- Najbliższy sąsiad nie jest w stanie zdobyć się na substytut sprawiedliwości w postaci pomnika - mówi w rozmowie z DGP Hanna Radziejowska, szefowa Instytutu Pileckiego w Berlinie.
Muzeum Emigracji to inicjatywa prywatnej fundacji, która sama zbiera na to pieniądze. Co właściwie Polsce do tego, kogo i gdzie Niemcy upamiętniają?
Mówiąc brutalnie i wprost, budowa Exilmuseum przy placu Askańskim to komunikat mówiący, że w Berlinie nie ma miejsca dla pomnika polskich ofiar.
Ale co mają wspólnego emigranci z lat 30. ubiegłego wieku, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia III Rzeszy, z pomordowanymi Polakami?
Reklama
Mówimy o konkretnym miejscu, które od 2017 r. było rozważane – jak się wydawało – bardzo na serio jako lokalizacja pomnika polskich ofiar. Już wtedy omawiano kontrowersję związaną z tym, że obok, również przy placu Askańskim, trwa budowa centrum dokumentacyjnego tzw. wypędzonych – Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Pomysł polskiego pomnika był traktowany bardzo poważnie. Na placu Askańskim odbywały się m.in. uroczystości z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej, w których brała udział marszałek Sejmu Elżbieta Witek i przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schaeuble. Okazuje się, że równolegle, od 2018 r. fundacja Exilmuseum bardzo sprawnie zdobyła pierwsze środki na realizację własnego projektu, dostała od miasta działkę i uzyskała polityczne „błogosławieństwo” na szczeblu pełnomocnik rządu ds. kultury i mediów, czyli de facto minister kultury – Moniki Gruetters. Mamy zatem plac Askański obudowany centrum dokumentacyjnym tzw. wypędzonych (6000 mkw., finansowane przez rząd federalny) oraz Exilmuseum, które ma mówić o wymuszonej emigracji w latach 30. ubiegłego wieku, ale też podejmować różne tematy dotyczące doświadczenia ucieczki, emigracji, czy o współczesnym doświadczeniu uchodźców. Dowiadujemy się więc mimochodem, że dyskusja o polskim pomniku przy placu Askańskim jest bezprzedmiotowa. Tam na pewno żadnego pomnika polskich ofiar nie będzie.
Może będzie w innym miejscu?

Reklama
Tego nie wiem, to zakłada propozycja kompromisowa DPI i Stiftung Denkmal, ale znów kompromis wynikał z przekonania części elit niemieckich, że należy unikać „nacjonalizacji” pamięci i Polacy mają być ukazani w szerszym kontekście. Wiemy natomiast, że Exilmuseum paradoksalnie pokazuje, że gdyby komukolwiek naprawdę zależało na tym, żeby Polendenkmal powstał, jak widać da się to zrobić bez przegłosowywania w Bundestagu itd. Pieniądze też da się znaleźć w podobny sposób. Rytualne teksty i narzekania, które ukazują się regularnie w prasie niemieckiej przy rocznicowych okazjach, których autorzy narzekają, że Niemcy tak mało wiedzą o Polsce, to czcza gadanina. Nic z niej nie wynika. Wiadomo, dobrze, że się dyskutuje. Ale na poziomie polityki historycznej, czyli tego, co realizuje państwo i samorządy, nie ma właściwie nic. Należy to traktować jako wyraz głębokiego oporu niemieckich elit przed upamiętnieniem polskich ofiar. Niemcy nie wiedzą o polskiej historii, bo może po prostu nie chcą wiedzieć? Podkreślmy, chodzi o 6 mln zamordowanych (w tym 3 mln polskich Żydów). Ludzie, którzy nie mieli szansy żyć, kształcić się, wychowywać dzieci, pracować, budować domów, miast, gromadzić majątków. Ich rodziny po wojnie przeżywały traumę, rozpacz po stracie najbliższych, przyjaciół. My wszyscy mieszkający w Polsce ponosimy tego konsekwencje do dziś. To brzemię, które na nas ciąży. I okazuje się, że te parę milionów pomordowanych, zniszczone państwo i miasta, nie wydają się godne jakiegokolwiek upamiętnienia. Najbliższy sąsiad, który jest autorem tej traumy, nie jest w stanie zdobyć się na substytut sprawiedliwości w postaci pomnika. Na koniec dodajmy że oprawcy ofiar w przytłaczającej większości nie zostali nigdy ukarani za zbrodnie. Jest to też bardzo ważny element tej sytuacji. Ani na poziomie sprawiedliwości karnej i rozliczenia, ani na poziomie upamiętnienia państwo niemieckie nigdy nie zmierzyło się na serio z okupacją Polski.
Exilmuseum to – z formalnego punktu widzenia – inicjatywa prywatnej fundacji…
…która w ekspresowym tempie dostaje wsparcie na najwyższych szczeblach władzy i której działalność wspierają byli politycy, jak były prezydent Joachim Gauck. Są tam przedstawiciele niemieckiej elity politycznej i świata kultury, którzy są znakomicie w niej ulokowani.
Czy na podstawie tej sprawy możemy ocenić, jaką Niemcy prowadzą politykę historyczną i w jaki sposób?
