Przypuszczam, że w zdumiewająco paskudnym roku 2020 mało kto u nas słucha piosenek Bułata Okudżawy, nie mówiąc o czytaniu jego powieści. Piosenki – te, które się cudem ostały w naszej przestrzeni memetycznej – skryły się w specyficznej niszy „poezji śpiewanej”, od dekad niewznawiane powieści są głównie przedmiotem zainteresowania filologów. W moim pokoleniu, generacji czterdziestoparolatków, szczupły, łysawy, siwiejący okularnik z wąsikiem jest pewnie z grubsza rozpoznawalny, myśmy jeszcze (w każdym razie niektórzy z nas) chodzili z plecakami po górach i śpiewali „Modlitwę” przy ognisku, ale na tym koniec, finito.
To w sumie żaden zarzut – z różnych powodów dawne relacje kultury polskiej z kulturą rosyjską zostały bezpowrotnie zerwane, a nowe, jeśli komuś by się chciało, należałoby dopiero zbudować na całkiem innych fundamentach, zapewne silnie antysystemowych i kontrkulturowych: ostatecznie czarnosecinne duchy nacjonalizmu, imperializmu i totalitaryzmu nadal nie chcą zdechnąć we wschodniej Europie.
Wspominam o tym z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że Okudżawa był fenomenem długiej epoki nieustającego kryzysu wartości – słuchano go nader uważnie, również w Polsce, bo w czasach nonsensu nadawał sens zwykłemu życiu. Czy nie trzeba nam dziś czegoś podobnego? A po drugie z tego powodu, że ukazała się po polsku wybitna biografia Okudżawy pióra Dmitrija Bykowa.
Bykow (rocznik 1967) to we współczesnej Rosji człowiek-orkiestra: poeta, pisarz, satyryk, literaturoznawca, dziennikarz, opozycjonista, wreszcie – dandys i arystokrata ducha. Wyszły u nas dotąd dwie jego powieści – „Uniewinnienie” (Wyd. Poznańskie 2015, przeł. Ewa Rojewska-Olejarczuk) i „ŻD” (Wyd. Poznańskie 2016, przeł. Ewa Rojewska-Olejarczuk) – znakomite, prowokacyjne, posługujące się mroczną satyrą i prowadzące przebiegłą grę zarówno z rosyjską historią, jak i z rosyjską historiozofią. A jak powiedział w wywiadzie dla DGP inny świetny pisarz rosyjski, Wiktor Jerofiejew, „w Rosji w ogóle nie ma historii, jest baśń. (…) Ten brak historii jest wielką tragedią Rosji”. Mało kto rozumie to tak dobrze jak Bykow.

Poezji po brzegi

Ciekaw byłem Okudżawy widzianego oczyma Bykowa – i nie zawiodłem się. Jest to książka biograficzna pełną gębą: znajdziecie tu sumienną, wnikliwą relację ze skromnego życia, jakie prowadził poeta. Ale nie tylko – Bykow wykracza swobodnie poza opowieść o losach samego Okudżawy: bada jego twórczość i recepcję owej twórczości, szuka źródeł oszałamiającej popularności tej poezji w latach 60. i 70. zeszłego wieku, przygląda się przemianom społecznym i politycznym w Związku Sowieckim, a także mitom – takim choćby jak mit Wojny Ojczyźnianej – które, nawet nadwyrężone, stawały się wartościowym, pozytywnym, integrującym elementem sowieckiej tożsamości. Finalnie uświadamia czytelnikom, jakiego rodzaju katastrofą cywilizacyjną był upadek ZSRR (odmiennej natury, niż nam się zdaje). Bykow jest twórcą oryginalnym i zaczepnym, stąd niektóre tezy w „Okudżawie” sformułowane są bardzo mocno, a z innymi trudno będzie się zgodzić polskiemu odbiorcy. Zostanie on jednak miło połechtany – Okudżawa darzył Polskę czymś na kształt miłości, autor jego biografii ma dla niej same dobre słowa, a tak lubimy przecież komplementy. W każdym razie – to lektura subtelnie wietrząca mózg, bogata i wielowymiarowa.
Lekcja Okudżawy dla ludzkości jest mało pocieszająca. Świata nie da się zmienić – ci, co próbowali, spłonęli – bo świat toczy wieczna wojna
Trzeba jeszcze wspomnieć o jednej sprawie – „Okudżawa” jest wypełniony po brzegi poezją. Znajdziecie tu, obok Okudżawowskich evergreenów, mnóstwo wierszy, o których nie słyszał nawet współczesny rosyjski czytelnik (wczesnych, niepublikowanych, spisanych z taśmy). Każdy wiersz i każda piosenka w tej książce występują w rosyjskim oryginale i w przekładzie – z wyjątkiem jednego tekstu („Wańki Morozowa” spolszczonego przez Wojciecha Młynarskiego) są to przekłady Michała B. Jagiełły. Jestem raczej laikiem w sprawach rusycystycznych, ale na tyle, na ile mogę to ocenić, przekłady te wydają się wierne i trafne, a także zachowują specyficzne, trudne do oddania w polszczyźnie metrum i rymy rosyjskiego wiersza.

