Filmowa adaptacja „Życia Pi” oszałamia efektami specjalnymi, za którymi nie kryje się żadne wielkie przesłanie.
Niespełna trzy lata temu autor „Życia Pi”, kanadyjski pisarz Yann Martel, dostał list od samego Baracka Obamy. Amerykański prezydent chwalił książkę, nazywając ją m.in. „eleganckim dowodem [na istnienie] Boga”. No cóż, Obama w tym przypadku racji raczej nie ma – „Życie Pi” dowodzi przede wszystkim istnienia Yanna Martela, zaś niebywały sukces książki (uhonorowanej m.in. nagrodą Bookera) potwierdza jedynie, że czytelnicy na całym świecie wciąż potrzebują prostej, umownej metafizyki. Wyreżyserowana przez Anga Lee ekranizacja powieści również te potrzeby zaspokaja, choć na pewno nie w takim stopniu, jak oryginał. Barack Obama nazwał film zaledwie „dobrym” – być może wszystkie pochwały zużył dla Martela.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.