Kryzys był najlepszym, co przydarzyło się Polakom po odzyskaniu niepodległości, uważa Paulina Wilk, autorka „Znaków szczególnych”.

W swojej najnowszej książce podjęłaś próbę opisania pokoleniowego doświadczenia trzydziestolatków. Jaki jest najważniejszy znak szczególny charakteryzujący twoją generację?

Myślę, że są dwa. Jeden to pamięć braku z czasów PRL, a drugi to entuzjazm wobec zmian. Oba opisują naszą złożoną tożsamość. Pamięć braku to pamięć czasu analogowego, nie tylko w wymiarze technologii, ale też w głębszym sensie. W PRL nie mieliśmy możliwości zrealizowania wszystkich swoich pragnień. Dlatego wielką rolę odgrywały sfera wyobraźni i tworzenia. Zasoby były skromne, więc uruchamialiśmy nasze wewnętrzne możliwości do wytwarzania ciekawszego świata z prostych elementów. Ta pamięć uniemożliwia bycie krańcowo roszczeniowym wobec rzeczywistości – wiemy, że świat nie jest szeroko otwartym sklepem z cukierkami i że na efekt trzeba poczekać, wypracować go. To, na co się dłużej czeka, smakuje lepiej, intensywniej. A jeśli nie przychodzi, wyobraźnia produkuje ekwiwalent, który zaczyna żyć własnym życiem. Współcześnie trudno o to następstwo czasowe i poczucie niedosytu. Potrzeby są zaspokajane przez systemy konsumenckie lub technologię, upływ czasu nie istnieje, wystarczy wykonać jedno kliknięcie, by osiągnąć realną lub wirtualną satysfakcję. Współczesny świat zlikwidował ogromną sferę przeżyć. Paradoksalnie jako ludzie obecnie doświadczamy znacznie większego braku.

A zmiana, drugi filar, na którym opiera się mentalność twojego pokolenia?

Reklama

Po okresie doświadczenia braku błyskawicznie wskoczyliśmy w rzeczywistość nadmiaru. Dostaliśmy intensywną lekcję stawania się klientem. Pojawiły się nowe możliwości – edukacji, podróżowania, kontaktów ze światem zewnętrznym. Przez kilkanaście lat intensywnie wyjeżdżałam za granicę, a Bieszczady zobaczyłam dopiero jako trzydziestolatka i dopiero wtedy dogoniło mnie ich piękno. Przez kawał życia fascynowały nas zmiany i adaptowanie się do wszystkiego, co nowe, obce, inne, nie nasze. Z opóźnieniem zaczynamy doceniać walory najbliższego otoczenia, lokalnego życia.

Ale to chyba jest zjawisko globalne? Cały świat nieustannie migruje, miliony ludzi porzucają swoje kraje, społeczności, kultury, żeby szukać spełnienia gdzie indziej.

Dubravka Ugrešić w zbiorze esejów „Nikogo nie ma w domu” opowiada o Europie na walizkach, o świecie, który się stale przemieszcza i w którym nikt nie jest tam, gdzie jego miejsce. Żyjemy w epoce, która jest pochłonięta ruchem i przemieszczaniem się, ale już nie refleksją nad tym, co z tego przemieszczania wynika. Według mnie jest to kompulsywna, chorobowa potrzeba odczuwania zmiany. Nieustanne bycie w ruchu pozwala rozładowywać stres i napięcie, ale tylko na poziomie elementarnym. Emigrowanie w poszukiwaniu lepszego życia do Londynu lub spełnienia duchowego do Indii, poza osobistymi motywacjami, których nie kwestionuję, jest zaszczepionym nam przekonaniem, że wyłącznie gdzie indziej i w zmianie tkwi istotna wartość. Cały świat cierpi obecnie na tęsknotę za epicentrum – w sensie przestrzeni i czasu. Wszyscy czują się starzy, nawet 18-latki. Mamy kompleks peryferyjności swojego życia. Wydaje się nam, że jeśli ruszymy, znajdziemy się w drodze, to będziemy bliżej rzeczywistości. Nawet nowojorczycy myślą, że są na peryferiach, sądzą, że centrum świata jest w Hongkongu, a Hongkong uważa, że jest on w Kuala Lumpur. W ten sposób znajdujemy się w matni rozruszanych systemów wartości i wirujących punktów odniesienia. Trudno o stabilność.

