Po 14 latach stania za sztalugami John Lurie powraca z nową płytą "Invention of Animals".

Takie płyty zdarzają się raz na 20 lat. Tak zgrane zespoły jak John Lurie National Orchestra – jeszcze rzadziej. John Lurie, były muzyk, obecnie wzięty malarz (jego prymitywistyczny obraz misia zaskakującego kopulującą w plenerze parę stał się nawet memem roku z Rosji), wspomina, że członków National Orchestra połączyła niespotykana więź. „W naszej muzyce było coś niezwykłego i pięknego. Nie sądzę, by ktokolwiek grał w taki sposób” – mówi. I nie jest to marketingowa kokieteria. Bo przecież gdyby tak nie myślał, to czy nazwałby swój zespół Orkiestrą Narodową?

Tak naprawdę z orkiestrą łączy ją tylko nazwa. Bo jak na rozmiary wpisane w definicję pojęcia band Luriego był niewielki. Oprócz lidera w jego skład wchodziło tylko dwóch muzyków, a konkretniej dwóch perkusistów. Grant Calvin Weston bębnił m.in. dla Ornette’a Colemana, Jamesa Blooda Ulmera i Tricky’ego. Billy Martin – w Medeski, Martin i Wood oraz z kompozytorką Ikue Mori. Obaj mają mocne CV, ale dla Luriego ważniejsza od rekomendacji poprzednich pracodawców była jego własna opinia. Obaj muzycy przewinęli się przez skład prowadzonego przez niego, punkjazzowego zespołu The Lounge Lizards. Nie było to zresztą takie trudne, bo grupa słynęła nie tylko z rozszerzania granic jazzu, ale też z licznego i „niezobowiązującego” składu – w sumie w jej barwach występowało aż 33 różnych muzyków.