„Bez wierszy tego losu by nie było. Byłaby jedną z milionów, anonimową, pozbawioną imienia i nazwiska, pozbawioną indywidualnych rysów i indywidualnej historii, ofiarą zbrodni ludobójstwa” - pisała o Zuzannie Ginczance Izolda Kiec.

A przecież ten los się wydarzył. Los utalentowanej poetki, wrażliwej, pięknej kobiety, pełnej niedopowiedzeń i sprzeczności, marzycielki - jednocześnie konsekwentnie realizującej swój plan, otwartej, przeżywającej intensywnie każdy dzień, ale też naznaczonej melancholią i zdradą.

Jak go pokazać na scenie i dlaczego?

Jak - by nie powstało płaskie widowisko, nieznośnie dydaktyczne?

Tylko ważąc odpowiednio proporcje, co się twórcom monodramu „Ginczanka. Sposób na prostotę życia” udało. Powstało artystyczne wyobrażenie o poetce, na podstawie faktów z jej życia, na bazie jej poezji, mocno osadzone w kontekstach – historycznym, ale i współczesnym.

Dlaczego?

Ponieważ Ginczanka i jej poezja nadal nie istnieją w powszechnej świadomości. Ponieważ autorka wierszy, zafascynowana Skamandrytami, sięgająca do wzorów Leśmiana, Lechonia, czy Tuwima, wypracowała swój oryginalny sposób wypowiedzi poetyckiej wart upowszechnienia. Ponieważ jest zaskakująco bliska współczesnym kobietom.

Klucz do spektaklu: „Najważniejsza jest Zuzanna”

Zuzanna Polina Gincburg (Zuzanna Ginczanka) urodziła się w Kijowie w 1917 roku. Kilkumiesięczne niemowlę rodzice przywieźli do dziadków w Równem Wołyńskim, prawdopodobnie uciekając przed pogromami żydów. Dom Chai i Abrahama Sandbergów był jej domem aż do wyjazdu w 1936 roku do Warszawy. Porzucona przez ojca i matkę, którzy wyjechali za granicę, uciekała w wiersze, w marzenia o byciu poetką. Pierwsze teksty napisała jako 10-latka, ale znaczący sukces to wyróżnienie na konkursie organizowanym przez „Wiadomości Literackie” w 1934 roku, którego przewodniczącym był Julian Tuwim. To ułatwiło podjęcie decyzji o wyjeździe do Warszawy. A tam zaczęła już regularnie pisać do „Wiadomości Literackich” i „Szpilek”, była członkinią Skamandra, studiowała pedagogikę na UW. Wydała jedyny tom poezji „O centaurach”.

Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz nie przypomina wizualnie Zuzanny Ginczanki. Wręcz przeciwnie. Jasne włosy aktorki zostały jeszcze bardziej rozjaśnione. W pierwszych minutach spektaklu twarz Przepiórskiej, widoczną na tle dużego zdjęcia poetki w atelier fotograficznym, rozmywa ostry reflektor, z czasem blednący i odsłaniający rysy. Przez moment obrazy nakładają się na siebie, a widz ma wrażenie oglądania jakby negatywu Zuzanny. Pomysł wyszedł od scenarzystki Anny Marii Karczmarskiej – opowiadała w wywiadzie Przepiórska – pozwalając tym samym metaforycznie oddać głos poetce, „podrzucać” jej tekst, niczym scenicznej partnerce.To 70 minut należących tylko do niej.

Przepiórska/Ginczanka mówi szybko, z pasją, z „hałaśną radością” jak w wierszu „Przepis na prostotę życia” (stąd podtytuł monodramu, z którym zresztą mam pewien problem, bo przekaz wiersza, poza ową „hałaśnością” jest moim zdaniem nieco dalej idący). Demonstracyjna wola życia wbrew okolicznościom: porzuceniu przez rodziców, osamotnieniu, wykluczeniu będzie jej znakiem rozpoznawczym. Tak chcą ją pokazać twórcy spektaklu. Tak warto ją zapamiętać.

Nie powstałam z prochu, nie obrócę się w proch. Nie zstąpiłam z nieba i nie wrócę do nieba. […] muszę siebie tutaj rozproszoną znaleźć” [„Wyjaśnienie na marginesie”].

Ten wiersz, przypomniany przez Agnieszkę Przepiórską-Frankiewicz to deklaracja poetki i kobiety walczącej o należne jej miejsce. To głos innych kobiet, świadomych siebie, swoich pragnień (w spektaklu pojawia się niezwykle sensualny wiersz "W skwar"), zepchniętych często jedynie do roli ozdobników.

