Agnieszka Przepiórska opowiada historię kobiety, która całe swoje życie udowadniała, że warto z uporem szukać swojej drogi, odrzucenie można przekuć w siłę, wierność ideałom nie jest śmieszna, a wrażliwość i zachwyt dla natury to nie przejaw głupoty i słabości. Na końcu monodramu "Simona K. Wołająca na puszczy" widzów czeka jeszcze piękny i wzruszający, by nie powiedzieć, romantyczny monolog o istocie natury i miejscu w niej człowieka.
Reklama
Media

Lubię po obejrzeniu spektaklu odczekać nieco z pisaniem recenzji. Taka próba czasu dla przedstawień, które moszczą się w głowie, nabierają różnych dodatkowych sensów. Ale liczba nowych kontekstów, które od dnia premiery wyrosły wokół „Simony K.” nawet mnie jednak zaskoczyła.

Monodram Agnieszki Przepiórskiej w reżyserii Anny Gryszkówny „Simona K. Wołająca na puszczy” to przedstawienie o mądrej, silnej, zdeterminowanej kobiecie, która ponad wszystko kochała przyrodę a swoje życie podporządkowała jej obronie. To hołd dla natury i ukłon w stronę aktywistów, którzy kontynuują działo Simony Kossak, broniąc choćby Puszczy Białowieskiej, zabiegając o formalne utworzenie Puszczy Karpackiej i walcząc o wiele innych miejsc. Przepiórska dając głos Simonie, przemawia w imieniu jej oraz innych kobiet, a także tych wszystkich, którzy nie traktują lasów jak tartaku, chcieliby zakończyć bezmyślne i bezduszne polowania, a w zamian bywają nazywani ekoterrorystami, histerykami, dziwakami, oszołomami. „Simona K...” to również oskarżenie człowieka, który bezlitośnie pastwi się nad naturą, uzurpując sobie, zupełnie bezpodstawnie, rolę nadzorcy.

Presja nazwiska

Jak to jest od dnia narodzin być częścią legendy?
Na przykład tak: Juliusz Kossak (pradziadek), Wojciech Kossak (dziadek), Jerzy Kossak (ojciec). Gdyby komuś było mało dodatkowo sławne siostry ojca: Magdalena Samozwaniec i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, a także Zofia Kossak-Szczucka (stryjeczna babka) oraz własna siostra malarka i poetka, Gloria, która urodą i talentem zasłużyła na akceptację rodziców.

Jak to jest od dnia narodzin być częścią legendy i niespełnionym oczekiwaniem?
Na przykład tak: Simona Kossak - niestety dziewczynka a nie chłopiec, niestety nieutalentowana malarsko, niestety „do tego jeszcze brzydka”.

Dzieciństwo i młodość to despotyczny, nadużywający alkoholu ojciec, oschła matka, lęk przed ludźmi zadającymi ból, odrzucenie, upokorzenie. Jedyne oparcie – ucieczka w świat przyrody. Próbowała – bez powodzenia - zdawać do szkoły teatralnej. Nie przyjęto jej też na historię sztuki; na polonistykę się dostała, ale zrezygnowała. Szukała swojego miejsca i wreszcie znalazła: Wydział Biologii i Nauk o Ziemi UJ. To było to. Kraków ją odrzucił, więc po studiach ona zrezygnowała z Krakowa. Miały być Bieszczady, wyszło Podlasie. W leśniczówce Dziedzinka spędziła 30 lat w towarzystwie zwierząt i fotografa Lecha Wilczka, z którym, jak mówił, łączyła ją metafizyczna więź. Wyjazd do Puszczy Białowieskiej był decyzją życia. Uparta outsiderka, ekolożka, która podkreślała, że człowiek jest częścią natury i nie ma prawa jej wykorzystywać i niszczyć, nie miała łatwo. Sprzymierzeńców dla swoich ekodziałań nie miała nawet wśród kolegów po fachu, dla których była zbyt radykalna; postrzegana jako histeryczka i/lub buntowniczka, traktowana protekcjonalnie.

