Tematy cyfrowe były w polskiej debacie przez lata zdominowane przez liberalnych technooptymistów. Tylko od czasu do czasu kontrowali ich rozczarowani kierunkiem, w którym poszła sieć. Jednak nawet wtedy ostrze argumentu dotyczyło głównie zagrożeń dla prywatności czy wolności obywatelskich. Na tym tle książka Jana Zygmuntowskiego jest propozycją nową i mocno poszerzającą pole dyskusji.
Reklama
DGP
Zygmuntowski jest jednym z najciekawszych głosów w młodszym pokoleniu ekonomistów, które zaczyna rozpychać się (i słusznie) w naszej debacie o państwie, gospodarce i społeczeństwie. Wykłada w warszawskiej Akademii Leona Koźmińskiego i szefuje think tankowi Instrat. Książka „Kapitalizm sieci” jest zaś sygnałem, że autor ma szerokie spojrzenie i papiery na grę w pierwszej lidze intelektualistów publicznych. U Zygmuntowskiego temat internetu i nowych technologii łączy się z analizą realnego kapitalizmu naszych czasów. Do tej pory nie mieliśmy w Polsce zbyt wielu postaci eksplorujących te tereny – nie licząc może pewnych niezbyt uporządkowanych prób socjologa Jana Sowy.
A jest co opisywać. Oto na naszych oczach kapitalizm zaprzągł sieć do pracy na swoją korzyść. Obecny koronakryzys (co Zygmuntowski zauważa w pisanym na gorąco, tuż przed wydaniem książki wstępie) tylko to jeszcze bardziej unaocznił. Żyjemy w czasach, gdy Uber Eats czy Amazon już nawet nie muszą ukrywać się za fasadą „ekonomii współdzielenia”. Oni wygrali – pokonali konkurencję, przerzucając koszty swojego funkcjonowania na poddostawców i resztę społeczeństwa. Stworzyli (lub właśnie tworzą) nowe supermonopole, których rozbicie wydaje się politycznie niewyobrażalne. Na rynku pracy zatriumfował, jak to nazywa Zygmuntowski, „cyfrowy tayloryzm”. Nadzorowanie uwagi i dyskretna inwigilacja pracowników sięgnęły już nawet ich własnych mieszkań. A wielu z nich uwierzyło wręcz, że to zmiana na ich korzyść. Gig economy – czyli sprekaryzowana praca na akord w formacie niemal 24/7, przestała być zagrożeniem, a stała się rzeczywistością. Zygmuntowski wszystkie te procesy sprawnie i przejrzyście porządkuje. Tam, gdzie trzeba, wskazuje również, skąd się wzięły i dokąd nas prowadzą. Jego książka jest w tym sensie znakomitym przewodnikiem po cyfrowej ekonomii. Już nie jutra, lecz jak najbardziej dzisiaj.
W tej publikacji wiele jest również pojęć, które wciąż jeszcze nie są w powszechnym użyciu. Bardzo jednak możliwe, że wkrótce trudno się będzie bez nich obejść, chcąc sensownie rozmawiać o polityce w XXI w. Zagadnieniem, które mnie szczególnie zainteresowało, są „suwerenność technologiczna” i „cyfrowy kolonializm”. Pytanie, gdzie będzie w przyszłości znajdowało się centrum kontroli kluczowych technologii i wielkich zbiorów danych, wydaje się fundamentalnym wyzwaniem politycznym nadchodzących lat. Jak to jednak bywa z każdym nowym pojęciem czy problemem: aby umieć na nie odpowiedzieć, najpierw w ogóle trzeba zdać sobie sprawę z jego istnienia. Na szczęście – dzięki takim autorom jak Zygmuntowski – mamy szansę to dostrzec. A może nawet zacząć działać.