Jaskiniowy, imperialny bunt

Bułat Okudżawa – jego nazwisko także dla Rosjan brzmiało egzotycznie („Okudżawa? Pewnie jakiś Japończyk”, żartuje Bykow) – urodził się w 1924 r. w Moskwie, zmarł w Paryżu w roku 1997. Nie, nie zmarł na emigracji: po prostu grypa zaatakowała jego zniszczone chorobą obturacyjną płuca akurat wówczas, gdy przebywał z żoną we francuskiej stolicy. I nie – chociaż urodził się w Moskwie, nie był etnicznym Rosjaninem, ale synem Ormianki i Gruzina. Gruziński znał słabo, a ormiańskiego w ogóle, niemniej – przypomina w pewnym momencie Bykow – „jeśli ktoś nie dostrzega w nim tego czegoś gruzińskiego, jastrzębiego, znacznie zuboża swoje wyobrażenia o poecie”, który „przyzwyczaił czytelników do bardziej swojskich i przyjaznych identyfikacji – mrówki, konika polnego, papierowego żołnierzyka”.
Rodzice Bułata, Szałwa (ojciec) i Aszchen (matka), byli zaangażowanymi komunistami, działaczami średniego szczebla sowieckiego aparatu. Stalinizm późnych lat 30. był śmiertelnie groźny dla owych kadr, zwłaszcza tych, które w imię wierności wartościom rewolucji gotowe były kwestionować przywództwo Gospodarza. W każdym razie wielka czystka nie ominęła Okudżawów – ojciec zostaje aresztowany w lutym 1938 r., w sierpniu już nie żyje, rozstrzelany w Swierdłowsku (Jekaterynburgu), rodzina oficjalnie dowie się o jego śmierci dopiero po wojnie. W marcu roku 1939 zamykają Aszchen – wyrok: pięć lat łagru i pięć zesłania. Matka wróci z Kazachstanu po ośmiu latach, po kolejnych dwóch aresztują ją ponownie i deportują na Syberię. Jej tułaczka będzie trwać w sumie 17 lat.
Innymi słowy: już na starcie nastoletni Bułat dostaje lekcję sowieckiego życia. I stara się ją zrozumieć. W przeciwieństwie do wielu przedstawicieli swojej generacji nie idealizuje i nie racjonalizuje stalinizmu – idealizuje za to swoich rodziców i tęskni za nimi, a z tej tęsknoty rodzi się jego specyficzne spojrzenie na świat, jego nadwrażliwość i szczególny kult porządnego, godnego życia. Stalinowski imperializm jednym ludziom łamał kręgosłupy, a innych pozbawiał życia, bo udało mu się wykorzystać szczególny resentyment, którego nie zniwelowała rewolucja komunistyczna. Bykow pisze, interpretując prozę Okudżawy, ale w gruncie rzeczy wyrażając własną opinię: „Przecież odwet końca lat trzydziestych (...) to przede wszystkim odwet chamstwa, brudu, motłochu i prostactwa, które uważa się za proste, czyste i bezinteresowne. Nie ma w tym żadnego podłoża społecznego, jest wściekła, nienasycona zawiść. (...) W dziewięćdziesięciu procentach był to żywiołowy, jaskiniowy bunt prostactwa przeciwko złożoności, nędzy przeciwko bogactwu, dzikości przeciwko wiedzy. Apologeci ówczesnej dzikości woleli nazywać ją sprawiedliwym gniewem ludu, a współcześni mocarstwowcy są uszczęśliwieni, widząc w represjach 1937 r. ludowy odwet za krzywdy wyrządzone przez nie-Rosjan, chociaż taka brednia możliwa jest tylko w kraju, w którym historia pisana jest na nowo niemal co roku. (...) Rodzice Okudżawy – powiedzmy wprost – nie ponosili żadnej winy wobec narodu rosyjskiego. Ich błąd polegał na tym, że w trakcie triumfalnego marszu rewolucji rosyjskiej przez Kaukaz nie zdołali odróżnić żywiołowego buntu dziczy od zwycięstwa ideałów komunistycznych. Ideały te po raz kolejny zostały skompromitowane zalewem błota, krwi i rozpasania. Kiedy więc w 1937 r. zaczęto usuwać ze stanowisk twórców rewolucji, więzić ich i rozstrzeliwać, Okudżawa nie mógł nie widzieć w tym triumfu tych pierwotnych instynktów. Chociażby dlatego, że znał swoich rodziców, obserwował ich nabożne wręcz umiłowanie kultury i wielkie pragnienie, by zmieniać świat w imię wiecznego marzenia ludzkości”.