Krótko przed śmiercią w 2007 prof. nauk leśnych, Simona Kossak, zaangażowała się w obronę Doliny Rospudy.

Tak pisała w Gazecie Wyborczej: „Nie zgadzamy się na traktowanie ziemi ojczystej jak cudzego przedsiębiorstwa postawionego w stan likwidacji, gdzie za grosze rozdaje się i marnotrawi całe dobro, jakie jeszcze jest, na beztroskie niszczenie własności przyszłych pokoleń, czyli urody naturalnego krajobrazu i zasobów przyrody, której obecne pokolenie Polaków nie jest właścicielem, lecz zaledwie depozytariuszem”.

To było już 13 lat temu. Wiele się zmieniło od tamtej pory, ale ten apel wciąż niestety jest aktualny.

Storytelling w nowych czasach

Trio twórców: Anna Gryszkówna (reżyseria), Agnieszka Przepiórska (jako Simona Kossak) i Piotr Rowicki (autor scenariusza) stworzyło kolejną wspólną produkcję. Wcześniej w tym samym składzie powstała „Ginczanka. Przepis na prostotę życia” i będzie kolejna, o czym dalej.

„Simona K.” to niezwykle kameralne przedstawienie. Takie „do walizki”, do grania wszędzie, gdzie będą widzowie. - Od początku zakładaliśmy, że to będzie minimalistyczny spektakl, zbudowany na patyku i pieńku wydobytym ze śmietnika jakiegoś teatru. Ta umowność bardzo mi się podoba, bo w tej prowizoryczności jest wielka wolność. Biorę pieniek i mogę grać wszędzie; na scenie wielkiego teatru i przy ognisku. W tych czasach może to też być sposób na przetrwanie, taki rodzaj storytellingu – mówi mi Agnieszka Przepiórska.

Punktowe światło, brak scenografii, kostium… I nade wszystko aktorka. To na niej skupia się przez godzinę uwaga widzów. Nie można się schować ani na moment, nikt nie podrzuci tekstu. Siła monodramu i ogromna trudność. Przepiórska trzyma tempo, relacjonuje niczym reporterka kolejne fakty z życia Simony Kossak, nie folguje ani na moment, jest – w myśl scenariusza – komiczna i tragiczna; bawi i wzrusza. – Trzeba było znaleźć odpowiednią formę spektaklu i to jest zasługa Ani Gryszkówny, z którą pracuje mi się rewelacyjnie, w niezwykłej harmonii. Każda próba była dla mnie radością wspólnego odkrywania - opowiada aktorka.

Podobna do bohaterki temperamentem, dynamizmem, prezentuje historię kobiety, która całe swoje życie udowadniała, że warto z uporem szukać swojej drogi, że odrzucenie można przekuć w siłę, że wierność ideałom nie jest śmieszna, a wrażliwość i zachwyt dla natury to nie przejaw głupoty i słabości. A na końcu widzów czeka jeszcze piękny i wzruszający, by nie powiedzieć, romantyczny monolog o istocie natury i miejscu w niej człowieka.

Dlaczego akurat Simona? - Przeczytałam biografię Simony Kossak, napisaną przez Annę Kamińską („Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak”). To była moja pierwsza styczność z tą postacią. Zachwyciła mnie jej nieugiętość i podążanie własną drogą. Mimo presji rodziny, mimo tego że była bardzo źle traktowana przez najbliższych. Długo nie mogła znaleźć dla siebie miejsca, ponosiła porażki, ale odnalazła swoją drogę i konsekwentnie nią podążała. Sprzeciwiała się tam, gdzie uważała to za stosowne, wierna swoim prawdom.

Urzekło mnie jej „podłączenie” do przyrody i to nieustanne przypominanie, że jesteśmy częścią natury. Ani nie musimy się litować nad nią, ani rąbać dębów, czując się bezzasadnie panami - opowiada Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz.

