nikiszowcu, Tychach czy Katowicach.
Czy Górny Śląsk stracił wiele poniemieckich obiektów?
Tutaj dekadami panował polityczny nakaz, że do niemieckiego dziedzictwa nie można się przyznawać, bo jest wrogie, cudze. A czyż nie była to wielka pomyłka? Podobnie jak nie chcielibyśmy, żeby we Lwowie niszczono polskie zabytki – i tak jak Ukraińcy tego nie robią, tak my nie róbmy tu tego z dziedzictwem niemieckim. Wrocław jest przykładem sukcesu – udało się zbudować nowoczesną dzisiejszość na bazie nie swojej historii, którą przyjęliśmy jako własną. Ładnie nazywa to prof. Jacek Purchla – to jest „umojenie”, uczynienie swoim.
Ale jednocześnie poza Śląskiem spieramy się o dziedzictwo poradzieckie, jak Pałac Kultury, a nie rozmawiamy o ponazistowskim, jak gmach urzędowy Hansa Franka – część Wawelu, którą dobudował nazistowski dygnitarz. Jest pani współautorką niedawno wydanej książki „Kłopotliwe dziedzictwo? Architektura Trzeciej Rzeszy w Polsce”.
Takiego dziedzictwa jest więcej – choćby sala marmurowa w gmachu Sejmu Śląskiego w Katowicach czy krakowski zamek na Przegorzałach. Ich pochodzenie zostało zapomniane, wymazaliśmy je z pamięci, ale wciąż tych obiektów używamy. W Katowicach czy Krakowie naziści budowali jednak zaledwie kilka lat, a we Wrocławiu czy Gliwicach? Znacznie dłużej, i tam tej substancji jest daleko więcej. Zapomniano jednak o pierwotnym znaczeniu ideologicznym tych obiektów i je po prostu „umojono”.
I to samo powinniśmy zrobić z pokomunistycznym?
To się już dzieje. Kto dziś wzywa do zburzenia Pałacu Kultury i Nauki?
Wielu czołowych polityków.
I dlaczego tego chcą?
Bo traktują go jak pomnik Stalina. Nieufność do tego budynku przebijała np., gdy telewizja publiczna w czołówce „Wiadomości” zastąpiła Pałac Kultury Zamkiem Królewskim.
To część naszej historii, która nie zawsze jest łatwa i nie zawsze jest czarno-biała. Ten budynek nabrał z czasem nowych znaczeń. To pomnik stalinizmu, którego nie ma, bo stalinizm przepadł, a budynek został. Dla mnie jest miejscem historycznego Kongresu Kultury z grudnia 1981 r., przerwanego stanem wojennym.
Może warto zawiesić więc na nim tabliczkę z napisem: „Pomnik zwycięstwa nad komunizmem”.
Pałac jest symbolem porażki komunizmu. Pamiętam, gdy go budowano. Warszawa leżała w gruzach, on miał dominować nad miastem – i rzeczywiście dominował. Nie przewidywano, że wokół niego powstaną wieżowce. Ale po 1989 r. on zmienia swój sens. Teraz jest otoczony wieżowcami postmodernizmu i już nie panuje nad Warszawą. Musiał się swoją władzą mocno podzielić i dziś wobec mocarnych wieżowców jest coraz bardziej chuchrem.
Tak, bo Pałac Kultury z latami karleje wraz z tym, jak rośnie Warszawa. Obiektom rzeczywiście można nadawać inne znaczenie. Zna pani pomnik Wincentego Pstrowskiego, uznawanego za wzór przodownika pracy, stachanowca, z zabrzańskiej kopalni...
On tam dalej stoi, bo ja go obroniłam.
Jak to?
Walczyłam o to, żeby nie burzyć pomnika Pstrowskiego. Rajcy zgodzili się w końcu go zostawić i tylko zmienić tabliczkę.
Od 2018 r. napis na owej tabliczce głosi, że to pomnik „braci górniczej”, a sam Pstrowski dalej stoi na cokole przy 3 maja w Zabrzu. Pisała pani kiedyś, że Pstrowski to alter ego Mateusza Birkuta z „Człowieka z marmuru”.
Pstrowski to postać tragiczna. Został wykorzystany przez peerelowską propagandę i ostatecznie przypłacił to życiem. Narzucono mu takie normy, że żaden organizm nie mógł tego wytrzymać. Pstrowski to nie bohater systemu, to ofiara systemu, zakłamania, a burzenie jego pomnika jest nieuczciwe dla jego pamięci.
Mam poczucie, że czasem chaotyczna dekomunizacja najbardziej bolesna jest na Śląsku. Tutaj zakwestionowano gros miejscowej pamięci w 1945 r., zadekretowano nowych bohaterów jak Ziętek czy Pstrowski, po czym dziś się ich odbiera i ponownie narzuca nowych – przykład budzącej ogromne kontrowersje zmiany nazwy placu przed katowickim dworcem z Wilhelma Szewczyka na Lecha i Marii Kaczyńskich. Ślązacy wciąż tracą bohaterów.
