Byłoby wielkim pożytkiem dla polskiego systemu edukacji, gdyby ta książka Michała Rauszera stała się obowiązkowym uzupełnieniem programu nauczania historii.
DGP
Reklama
„Bękarty pańszczyzny” są częścią projektu wydawniczego, który koordynuje w Wydawnictwie RM animator lewicowego ruchu wydawniczego Przemysław Wielgosz. Całość ma się ułożyć w serię pod nazwą „Ludowa historia Polski”. Dla czytelnika to lepiej, że przedsięwzięcie zostało rozbite na wysiłek wielu autorów. Daje to szansę na podejście szczegółowe i pełne różnorodnych punktów widzenia.
Bo jest o czym pisać. „Ludowa historia Polski” stawia sobie za cel uzupełnienie – a nierzadko ostrą polemikę czy wręcz przekreślenie – głównego korpusu naszej historiografii. Pisanej głównie z perspektywy klas dominujących – najpierw szlachty i arystokracji, a później inteligencji, która ustawiła się w roli naturalnego spadkobiercy panów dawnej Rzeczpospolitej. A przecież szlachta była mniejszością, stanowiąc w porywach ok. 5–6 proc. populacji. Jeśli dodamy do tego 1 proc. duchowieństwa i ok. 20 proc. mieszczaństwa, zostaje nam jeszcze ponad 70 proc. narodu. Czyli właśnie chłopstwo, które na kartach naszej historii pojawia się jedynie jako tło. Czasem (w ujęciach bardziej krytycznych) obiekt opresji i wyzysku. Ale na pewno nie jako pełnoprawny bohater naszych dziejów.
Książka Rauszera doskonale odpowiada na to zapotrzebowanie. Warto zwrócić uwagę, że autor podjął próbę przeniesienia ciężaru wywodu. Nie mamy tu do czynienia z kolejnym wyliczeniem okropieństw, jakie chłopstwo z rąk państwa spotykało. Rauszer skupia się raczej na pokazaniu, jak owe „bękarty pańszczyzny” próbowały walczyć o swoje prawa. Nawet w czasach, gdy chłopstwo było – na drodze decyzji politycznych klas dominujących – tych praw pozbawione. A konkretnie? Mamy u Rauszera długą listę praktyk ludowej samoobrony. Są tu więc codzienne spontaniczne akty nieposłuszeństwa w świecie coraz mocniej przygniatającej ludzi pańszczyzny: ucieczki ze wsi (choć było to zabronione i surowo karane), sabotaże, fizyczny opór przeciwko urzędnikom. Ale również akcje bardziej zorganizowane i skoordynowane. Takie, które nazwalibyśmy dziś buntem politycznym – a może nawet próbą rewolucji. Z najgłośniejszą rabacją galicyjską na czele.
Ten opór przybierał także formy bardziej zaskakujące. Na przykład czary, zielarstwo etc. Czytelnicy zaznajomieni z literaturą na ten temat (choćby tłumaczonymi także na polski pracami marksistki Sylvii Federici) nie będą pewnie zaskoczeni. Dla pozostałych ten fragment książki okaże się pouczający. Czytelnik z ciekawością odkryje, jakie było sedno praktyki „polowań na czarownice” i jak wiele miały one wspólnego właśnie z próbą obezwładnienia ludowego oporu przed przemocą władzy i rodzącego się kapitalizmu. Oporu praktykowanego właśnie przez chłopki.
Książkę zamyka sprawa uwłaszczenia. Moment, w którym nie kończy się problem wyzysku klasowego na ziemiach polskich. Wyzysk ten jednak zmienia swoją postać. Przygotowując pole pod kwestię robotniczą oraz odkrycie przez szerokie masy ludowe swojej „polskości”. To już jednak temat na kolejną pewnie pozycję z tej bardzo obiecującej historycznej serii Wydawnictwa RM.