Dla twoich rówieśników pokoleniowym doświadczeniem był dostęp do MTV. Jesteście chyba ostatnią generacją, którą ukształtowały muzyka i styl życia lansowane przez jedno medium?

Wracałam biegiem ze szkoły, żeby zdążyć na ulubione audycje i obejrzeć na przykład, jak Paul King prezentuje „The Greatest Hits”. W przeciwnym wypadku następnego dnia w rozmowach na szkolnym korytarzu mogłabym tylko statystować. Dziś internet pozwala w każdej chwili znaleźć odpowiedź na pytanie – wyemitowany program można sobie odtworzyć ponownie. Oglądanie MTV wymagało wysiłku i monogamii. Siedziałam przed telewizorem godzinami i nikt mnie nie przeganiał. Być może moi rodzice zdawali sobie sprawę, że MTV była też potężnym narzędziem edukacyjnym. Oglądając telewizję kablową, nauczyłam się angielskiego. Dzięki kanałom włoskim, francuskim, nawet jeśli nic nie rozumiałam, dowiadywałam się, jak żyją ludzie w innych krajach. Zanim nauczyłam się pisać, znałam na pamięć piosenki Madonny i logo MTV. Gdyby rozpatrywać rzecz w kategoriach indoktrynacji, był to także ogromny przekaz konsumpcyjny. Uwielbialiśmy oglądać reklamy, które wtedy były krótkimi formami filmowymi. Pamiętam doskonałe klipy reklamujące zalety prezerwatyw, które stały się też opowieścią o otwartości obyczajowej, bezpruderyjnym społeczeństwie. MTV była szkołą obyczajowości z dużą dozą otwartości, tolerancji, akceptacji. Bohaterami i prezenterami byli czarnoskórzy, geje, chorzy na AIDS. Przez kablówkę docierał do nas silny przekaz ze świata bardzo różnorodnego, w którym akceptacja inności i ekscentryzmu stanowiła podstawę współistnienia. W porównaniu z nią byliśmy monolitycznym społeczeństwem, które jeszcze nie nauczyło się na powrót od siebie różnić. MTV pokazywało ideał, do którego powinniśmy dojrzeć – społeczeństwo, w którym nie rezygnując ze swojej indywidualności, można się czuć swobodnie i być w swojej odmienności akceptowanym i lubianym.

W „Znakach szczególnych” stawiasz przewrotną tezę, że najlepszym, co się Polakom przydarzyło w ciągu ćwierćwiecza, był kryzys gospodarczy.

Niestety kryzys nie był wystarczająco głęboki. Zaczął się od fikcyjnego obrotu fikcyjnymi wartościami. Tak samo fikcyjny wpływ miał na instytucje finansowe oraz na decydentów. Realny wpływ miał na przykład na mnie, czyli na osobę, która utraciła pracę w wyniku skomplikowanego procesu, jaki dotknął sieć międzynarodowych spółek. Na poziomie osobistym, ale też i społecznym, to była szansa na przebudzenie. Nie dość ostra i nie dość krytyczna, żeby spowodować jakiś silny ruch społeczny i zmiany polityczne, ale wystarczająca, by odsłonić żałosną maszynerię kapitalizmu. I by uzmysłowić chociaż tyle, że to, co wydarzyło się w Polsce po 1989 roku, to nie jest ocean wolności, tylko system, który również ma swoje reguły, jest w podobnym stopniu teoretyczny i oderwany od rzeczywistości jak komunizm. I jest kwestią umowy. Dopóki się zgadzamy, że ona nas obowiązuje, to scenografia się trzyma. Ale dekoracje potężnie się zatrzęsły i choć teraz dominują nastroje powrotu do wiary w ekonomiczny progres i ideologię, że wzrost się utrzyma, zlikwiduje bezrobocie i będzie odpowiedzią na wszystkie nasze gospodarcze problemy, wielu z nas już wie, że to nieprawda. Po prostu kupujemy sobie trochę czasu, ale prędzej czy później przyjdzie drugie tąpnięcie. Dla części z nas było to pierwsze rozczarowanie. Ja je wykorzystałam, podjęłam pracę w sferze pozarządowej i zaczęłam myśleć o budowaniu wymiany społecznej i o tym, co się stało z moim podwórkiem z dzieciństwa. Zredukowałam swoje potrzeby materialne. Zmieniła się też część moich znajomych, którzy przekonali się, że opowieść o dobrobycie jest baśnią. Nie każdemu się przytrafi i wcale nie musi mieć szczęśliwego zakończenia.