Każdego ranka patrzeć w lustro

Kolejnym elementem formacyjnym stała się dla Okudżawy wojna – służył w Armii Czerwonej przez 100 dni, od września do grudnia 1942 roku. Nie brał praktycznie udziału w żadnych bezpośrednich starciach. W grudniu został, w sumie przypadkowo, ranny w nogę, kolejne miesiące spędził w rezerwie, w marcu 1944 r. zdemobilizowano go ze względu na stan zdrowia. Po latach pisał:
Gdy żadnej litości nie znano,
Gdy wojna szła krwawo przez świat,
On lekką wykupił się raną
Od śmierci. Po prostu miał fart.


A jednak wojna stała się jego tematem, jego ulubioną metaforą ludzkiego losu. „Wszystko to skłania do refleksji nad najważniejszym paradoksem wojennej poezji Okudżawy – pisze Bykow. – Najpopularniejsze radzieckie piosenki o wojnie, setkę wspaniałych wierszy wojennych, mnóstwo tekstów pełnych frontowych wspomnień i metafor napisał człowiek, który na froncie widział nie tyle wojnę, ile bajzel i chaos tyłów, odwodów, jednostek rezerwowych, kretyńską musztrę, wieczny głód, niekompetencję i pijaństwo. Stąd nienawiść i ostentacyjna niechęć do usprawiedliwiania wojny. (…) Do pasji doprowadzała go radziecka ideologia militarna, kult heroicznej śmierci i wojennej chwały. (...) To, że Okudżawa większość frontowego życia spędził na tyłach, przerzucany z jednostki do jednostki i z powrotem, nie tylko wzbudziło w nim nienawiść do wojska jako takiego, lecz uratowało od frontowego hartu. Hart to nie zawsze dobra rzecz”.
Wojnę jako egzystencjalną metaforę u Okudżawy można rozumieć jako wynik połączenia pięknoduchostwa, humanizmu i fatalizmu. Pobrzmiewają tu nuty Conradowskiego postromantyzmu, gdy Bóg jako moralna ostoja znika z horyzontu, ale powinność i służba pozostają – być człowiekiem, to móc przebywać we własnym towarzystwie bez obrzydzenia. To nie jest, warto zaznaczyć, antybohaterstwo, lecz osobliwa, dumna samosterowność; Bykow posługuje się do opisu tej postawy dość dwuznacznym terminem „arystokratyzm”: „Arystokracja to nie najbogatszy i niekoniecznie «elitarny», lecz szlachetny stan społeczny – działa, jest wyrazem epoki, a pobudki jej działania nie wynikają z przyczyn materialnych, zawiści czy wielowiekowego poniżenia. (...) W osobie Okudżawy rzucało się w oczy połączenie jego demokratyzmu i autoironii posuniętej niemal do samoponiżenia z arystokratyczną powściągliwością, manierami, elegancją. Nie pochwalał cudzej otwartości i nikogo nie absorbował swoją. (...) Światopogląd Okudżawy jest puszkinowski, heroiczny, nie inteligencki. Nie obchodzi go to, co ludzie o nim pomyślą, lecz to, co sam pomyśli o sobie. Wspaniale odpowiedział na prośbę złożenia samokrytyki: dla was to jedno wystąpienie, a ja muszę potem z tym żyć, każdego ranka patrzeć w lustro. Bardzo serio traktował własne mniemanie o sobie i robił wszystko, żeby nie zepsuć sobie wewnętrznej reputacji. Cudzych opinii nie cenił”.
W każdym razie lekcja Okudżawy dla ludzkości jest mało pocieszająca. Świata nie da się zmienić – ci, co próbowali, spłonęli – bo świat toczy wieczna wojna. „Wszystko, co możemy zrobić, to postępować zgodnie ze swoim przeznaczeniem i naszymi wyobrażeniami o nim. Dlatego nie ma dobra i zła – istnieje tylko konsekwencja i niekonsekwencja. Stąd też motywem przewodnim twórczości Okudżawy jest wojna, która nigdy się nie kończy, a jedyna nieśmiała ludzka nadzieja to jakoś się z niej wyrwać. Nieubłaganie jedynym imperatywem pozostaje wierność sztandarowi lub sobie. Są sztandary, od których nie ma ucieczki”. Żołnierze Okudżawy nie chcą umierać, ale też nie dezerterują z placu boju. Mimo że każde życie składa się z powtarzania wciąż tych samych błędów („O moim życiu”):
Pierwsze kłamstwo
– niby nic, ot, poranna mgła,
Drugie kłamstwo lubi pić,
krok pijacki ma,
Ale trzecie to już
najstraszniejszy błąd,
Gorsze jest niż noc,
gorsze jest niż front.