„Pomieszczę je wszystkie”

Widzowie dobrze znają Agnieszkę Przepiórską jako aktorkę monodramów. Przed „Simoną K.” były: „I będą święta” (o wdowach smoleńskich), „Tato nie wraca” (o braku ojca), „Ginczanka. Sposób na prostotę życia” (o poetce żydowskiego pochodzenia, która urodziła się w najgorszym dla siebie momencie). A następny po „Simonie K.” monodram będzie poświęcony Monice Levinsky. Tak, tak, właśnie jej, pierwszej – jak mówi Przepiórska – ofierze hejtu, kobiecie zniszczonej w jedną noc. Przez Monikę i jej historię aktorka będzie opowiadać o monstrualnie rozrastającym się zjawisku.

Ten schemat „od szczegółu do ogółu” powtarza w kolejnych monodramach, bo jak mówi, interesują ją tematy, które niosą za sobą niosą kobiety – bohaterki spektakli. - Jestem dyspozytorką swojego ciała i głowy dla tych postaci. Przychodzą, domagają się uwagi i opowiadania o nich. To niezwykłe kobiety, dokonujące niezwykłych rzeczy, o których nadal nie mówi się za wiele, albo wręcz wcale – mówi Przepiórska. I zwraca uwagę, że choć są bardzo różne fizycznie (bóstwo, obiekt pożądań mężczyzn – Ginczanka i typ „chłopczycy” – Simona) i mentalnie, różne historie stały się ich udziałem. - Pomieszczę je wszystkie – dodaje.

Obejrzałam ten spektakl na początku października, przed ponownym zamknięciem teatrów i kin, przed przedłużeniem tego zamknięcia do końca 2020 roku, przed protestami Strajku kobiet, przed przesunięciem Lasów Państwowych do Ministerstwa Rolnictwa, przed wyborem na wiceprezydent USA Kamali Harris, przed narastającym chaosem w radzeniu sobie z pandemią, przed… Dzień premiery wydaje się dziś tak odległy, a jednocześnie właśnie teraz słowa i działania silnych kobiet mają szczególne znaczenie.

Niesformatowana, inteligentna, odrzucona, a w tym odrzuceniu znajdująca siłę – Simona K. Odrzucenie, którego doświadczała w życiu nawet od najbliższych, mogło prowadzić do załamania. Także dlatego, że była niezwykle wrażliwą osobą. Ale okazało się, że outsiderki są wolne, a wrażliwość pozwala spojrzeć na świat inaczej, niesztampowo, z czułością, oddając się sprawie nie bacząc na otoczenie, które nie rozumie i szydzi. Historia Simony to przekaz dla kobiet, którym tak często chce się wmówić, że nie są nic warte, że czegoś nie zrozumiały, że powinny się zająć „czymś innym”.

Monodramy i nie tylko

To że w rolę Simony K. wcieliła się właśnie Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz ma znaczenie. Wyobrażam sobie, że Piotr Rowicki, pisząc scenariusz, znając osobowość aktorki „widział” ją na scenie. To co robi Przepiórska, to nie tylko efekt warsztatu aktorskiego, ale też solidarność z tym co robiła i mówiła Simona. Przepiórska-Frankiewicz staje się „aktywistką”. I nie chodzi tylko o to, że pracując nad rolą jeździła do Puszczy Białowieskiej, że spotykała się z aktywistami, a jeden ze spektakli zagrała na puszczańskiej polanie. Efektem jej zaangażowania są emocje wywoływane u widzów, którzy dostają od niej do odrobienia lekcję przyrody.

