Wywózki prowadzone w ramach akcji „Wisła” stwarzały możliwość asymilacji narodowej mniejszości ukraińskiej, czyli mówiąc wprost, ich wymuszonej polonizacji. I dlatego właśnie władze zastosowały ten środek.
Dziennik Gazeta Prawna
„Dzisiaj w modzie jest głośne łomotanie się we własne piersi za antysemityzm, plan «Wisła», «wypędzenie»” – pisali w 2005 r. Kazimierz Michał Ujazdowski i Robert Kostro, twórcy podstaw teoretycznych polityki historycznej pierwszego PiS. Wychodzi na to, że rozmawianie o akcji „Wisła” jest pedagogiką wstydu.
Reklama
Myślę, że znacznie lepiej ten problem w trakcie dyskusji wokół Jedwabnego ujęli dwaj wybitni polscy historycy, patrzący zdecydowanie odmiennie na przeszłość. Mam na myśli Andrzeja Nowaka i Pawła Machcewicza – gdy pierwszy z nich napisał artykuł „Westerplatte czy Jedwabne”, drugi odpowiedział mu tekstem „I Westerplatte, i Jedwabne”. Moim zdaniem zarysowali oni w ten sposób główną linię, jaka dzieli naukowców i publicystów w dyskusji na temat tego, jak mówić o przeszłości. Nie znam nikogo, kto opowiadałby się za tworzeniem narracji według umownej zasady „Jedwabne, a nie Westerplatte”. Tymczasem ci, którzy dziś tak chętnie operują pojęciem pedagogiki wstydu, próbują w taki właśnie schemat myślenia wtłoczyć ideologicznych adwersarzy. Inna rzecz, że dla mnie ciekawsze wydaje się patrzenie na przeszłość przez pryzmat podstawowych praw człowieka. Właśnie z tego punktu widzenia oceniam też przymusowe wysiedlenie ludności ukraińskiej i łemkowskiej. W trakcie akcji „Wisła”, która oficjalnie zakończyła się 31 lipca 1947 r., bez wątpienia zastosowano zasadę zbiorowej odpowiedzialności – w reakcji na działania UPA poddano represjom wszystkich obywateli polskich narodowości ukraińskiej, bez względu na ich wiek i płeć. I bez patrzenia na to, czy ktoś sympatyzował z podziemiem, czy nie. Dlatego w sposób oczywisty „Wisła” była zbrodnią komunistyczną w rozumieniu ustawy o IPN. Więcej, jak wskazał w 2017 r. rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar, była to także zbrodnia przeciwko ludzkości. Przekonywującą linię dowodową w tej kwestii wyłożył później dr Krzysztof Persak w artykule „Akcja «Wisła» – próba kwalifikacji prawnej” ogłoszonym w „Studiach Politycznych” (nr 1/2018).

Reklama
Jak zmieniała się pamięć o akcji „Wisła” po 1989 r.? Pewien kierunek dla polityki historycznej wyznaczyła uchwała Senatu z 3 sierpnia 1990 r. Podążał za nią Aleksander Kwaśniewski. I Lech Kaczyński, który 27 kwietnia 2007 r. wydał wspólne oświadczenie z prezydentem Ukrainy Wiktorem Juszczenką.