Fakty z biografii Przepiórska relacjonuje niemal reportersko, „na gorąco”, jakby bez zaangażowania emocjonalnego, przeplatając je z fragmentami wierszy Ginczanki. Ci widzowie, którzy znają aktorkę z innych monodramów, choćby przejmującego „Tato nie wraca”, wiedzą, że spotkanie z poezją to dla niej nowe doświadczenie, które zmusza do uruchomienia innych narzędzi, do poddania się rytmowi wiersza. A wtedy jej głos łagodnieje, cichnie, a ona sama pozwala sobie na wzruszenie. Ale, ale … to nadal nie jest klasyczna interpretacja, „recytacja”. Przepiórska mówi wiersze. Bo fakty z biografii poetki i jej poezja to jedno, także głos Ginczanki. I tak obserwujemy na scenie wrażliwość poetki i zdecydowanie młodej kobiety. Czułość i delikatność zamknięte w wierszach oraz nierzadko ironię czy sarkazm jak tu, gdy opowiada o śmierci babci w lwowskim getcie: „Babcia miała szczęście, zmarła na atak serca i nie dała się zabić. Zawsze wszystko robiła po swojemu”. Pozorne wyzbycie się emocji, uderza widza ze zdwojoną siłą.

Twórcy monodramu, Piotr Rowicki (autor scenariusza) i Anna Gryszkówna (reżyserka) nie odseparowali tego pojedynczego losu od kontekstów: sytuacji kobiet (spotkanie Ginczanki z Mieczysławem Grydzewskim opisuje Przepiórska wcielając się zarówno w postać Ginczanki, jak i redaktora naczelnego „Wiadomości Literackich” i daje to efekt bardziej przejmujący niż niejedna patetyczna fraza), nierówności, antysemityzmu, a w końcu poczucia nadchodzącej wojny. Co więcej, wskazują też na zbieżność z wieloma zjawiskami AD 2020. Może szkoda, że zabrakło przy tej okazji choć wzmianki o wierszach "Współczesność" i „Przypowieść”, ale rozumiem, że 70-minutowy spektakl ma swoje prawa i wszystkich widzów zadowolić się nie da.

"Coś przyjdzie: miłość lub wojna"

Coś przyjdzie: miłość lub wojna. […] Wiosno inna od innych wiosen! Cokolwiek byś mi przyniosła, wszystko przyjmę i zniosę" ["Maj 1939"] - mówi pełna wiary w siłę miłości Ginczanka/Przepiórska. Ale w pewnym momencie akcenty w spektaklu zostają jednak przesunięte, a „hałaśność" zastępuje gorzkie wyznanie:

„Chciałam studiować na polskiej uczelni, okazało się, że jestem niewłaściwego pochodzenia i moja uczelnia jest na Madagaskarze. Chciałam być wielką poetką, wydałam jeden tomik. Chciałam się bawić, być w centrum – musiałam uciekać do ciemnej nory. Chciałam spełniać marzenia – zapukała do mnie historia. Puk puk puk, dzień dobry, pilny telegram dziejowy, szykują się zmiany.Btop.będzie wojna. Stop. Miłość. Stop. Życie. Stop.

Jest taka scena: Ginczanka opowiada o getcie ławkowym na UW, na które władze tej zacnej uczelni pozwalają. Ostatecznie przestanie chodzić na wykłady. Przepiórska/Ginczanka na czworakach przesuwa czołem tekturową walizkę. Odpełza. Może na Madagaskar, jak chcą koledzy studenci, a może do Lwowa, dokąd wyjechała z okupowanej Warszawy i gdzie doniosła na nią – nieskutecznie - dozorczyni Chominowa, a potem może do Krakowa, gdzie ostatecznie została aresztowana i rozstrzelana.

Czy dramat wojny zweryfikował jej poglądy i epikurejską postawę? Czy idee, o które walczyła przestały mieć znacznie?

Wiersz „Non omnis moriar” z 1942 roku to gorzkie pożegnanie świata, który znała i wyraz ogromnej samotności poetki. Może nawet ponownie obcości. Jakby los się wypełnił i jest to, co miało być. Jakby nie było całej tej walki, by być Polką, zmiany nazwiska na Ginczanka, jakby nie była mistrzynią polskiego słowa.

"Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica, Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera, Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla, Donosicielko chyża, matko folksdojczera. Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym. Bliscy moi — nie lutnia to, nie puste imię. Pamiętam o was, wyście, kiedy szli szupowcy, Też pamiętali o mnie".

Już nie stojąc na scenie, Przepiórska wygłasza wiersz-oskarżenie, a na widowni panuje głucha cisza. Wiadomo, że zbliża się koniec zaledwie 27-letniej historii życia. Ostatni rok to zamknięcie w mieszkaniu w Krakowie, fałszywe "ormiańskie" dokumenty, jak się okaże, za słabe, by przetrwać jeszcze kilka miesięcy do wyzwolenia Krakowa.

Widziałam reakcje widowni po spotkaniu z Ginczanką i Agnieszką Przepiórską-Frankiewicz. Długie brawa, skupienie...Jestem pewna, że w konsekwencji część z tych osób sięgnie także po inne wiersze poetki I jeśli tak się stanie  - to będzie to domknięcie losu. Non omnis moriar.

Teatr na Plaży w Sopocie
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
Piotr Rowicki: Ginczanka. Przepis na prostotę życia
Agnieszka Przepiórska-Frankiewicz: Zuzanna Ginczanka

reżyseria Anna Gryszkówna
scenografia, kostiumy Anna Maria Karczmarska
światło Mateusz Gierc
konsultacja merytoryczna Agata Araszkiewicz