Jest jeszcze coś. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to spektakl o silnej kobiecie, zagrany przez silną kobietę. Choć - jak mówi mi aktorka – ona sama nie kieruje się takim kluczem, wybierając bohaterkę monodramu, to przyznaje, że czuje więź i podobieństwo z Simoną, nie tylko charakterologiczne. Doświadczyła odrzucenia, wielokrotnie próbowała dostać się do szkoły teatralnej, a gdy to się udało to po roku skończyło się skreśleniem z listy studentów za „brak warunków scenicznych”. To wtedy podjęła decyzję i pojechała studiować do Petersburga. - Kończyłam klasę z rozszerzonym rosyjskim i znałam język, pasjonowała mnie literatura rosyjska i teatr; wydawały mi się najlepsze. I do tego mama, która wspierała wszystkie moje pomysły (a nie każda mama tak robi, gdy się dziecko nie dostaje 14 razy do szkoły – śmiech) W tym zresztą tkwi tajemnica - we wsparciu. Bo jak go nie masz, to trzeba szukać innych dróg żeby się utrzymać. A jak jest wsparcie i bezwarunkowa wiara w ciebie to jest coś ważnego.

Przepiórska podkreśla, że nie rozpamiętuje przeszłości, nie determinuje ją ona, jest to zamknięty etap. A poza tym zaznacza, że przygoda z Petersburgiem i potem czas w Wielkiej Brytanii to był czas magiczny. W opinii niektórych wykładowców w Polsce, miała grywać ogony, ale szkoła w Petersburgu dała jej siłę, uwolniła ze strachów wyhodowanych w kraju i poczucie wartości. Po Rosji i Wielkiej Brytanii przyszedł czas na teatr w Wałbrzychu, zupełnie nie fikcyjna a realna rola samotnej matki, kilkumiesięczna przygoda w Teatrem Pieśń Kozła (dał jej, jak mówi, świadomość ciała, możliwość spotkania z cudownym zespołem złożonym z ludzi z całego świata i moc wspólnoty). A potem było bezrobocie… Oraz pierwszy monodram „I będą święta”, który trochę z tego braku zajęcia się zrodził. A dalej już poszło.
Czy nie obawia się zaszufladkowania?

- Monodramy to śnienie własnego snu, kontrola swojej twórczości. Ale to tylko „jedna noga”. Reszta wynika z pracy zespołowej. Po 12 latach bycia wolnym strzelcem dołączam do zespołu teatralnego teatru im. Słowackiego w Krakowie i już cieszę się, że będę mogła wchodzić w sny kogoś innego niż swoje. To co się dzieje w kulturze obecnie to katastrofa, łatwiej ją znieść będąc w teamie - Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz

Lubi zabawę konwencjami, ale podkreśla, że różnorodność to po prostu specyfika zawodu. Dzika Agnes-HGW-Samotna matka w „Pożarze w burdelu” to już rozdział zamknięty, ale było to sześć fascynujących lat, codzienne katharsis i oddech od codzienności. W teatrze Polonia zagrała w spektaklu „Żeby nie było śladów” matkę Grzegorza Przemyka (reż. Piotr Ratajczak, adaptacja reportażu Cezarego Łazarewicza - Piotr Rowicki). Widzowie znają ją też ze spektakli dla dzieci (rewelacyjna „A nich to gęś kopnie”). Ciekawe efekty daje też współpraca z Zośką Papużanką. „Kocham Bałtyk” (monodram) i „W związku z zaistniałą sytuacją” (miniserial literacki), wyprodukowany przez Teatr Łaźnia Nowa to nieco lżejsza, zabawna oferta.

Recenzje pisze się głównie po to, by zachęcić do obejrzenia spektaklu. Tymczasem do końca grudnia 2020 roku nie tylko tego spektaklu nie będzie można zobaczyć. Bardzo to niedobra wiadomość. Nie tylko dla artystów, ale przede wszystkim dla nas jako społeczeństwa. Sztuka i przyroda pobudzają wyobraźnię i empatię. Gdy tych brak, łatwo stać się troglodytami.

Producentem spektaklu jest Fundacja „Kultura nie boli”, twórca niezależnego centrum innowacji literackich – Big Book Cafe