Ostatnie takie pokolenie

Gdyby szukać kolejnego, po „wojnie”, słowa klucza opisującego twórczość Okudżawy, byłaby to pewnie „odwilż”. Po śmierci Stalina w 1953 r. nie nadeszła spodziewana fala represji – przeciwnie, po jakimś czasie z łagrów zaczęli wracać skazańcy, nagle można było odetchnąć, porozmawiać. „Późniejsze pokolenia nie są w stanie wyobrazić sobie ówczesnej odwilży, nawet jeśli pamiętają pieriestrojkę. Radość wolności nie jest mierzona tempem jej odzyskania, lecz grubością i ciężarem sklepienia lochów. Odwilż była o wiele mniej radykalna pod względem dozwolonej wolności niż pieriestrojka, ale wręcz oślepiająca w porównaniu z tym, co działo się wcześniej” – zauważa Bykow.
Po 1956 r. i referacie Chruszczowa na XX Zjeździe KPZR, tym od „kultu jednostki”, ludzie w Sojuzie (ale nie tylko – przecież w Polsce również) chodzą pijani szczęściem i nadzieją. Jest to przeżycie pokoleniowe – tych, którzy z impetem wchodzą w dorosłe życie już po stalinizmie, nazywa się w Rosji „sześćdziesiątnikami”: wedle jednych to ostatnia generacja, która wierzyła, że Związek Sowiecki da się uratować, a nie tylko zdemontować, rozkradając masę upadłościową. Wedle innych to kolejne wcielenie rosyjskiego mesjanistycznego idealizmu. Wiemy skądinąd, że to „sześćdziesiątnicy” stali za pieriestrojką i to „sześćdziesiątnikom” ZSRR dosłownie rozleciał się w rękach – putinowski konserwatywny neostalinizm jest pokłosiem tej klęski.
Okudżawa też w czasie odwilży uwierzył, że można. Że uda mu się pozbyć piętna dziecka „wrogów ludu”. Że uda się przestać być wiecznie winnym i dłużnym.
Wszystkie matki jak gdyby
W tym okresie szczęśliwym
Pokochały swe dzieci na nowo,
Wcześniej też je kochały,
Ale jeść mniej dawały,
Częściej biły i bardziej surowo.
Teraz pieszczą i tulą,
Wszędzie widać ogólną
Miłość, tkliwość, niepokój matczyny
Może instynkt w nich ożył,
Serce drgnęło, a może
Historycznych doświadczeń to wynik.