Po przełomie 1989 r. duża część elit solidarnościowych była zdecydowana jednoznacznie potępić akcję „Wisła”. Traktowano ją jako nieusprawiedliwioną komunistyczną represję, odcięcie się od której miało być wyrazem poparcia dla obywatelskiej wizji tworzonej wolnej Polski oraz gestem życzliwego wsparcia dla propaństwowych i niepodległościowych aspiracji Ukraińców. Przypomnę, że ZSRS rozpadł się dopiero w 1991 r. Uchwała Senatu od razu została oprotestowana przez postkomunistyczne lobby wojskowe z gen. Wojciechem Jaruzelskim na czele, przez co z przyjęcia podobnego dokumentu zrezygnował Sejm. Do krytyki uchwały Senatu przyłączyły się też natychmiast tworzone wtedy środowiska kresowo-narodowe. Do dziś w takich gazetach, jak np. „Myśl Polska”, usprawiedliwianie akcji „Wisła” jest na porządku dziennym. Dlatego otwartość prezydenta Kwaśniewskiego, który zainicjował dialog z Ukrainą, także ten historyczny, oceniam bardzo wysoko. W 2002 r. Kwaśniewski w specjalnym liście napisanym do uczestników konferencji naukowej organizowanej przez IPN w Krasiczynie wyraził ubolewanie wobec obywateli polskich narodowości ukraińskiej z powodu krzywdy, jakiej doznali w wyniku tej operacji. Kwaśniewski poważnie potraktował sugestie Jerzego Giedroycia, który w 1997 r. zainicjował list polskich intelektualistów potępiających wysiedlenia w 1947 r. Podpisali go wówczas m.in. Andrzej Wajda i prof. Tomasz Strzembosz. Co istotne, nie przeszkodziło to Kancelarii Prezydenta w zorganizowaniu 60. rocznicy zbrodni wołyńskiej w taki sposób, aby nie naraziło to na szwank relacji polsko-ukraińskich. I to pomimo tego, że to właśnie w ich trakcie w przemówieniu wygłoszonym 11 lipca 2003 r. w Porycku-Pawliwce prezydent Kwaśniewski, jako pierwszy polski przywódca, ocenił antypolskie czystki UPA jako zbrodnię ludobójstwa. W sposób może jeszcze bardziej krytyczny patrzył na akcję „Wisła” prezydent Lech Kaczyński. Dla niego było nie do pomyślenia, by usprawiedliwiać etniczne czystki organizowane przez komunistów. Tego typu myślenie stopniowo przebijało się do świadomości społecznej. Gdy w 2017 r. rząd PiS odmówił Związkowi Ukraińców w Polsce udzielenia wsparcia finansowego dla zorganizowania uroczystości rocznicowych, obawiałem się, że nadejdzie fala głosów usprawiedliwiających działania komunistów. Tymczasem wprost przeciwnie, tym głośniej wybrzmiały słowa tych, którzy otwarcie potępiają przymusowe wysiedlenia. Coraz częściej dziś spór nie dotyczy tego, czy wysiedlenia były słuszne czy nie, ale na ile można w tym wypadku mówić o polskiej odpowiedzialności za te wydarzenia. Część publicystów uznaje, że zbrodni dopuścili się komuniści. Problem w tym, że Bolesław Bierut i Władysław Gomułka byli nie tylko komunistami, ale też Polakami.
Profesor Dariusz Stola zauważył, że PiS cechuje „dynamika wewnętrznej radykalizacji”. Trudno więc wyobrazić sobie podjęcie podobnej uchwały dzisiaj. Jakie stanowisko wobec akcji „Wisła” zajmuje Andrzej Duda? Szerzej: jak pan ocenia politykę historyczną prezydenta i obozu, który reprezentuje na odcinku ukraińskim? Zwłaszcza w porównaniu z tą, którą prowadzili Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński.
Politykę prezydenta trudno ocenić, bo akurat na tym polu albo nic się nie dzieje, albo aktywność ta jest tak zakonspirowana, że nawet znawcy przedmiotu mają kłopot z jej zauważeniem. Nie znam żadnej wypowiedzi prezydenta na temat akcji „Wisła”. Z tego, co wiem, Kancelaria Prezydenta nie skrytykowała odmowy przyznania środków na uroczystości rocznicowe w 2017 r. Zaniechań na tym polu jest zresztą więcej. Prezydent przyznał patronat nad uroczystościami 75. rocznicy utworzenia Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Tymczasem mniej więcej w tym samym czasie obchodzonej 75. rocznicy powstania 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK towarzyszyła głucha cisza. A przecież była to największa polska jednostka partyzancka prowadząca regularne boje z doborowymi jednostkami niemieckimi. Akowcy z Wołynia uratowali też tysiące Polaków przed UPA, a latem 1944 r. zostali rozbrojeni przez NKWD. Co ciekawe, w latach 90. to oni zainicjowali dialog historyczny z Ukrainą, współorganizując serię konferencji „Polska – Ukraina: trudne pytania”. To smutne, że władze zapominają o tych dzielnych ludziach.
Kto jest odpowiedzialny za akcję „Wisła”? Gdzie zapadały decyzje?
