„Pussy Riot. Modlitwa punka” jest wybuchowa niczym koktajl Mołotowa i dotkliwa jak cios milicyjną pałą. Dokument Mike’a Lernera i Maxima Pozdorovkina przekonuje, że punk nie umarł, nawet jeśli jest więziony w obskurnym łagrze.
Nie da się ukryć, że rosyjskie prowokatorki do perfekcji opanowały sztukę autopromocji. Wciąż pozostają jednak bardziej autentyczne niż większość ich kolegów z Zachodu, którzy po wykrzyczeniu ze sceny paru alterglobalistycznych haseł znikają we wnętrzach luksusowych limuzyn. Można bronić tezy, że kontrowersyjny performance w moskiewskiej cerkwi był raczej szczeniackim wybrykiem niż sensowną manifestacją opozycyjnej siły. Wydaje się jednak, że w nierównej konfrontacji z sojuszem tronu i ołtarza wszystkie chwyty można uznać za dozwolone. Żadnych wątpliwości dotyczących swoich bohaterek nie mają twórcy „Modlitwy punka”. Drobiazgowe analizowanie strategii Pussy Riot wyglądałoby zresztą dość śmiesznie w kontekście zespołu, który w refrenie najważniejszej piosenki umieszcza frazę o „Bożym gównie”. Zamiast wikłać się w nudne dysputy, Lerner i Pozdorovkin dają się ponieść anarchistycznej energii rosyjskich aktywistek.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.