Okudżawa wstąpił do partii. W ciągu paru lat, przełamując wrodzoną skromność i nieśmiałość, stał się najsłynniejszym radzieckim poetą i pieśniarzem. Jego piosenek słuchali wszyscy – i wszyscy je śpiewali. Niemniej autor „Modlitwy” dość szybko otrzeźwiał. O odwilży powiedział trafnie na początku lat 60.: „Spłodzić spłodzili, a urodzić nie pozwalają”.











Miał swoje powody do sceptycyzmu – sukcesom towarzyszyła nieustanna nagonka, jak pisze Bykow, „w różnych formach trwająca aż do jego śmierci”. Oskarżano go o pacyfizm, abstrakcjonizm, zdradę ideałów rewolucji, negowanie radzieckiego wysiłku wojennego… Nie wydawano mu płyt, powieści przetrzymywano latami w wydawnictwach, musiał się wiecznie opędzać od straszliwych zarzutów o wszelkiej maści świętokradztwo. „Każda radość w jego życiu, jakby specjalnie, okazywała się zatruta, skompromitowana, oczerniona, każdy sukces przypłacał winą, każdej chwili chwały towarzyszyło oszczerstwo. Okresów niezmąconego szczęścia nie było w ogóle. Znakomity, powszechnie uwielbiany, bezustannie odczuwał ciężar dwuznaczności oficjalnego niby-uznania, a gdy dożył chwili względnego i kruchego dobrobytu w latach osiemdziesiątych, natychmiast znalazł się w ogniu walki politycznej i literackiej” – zauważa biograf. – „(...) Chodzi nie tylko o tragizm jego losu (...), w literaturze rosyjskiej zdarzały się życiorysy o wiele bardziej tragiczne. Sedno tkwi w fatalnej rozbieżności między biografią a temperamentem, w ordynarnej, topornej realności nieszczęść, które na niego spadały. Najbardziej romantyczny poeta radziecki zadziwiająco regularnie stykał się z bzdurnymi i upokarzającymi nieszczęściami. (...) Jak gdyby sama rzeczywistość, bieg wypadków (wierzący powiedzieliby: sam Bóg), natrudziła się porządnie, żeby stworzyć niepowtarzalny głos Okudżawy, jego cierpką intonację, połączenie anielskiej słodyczy brzmienia z gorzkim uśmieszkiem, przyziemną leksyką. Praca nad tym amalgamatem musiała trwać długo, bo w przeciwnym razie Okudżawa pozostałby jednym z dobrych poetów rosyjskich, jakich wielu było w jego pokoleniu”. Trzeba dołożyć zatem jeszcze jedno słowo-klucz: rozczarowanie.
Nie pasuje mi ten pokój,
Łóżko, luksus, gwiazdek pięć,
Pora umrzeć i mieć spokój,
I problemy z głowy mieć.
Moje są i tylko moje,
I nikomu do nich nic,
Po co łóżko w tym pokoju?
Serce na nim nie chce bić.
Czy w pokoju hotelowym
Przyjdzie czas przekroczyć próg,
Po gruzińsku mi coś powiedz,
Żebym się pocieszyć mógł.
Powiedz, krzyknij z całej siły,
Bym przez chwilę wierzył, że
Życie, śmierć – wszystko, co było,
Było tylko w jakimś śnie.