Decyzję o przeprowadzeniu operacji „Wisła” podjęło 29 marca, dzień po śmierci gen. Karola Świerczewskiego, Biuro Polityczne PPR. Uchwała BP PPR, w której nie ukrywano, że akcja ma mieć charakter represji za jego śmierć, stała się podstawą do dalszych działań. Co istotne, akcja była uzgodniona z Moskwą i Pragą. Zarówno Sowieci, jak i Czechosłowacy naciskali na rząd w Warszawie, by zaprowadzić porządek na pograniczu (piszemy o tym więcej z Tomaszem Stryjkiem i Mariuszem Zajączkowskim w niemal gotowej do druku książce „Międzynarodowe aspekty akcji «Wisła»”), ale dla PPR znacznie ważniejsze było zwalczanie polskiego podziemia i opozycji, w postaci PSL Stanisława Mikołajczyka. Dopiero śmierć Świerczewskiego zmusiła Bieruta i Gomułkę do natychmiastowej reakcji. Ten drugi na pogrzebie generała zapowiadał: „Pomścimy śmierć Twoją, wytępimy do ostatniego wszystkich faszystowskich niedobitków”. Inna rzecz, że wysiedlenia zostały przyjęte z akceptacją przez dużą część polskiego społeczeństwa. Krzywda mniejszości ukraińskiej w powojennej rzeczywistości była przyjmowana często w najlepszym razie z obojętnością.
Współcześni admiratorzy akcji „Wisła” posługują się argumentem, że przecież jej przeprowadzenie było konieczne, by zlikwidować partyzantów z UPA i podziemie OUN.
Zniszczenie ukraińskiego podziemia nacjonalistycznego było koniecznością, co do tego wszyscy się zgadzają. Problem w tym, że w tym celu wcale nie były potrzebne całkowite wysiedlenia mniejszości narodowych. Przecież cieszące się podobnym poparciem polskie oddziały partyzanckie były niszczone bez stosowania masowych wysiedleń. Do 1947 r. władze przeciwko UPA kierowały stosunkowo niewielkie siły, dzięki czemu jej oddziały mogły tak długo spokojnie działać na pograniczu. Przymusowe wysiedlenia nie były jedyną metodą zniszczenia ukraińskiej partyzantki, za to na pewno był to sposób stosunkowo łatwy do przeprowadzenia i przynoszący efektowne rezultaty. W dodatku, co najważniejsze, wywózki stwarzały możliwość asymilacji narodowej mniejszości ukraińskiej, czyli mówiąc wprost ‒ ich wymuszonej polonizacji. I dlatego właśnie władze zastosowały ten środek. Tylko to tłumaczy obejmowanie wysiedleniami regionów, gdzie UPA była bardzo słaba. A czemu innemu miało służyć wywożenie na zachód ludzi bez wątpienia oddanych nowej władzy? Zresztą niemałą część przesiedlonych stanowili, jak czytamy w dokumentach, „samotni starcy obojga płci, kalecy, potrzebujący opieki i wsparcia ze strony państwa”. Takich staruszków, którym nie pozwolono umrzeć we własnych czterech ścianach, były tysiące. Jakiż to militarny interes przemawiał za ich wypędzeniem w 1947 r.?
Członkowie UPA złapani przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego
Polacy zajmowali ukraińskie i łemkowskie domy. Z kolei we wsiach, do których trafiali Ukraińcy i Łemkowie, nie witano ich z otwartymi rękoma.
Na miejscu osiedlenia mniejszość ukraińska spotykała się często z nieufnością i niechęcią. Nie wolno jej było zmieniać miejsca zamieszkania. Osoby, które próbowały samowolnie powrócić do domów, gen. Stefan Mossor rozkazał kierować do obozu w Jaworznie. Perlustrowano, kontrolowano kores pondencję wysiedleńców, zakazywano odprawiania nabożeństw greckokatolickich, nawet spotkania rodzinne i towarzyskie w nowych domach traktowano jako działalność wywrotową. UB mówiło w tym kontekście wręcz o podziemiu kulturalnym. Do tego dochodziły różne złośliwości i wyzwiska. Wiele osób do dziś pamięta określenia typu banderowiec, Ukrainiec-rezun, chłop z siekierą i czarnym podniebieniem itp. To było bolesne dla tych, którzy spotykali się z podobnym traktowaniem. Do tego dochodziły wypadki fizycznego nadużywania władzy przez aparat represji. Sierżant MO Władysław Bodzoń z województwa zachodniopomorskiego wspominał po latach, że do „rodzin z tzw. akcji «W», do elementu tego, który był pochodzenia ukraińskiego lub mieszany, ukraińsko-polski […] miałem słabości”, ponieważ „kiedy byłem po wypiciu alkoholu, a spotkałem którego musiałem zbić, a gdy przejeżdżałem lub przechodziłem koło domu, zachodziłem i tu ich dręczyłem”. Do obozu w Jaworznie kierowano z założenia wszystkich podejrzewanych o kontakty z podziemiem. Warto w tym miejscu podkreślić, że każdy ujawniony członek podziemia od razu był zatrzymywany i trafiał przed sąd, zatem do obozu w Jaworznie wysyłano ludzi, którzy jedynie potencjalnie mogli być powiązani z ruchem oporu. W praktyce większość uwięzionych osób stanowili ludzie niewinni, którzy po prostu nie spodobali się funkcjonariuszom UB. W jednym wypadku zesłano do obozu człowieka, od którego ubek postanowił „przejąć” aparat fotograficzny. Do Jaworzna trafiła też w ramach represji grupa księży greckokatolickich i prawosławnych. W sumie w obozie znalazło się bez mała 4 tys. ludzi. 161 osób spośród nich zmarło z powodu ciężkich warunków, jak głód czy choroby.