Kluczowe jest to, że w ramach berlińskiej topografii pamięci (centrów dokumentacyjnych, pomników, muzeów) powstaje kolejne miejsce, które uniwersalizuje niemieckie doświadczenie i które ma stać się punktem odniesienia dla wszystkich i wpisywać je w szeroki, często zaskakujący kontekst. Wszystkie upamiętnienia II wojny światowej w Berlinie są poświęcone bezpaństwowcom i w ich ramach znajdują się upamiętnione wszystkie narodowości, też Niemcy. Dodajmy, że każde z upamiętnień i muzeów odnosi się do wizerunku współczesnej polityki i wartości Niemiec – jest więc częścią polityki historycznej państwa, robionej bez żadnego szumu i bardzo naturalnie. Z jednej strony nic nam do tego i każda chwila zadumy nad tym, jak historia ma się do współczesności, jest cenna. Mamy jednak za każdym razem do czynienia z budowaniem kolejnej koncepcji ofiar II wojny światowej, w której to Niemcy stają się jednymi z głównych bohaterów. Konsekwencje są takie, że we własnej świadomości Niemcy zaczynają się uważać za ofiary nazistów-bezpaństwowców.
Sami Niemcy uważają jednak, że wzorowo rozliczyli się z własną przeszłością.
Żyjemy w przekonaniu, że podczas gdy my – Polacy – zaczęliśmy budować muzea i opowiadać historię po 1989 r., to Niemcy robili to systematycznie od końca wojny. I my w taki niezbyt już dziś modny sposób nadrabiamy zaległości. Tymczasem fakty są takie, że wszystkie ważne projekty muzealno-historyczne dotyczące II wojny światowej w Berlinie powstawały w ostatnich 10–20 latach. Dom Wansee to rok 1992 – wcześniej było to miejsce kolonii dzieci i nie było nawet informacji, co miało tu miejsce. Nie jest tak, że Niemcy w latach 50., 60., 70. budowali muzea, edukowali i uczyli. Zaczęli to robić w tym samym czasie, co Polska, która wyzwoliła się z komunizmu. Należy docenić, że dla większości Niemców dziś jest oczywiste, kto zaczął II wojnę światową i kto był sprawcą największego zła, czego wyrazem są regularne deklaracje polityków oraz wspomniana siatka instytucji upamiętniających te wydarzenia. W odniesieniu do Polski jednak przy braku ukarania zbrodniarzy i braku miejsc pamięci, braku zadbania, aby w szkołach uczono o polskiej historii – przekonanie, że Niemcy się rozliczyli i przepracowali II wojnę światową, to w dużym stopniu mit, który nie ma waloru zgodności z faktami. Kiedy ostatnio słucham niemieckich przemówień o poczuciu winy i narzekaniu, jak Niemcy mało wiedzą – przypomina mi się ironiczna uwaga Hannah Arendt o Eichmannie, kiedy słuchała jego przemówień końcowych podczas procesu. Eichman unosił się patetycznie i mówił: jestem największym zbrodniarzem świata – a Arendt przytomnie notowała, że jego skrajne, patetyzujące reakcje paradoksalnie pomagały mu uciec od odpowiedzialności za konkretne czyny i konkretną nikczemność. Lepiej wpadać w skrajność niż powiedzieć: zrobiłem to i to. Zamiast patosu i przemówień przydałby się konkret.
Czy historia jest w ogóle ważna w relacjach między narodami? Nierzadko można usłyszeć postulat, że należy ją zostawić historykom. W końcu mamy XXI wiek i Unię Europejską.
Polska historia i doświadczenie uczy, że to właśnie systemy totalitarne zabierają pamięć, niszczą historię. Jednym z kluczowych elementów budowania demokracji, tego co nazywamy europejskimi wartościami, jest właśnie pamięć i historia. To są dwie różne rzeczy, ale powiązane ze sobą. Nauka i zrozumienie historii jest jednym z najważniejszych sposobów na zachowanie demokratycznego społeczeństwa.
Druga sprawa: nie ma pojednania bez historii. Nie ma pojednania bez pamięci. Mówienie, że historia i pamięć są niepotrzebne, pochodzi z tych systemów totalitarnych, które uważały, że można skonstruować człowieka i świat, który nie jest osadzony w spójnej ciągłości. Demokracja wymaga pewnej spójności i relacji z tym, co było. Nie będę ponownie powtarzać, że nie da się budować współczesności bez poczucia sprawiedliwości. Rozmawianie o przeszłości jest namiastką sprawiedliwości w sytuacji, w której nie rozliczono zbrodniarzy. Jest też szansą, żeby uniknąć zbrodni na przyszłość. Patrząc na to, co się dzieje za wschodnią granicą Rzeczpospolitej, powinniśmy zdawać sobie sprawę, że wolność i demokracja nigdy nie są dane raz na zawsze. Tak nie jest. Świadomość historyczna chroni nas przed złem. Jako Polacy nie powinniśmy dać sobie wmówić, że tylko my się zajmujemy historią. Jest dokładnie na odwrót – wszyscy się zajmują historią.