Olbrzymie roboty walczą z jeszcze większymi potworami z obcego wymiaru. Jeśli nie będziecie oczekiwać niczego poza tym, „Pacific Rim” was zachwyci.
Teoretycznie po Guillermo del Toro można spodziewać się więcej: ambitnego horroru w rodzaju „Cronosa”, mrocznej fantastyki rodem z „Labiryntu fauna” albo chociażby ironicznej adaptacji komiksowego „Hellboya”. „Pacific Rim” do żadnej z tych kategorii nie pasuje – to wszak niemal wyłącznie ekranowa demolka. Ale za to jak zrealizowana!
Del Toro postanowił złożyć hołd filmom kaiju. W języku japońskim słowo to oznacza potwora, dziwną bestię. Pomyślcie o Godzilli, Mothrze, Królu Ghidorah, Rodanie, będziecie wiedzieć, o co chodzi. Bohaterowie „Pacific Rim” mianem kaiju określają monstra, które zaczęły się wyłaniać z głębin oceanu, z portalu prowadzącego do innego wymiaru. Zniszczone miasta, miliony ofiar – przy pacyficznych potworach Godzilla wygląda jak domowe zwierzątko. By z nimi walczyć, ludzkość zjednoczyła siły i stworzyła jaegerów – gigantyczne roboty, sterowane przez dwójkę pilotów, jedyne mechanizmy, które mogą stawić czoła inwazji. I stawiają skutecznie: ludzie po kilku latach wygrywają wojnę. Ale tu, gdzie inni twórcy skończyliby swoją opowieść, del Toro dopiero zaczyna. Sukces okazuje się pozorny, ataki kaiju przybierają na sile i wydaje się, że szans na ocalenie już nie ma.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.