Jeśli chodzi o akcję „Wisła”, to IPN w 2007 r. odmówił wszczęcia śledztwa, 10 lat później w „Biuletynie IPN” ukazał się artykuł Artura Brożyniaka – autor usprawiedliwia wysiedlenia i kreśli obraz cywilnej ludności ukraińskiej masowo pomagającej OUN i UPA oraz stwierdza, że obóz w Jaworznie nie był obozem koncentracyjnym.
To rzeczywiście jest sytuacja niezwykła. IPN został powołany do badania i ścigania zbrodni komunistycznych, a do takich zaliczamy przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej. W instytucie pracuje sporo naukowców, którzy mogliby profesjonalnie wypowiedzieć się o akcji „Wisła”. Tymczasem w rocznicowym 2017 r. kierownictwo instytutu, mając „pod ręką” choćby dr. hab. Jarosława Syrnyka z wrocławskiego IPN, publikuje w swoim czołowym popularnym periodyku tekst mało znanego magistra, który usprawiedliwia zbrodniczą komunistyczną operację. Jeden z profesorów poczuł się tym tekstem osobiście dotknięty, lecz „Biuletyn” odmówił mu prawa do opublikowania polemiki. Kiedy zwracam uwagę na tego typu dziwne poczynania, zaraz spotykam się z zarzutem, że złośliwie nadinterpretuję, że to wcale nie tak, bo w IPN pracują ludzie o różnej wrażliwości, którzy mają prawo do wyrażania swoich poglądów. Doskonale wiem, że w IPN pracuje wielu ludzi o pluralistycznym spojrzeniu na przeszłość, tylko dlaczego nie daje się im możliwości wypowiedzi? Jeśli już postanowiono opublikować Artura Brożyniaka, to czemu nie poproszono, choćby tylko dla równowagi, o zabranie głosu Jarosława Syrnyka czy Igora Hałagidę?
Akcję „Wisła” poprzedziło wysiedlenie do ZSRR ludności ukraińskiej. Na zdjęciu mieszkańcy Chełmszczyzny w kołchozie w obwodzie lwowskim
Jakie miejsce w pamięci czy szerzej tożsamości Ukraińców i Łemków zajmuje akcja „Wisła”?
Trudno mi sobie wyobrazić obywatela polskiego pochodzenia ukraińskiego, który mógłby wobec tej operacji przejść obojętnie. Przecież musiałby wówczas powiedzieć, że krzywdy, jakie stały się udziałem jego rodziców i dziadków, w ogóle go nie obchodzą, są dla niego nieistotne. Usprawiedliwiając akcję „Wisła”, tym samym uznajemy za etycznie dopuszczalne stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, przymusowe wysiedlenia i wymuszanie przez państwo asymilacji narodowej. I w tym miejscu dochodzimy do kwestii, dlaczego pamięć o tych wydarzeniach jest ważna dla wszystkich Polaków, bez względu na ich pochodzenie. Dyskusja o wysiedleniach 1947 r. w gruncie rzeczy jest sporem optymistów wierzących w możliwość współistnienia w Polsce obok siebie różnych grup etnicznych i pesymistów, kategorycznie odrzucających taką ewentualność. A jeśli tak, to w takim razie rozmawiamy nie tylko i nie tyle o przeszłości, co o teraźniejszości i przyszłości. Mówiąc inaczej, dyskutujemy pośrednio o tym, jakimi wartościami powinno dziś, tu i teraz, kierować się państwo polskie. I dlatego ta dyskusja jest taka ważna.