Nasze historyczne nieszczęścia

W pewnym sensie Okudżawa zawdzięczał popularność temu, że umiał oddać w intymnych, osobistych wierszach i piosenkach tę dziką parabolę emocji, których doświadczało sowieckie społeczeństwo – a ściślej: sowiecka inteligencja, począwszy od moralnego imperatywu wojennego poświęcenia, przez odwilżową euforię, zawód kunktatorską zmianą kursu w latach 60., poczucie marazmu epoki Breżniewa, smród zgnilizny i rozkładu lat 80., wreszcie: kolaps Sojuza, po którym nastąpiła – w rosyjskiej optyce – dekada chaosu i bandyctwa. Utwory Okudżawy, wieloznaczne, uniwersalne, słodko-gorzkie w wymowie, pomagały osadzić te emocje w słowach, jakoś je przeżyć i przeżuć jednocześnie, zrozumieć na przekór cenzurze i nowomowie, uświadomić sobie, dla przykładu, logikę agresji totalitarnego państwa, wymierzonej we własnych obywateli.
Ziemia rozbrzmiewa słowikami,
Ogród w majowym deszczu zmókł,
Ale żołnierzyk ołowiany
Bez przerwy patrzy, gdzie jest wróg.
Zrobił żołnierza ktoś złośliwy,
Bo stoi żołnierz z miną złą,
Zapytaj go: „Jesteś szczęśliwy?”,
A on wymierzy w ciebie broń.
Tak wiele bywa w życiu naszym
Świąt, dni powszednich, losów, dróg…
Ludzie się śmieją, ludzie płaczą,
A jemu w głowie tylko wróg.
Czeka, na wiecznej czujce stoi,
Wroga ze wszystkich węszy stron,
Zapytasz go: „Czy się nie boisz?”,
A on wymierzy w ciebie broń.
Zwiastun wszystkiego najgorszego,
Myśli, że cały świat to front,
I automatu przeklętego
W ogóle nie wypuszcza z rąk.
Tak żyje dzielny mój obrońca,
Bojowych wyczekując trąb,
Zapytasz go: „Nie chcesz z tym skończyć?”,
A on wymierzy w ciebie broń.






















Brak tu miejsca, by przyglądać się bliżej sposobom, w jakie Okudżawa konstruował wiersze – często twierdził, że robi to intuicyjnie, bez racjonalnej refleksji. Bykow zresztą dokonuje takiej błyskotliwej analizy w swojej książce. W każdym razie „pisanie Okudżawą” było w pewnym okresie na fali również w Polsce. Posłuchajcie sobie songów Agnieszki Osieckiej (blisko się przyjaźniła z Okudżawą, ale najpierw uważnie czytała jego poezję) z filmu „Prawo i pięść” albo z serialu „Czterej pancerni i pies”: czysty Okudżawa. Także w twórczości własnego ojca – Jonasza Kofty – dostrzegam ewidentne „okudżawizmy”, na przykład w „Balladzie o wiernym samochodzie” czy w „Epitafium dla frajera”. Zresztą płyty z piosenkami Okudżawy i Wysockiego leciały w naszym domu na okrągło.
Okudżawa nie żyje prawie od ćwierćwiecza, ale zasadniczo większość jego mrocznych przypuszczeń na temat przyszłości Rosji pozostaje aktualna. „To nie przypadek, że w ostatnich latach życia, po licznych i gorzkich słowach pod adresem władzy radzieckiej, Okudżawa (w 1996 r. – przyp. red.) oświadczył wprost: «Najbardziej przerażające jest to, że stopniowo, badając dzieje Rosji i nabierając doświadczenia, doszedłem do wniosku, iż większość naszych nieszczęść to nie efekt głupiego wpływu komunistów. To są nasze historyczne nieszczęścia. To nasza psychologia. Komuniści po prostu wykorzystali niektóre nasze cechy. Pogłębili je»”.
Autor „Niebieskiego balonika” nie cierpiał grubiaństwa, ale kiedy myślę o jego spuściźnie, zawsze przychodzi mi do głowy króciutka piosenka „Podmoga nie priszła” („Wsparcia brak”) Borisa Griebienszczikowa, lidera kultowej rockowej grupy Akwarium – rosyjskiej, naturalnie. To taki Okudżawa bez cenzury obyczajowej – rzecz o frontowej samotności ludzi zdradzonych przez własną ojczyznę. Uwaga: będą brzydkie wyrazy. Przekład mój:
Wciąż czekamy, wsparcia brak
Nam posiłków nie przysłali
I we dwóch siedzimy tu
Bo nas obu wyjebali
Bracia nasi martwi już
Choć ich broń jeszcze goreje
Wróg podchodzi, jest tuż-tuż
Dzielnie trzymamy transzeje
Działo zdechło, wszystko chuj
Nie ma więcej czym się bronić
Zajarajmy, bracie mój
A śmierć niechże się pierdoli
Wciąż czekamy, wsparcia brak
Nam posiłków nie przysłali
Trochę szkoda, tak czy siak
Bo nas obu wyjebali














Dmitrij Bykow, „Okudżawa. Życie, piosenki, legenda”, przeł. Michał B. Jagiełło, Prószyński i S-ka 2020