Tak, ale czy my musimy z nich robić bohaterów? Może w tym jest problem. Może to byli ludzie z krwi i kości, którzy mieli wady i zalety, którzy chcieli zrobić coś dobrego, ale nie wiedzieli, że kroczą drogą donikąd – to właśnie przykład Pstrowskiego. Jego pomnik udało się obronić, ale już na przykład katowicki dworzec kilka lat temu mimo protestów został zburzony. Ale dziś by tak nie postąpiono. Coraz bardziej doceniamy to, jak nasza architektura lat 1945–1989 była często na europejskim poziomie, z tą różnicą, że na Zachodzie wykorzystywano lepsze materiały.
Nie powinniśmy się wstydzić naszych „źle urodzonych”?
Nie. Wyobraźnie i talenty mieliśmy takie same jak na Zachodzie.
Tyle zmieniło się od 2011 r., gdy zburzono poprzedni dworzec?
Tak. Dziś by go odbudowano lub powstałby nowy z włączeniem starego w nowy kontekst. Jesteśmy dojrzalsi i wiemy, że nie należy burzyć wszystkiego, co było przed nami, bo niewiele nam zostanie.
Czasem wystarczy umyć budynek – jak warszawski Dworzec Centralny. A jaka atmosfera panowała wśród górnośląskich architektów w czasach Ziętka, gdy architekci musieli negocjować z ideologią?
Tutaj było luźniej, nie było takiego nacisku jak w Krakowie czy Warszawie. Poza tym mieliśmy tu dzięki gliwickiej politechnice wielu dobrych architektów. Gliwice były centrum myśli architektonicznej. Nie pracowali na niej ideolodzy, ale pragmatycy, ludzie, dla których dwa i dwa było cztery. Nie wiem, w jaki sposób – to jeden z tych górnośląskich tajemniczych cudów – ale udało im się realizować śmiałe pomysły. To, co tworzyli Aleksander Franta i Henryk Buszko – katowickie osiedla Tysiąclecia czy Gwiazdy, ustrońskie Piramidy – było znakomite i wytrzymywało porównanie z architekturą zachodnią. To o takich jak oni opowiadała londyńska wystawa „Cold War Modern”. Rola Politechniki Śląskiej jest nie do przecenienia, podobnie jak Uniwersytetu Śląskiego – on z kolei nie opierał się tylko na przybyszach, ale z czasem ukształtował inteligencję własnego chowu.
Jednak politechnika w Gliwicach powstaje w 1945 r., a uniwersytet w Katowicach dopiero w 1968 r. Krakowskie: Akademia Górniczo-Hutnicza oraz Uniwersytet Jagielloński długo blokowały jego założenie, chciały najzdolniejszych ściągać do siebie.
Dobrze to pamiętam. Pracowałam wtedy na UJ i panowało tam oburzenie, że na Śląsku powstaje „czerwona” uczelnia. Myślano, że będzie to „propagandówa”, tymczasem nic takiego się nie stało. Myślę, że dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, dlaczego sowietyzacja Polski się nie udała.
Dlaczego?
Podglebie kulturowe było tu tak silne, że żaden socrealizm i żaden Pałac Kultury nie były w stanie tego zmienić. Nie udało się narzucić moskiewskiego modelu, choć próbowano.
Panowała tu też kontynuacja – Politechnika Śląska była tworzona przez naukowców ze Lwowa, a tamci zdobywali wykształcenie jeszcze za czasów habsburskich. Jak mój prapradziadek Józef Próchnicki, rocznik 1900, chemik pracujący na Politechnice Lwowskiej, a po 1945 r. – na Śląskiej.
Tak, bo nie możemy mówić tylko o pruskich czy niemieckich tropach w śląskiej architekturze. Na przykład dzięki lwowiakom na Śląsk dotarły ciekawe inspiracje wiedeńską secesją. Na Śląsku nie da się wrzucić wszystkiego do jednego worka. Zna pan te piękne mozaiki na budynkach w Tychach? Cały Śląsk jest taką piękną mozaiką.
Pogranicze zawsze będzie pachniało czeskością, niemieckością, polskością, tradycją żydowską. Gdyby to odrzucić, pozostałaby pustka
fot. Jacek Proszyk/Wikipedia Ewa Chojecka historyczka sztuki, wieloletnia kierownik Zakładu Historii Sztuki Uniwersytetu Śląskiego, autorka licznych publikacji, m.in. „Sztuka Górnego Śląska od średniowiecza do końca XX wieku” / Dziennik Gazeta Prawna