Współcześni nienowocześni. Wciąż jest moda na niemodne brzmienia

autor: Konrad Wojciechowski27.12.2019, 09:00
jazz, muzyka

Od pogoni za modą wolą pielęgnowanie własnej estetyki. Na pierwszy rzut oka nie przystają do rzeczywistości, ale bez trudu znajdują publiczność.źródło: ShutterStock

Są wierni swojej estetyce, różnej od tego, co podbija rynek. A jednak jest moda na niemodne brzmienia.

O d pogoni za modą wolą pielęgnowanie własnej estetyki. Na pierwszy rzut oka nie przystają do rzeczywistości, ale bez trudu znajdują publiczność.

Depozytariusz sentymentów

– Jak się wychodzi na scenę, trzeba robić to z klasą – mówi mi Jan Młynarski. Tę maksymę zapamiętał, słuchając rad ojca – Wojciecha, poety i wykonawcy piosenki autorskiej – który pilnie przestrzegał estradowego kodeksu. Przed każdym występem przygotowywał sobie na kartce tekst konferansjerki. I nigdy nie wchodził na scenę w tych samych butach, w których chodził po ulicy. Wyglądał jak człowiek z innego świata, bo faktycznie był zapatrzony w inny świat – przedwojennych piosenek, dawnych orkiestr, kabaretów, rewii, skeczów czy szmoncesów. Jan odziedziczył po ojcu feblika na punkcie muzyki międzywojnia.

Młynarski senior był wyznawcą Juliana Tuwima, a przede wszystkim Mariana Hemara, którego w latach 80. upamiętnił w szczególny sposób, przygotowując w Teatrze Ateneum spektakl poświęcony jego twórczości. Kilkuletni Janek bywał na próbach i chłonął klimat, słuchając sentymentalnych pieśni o Lwowie, romantycznych fokstrotów czy szemranych opowiastek apaszów z warszawskich dzielnic owianych złą legendą.

– Mam te piosenki w głowie od dzieciństwa – przyznaje. – Pewnego razu z pianistą Marcinem Maseckim usiedliśmy na kanapie i zaczęliśmy gadać, jakby to było fajnie choć przez chwilę poczuć się ludźmi z dawnych zdjęć. Od słowa do słowa założyliśmy jazz band i nagrywamy tę muzykę na nowo.

Zespół Młynarskiego i Maseckiego ma już na koncie dwa albumy: wydaną dwa lata temu „Noc w wielkim mieście” i ostatnio „Płytę ze zdartą muzyką”, na której roi się od tang, fokstrotów czy frywolnych piosenek nieszczęśliwie zakochanych epuzerów. O nastrojowość tej muzyki dba skaptowany na tę okoliczność big band w 17-osobowym składzie. Młynarski śpiewa, gra na bębnie i bandżoli, a przy tym wygląda stosownie do czasów, za którymi tak tęskni – w czarno-białym garniturze, z muchą pod szyją i przyciemnianych okularach stoi przed węglowym mikrofonem i chce, aby o przedwojennej klasyce znowu zrobiło się głośno.

– Jak się posłucha szlagierów Nataszy Zylskiej, Marii Koterbskiej czy orkiestry Stefana Rachonia, to człowiek ma przekonanie, że w tych piosenkach wszystko się zgadzało. Niestety, panowie w muchach przeszli z wielkich scen do dancingów drugiej czy trzeciej kategorii. Stali się chałturnikami, którzy grali do tańca za banknot przyklejony śliną do czoła. Przyszła moda na muzykę z Zachodu, więc nasza klasyka się zdewaluowała. Chcemy ją reanimować – opowiada Młynarski.

Muzyk słynie też z ogromnego sentymentu do dawnej Warszawy. Jego matka kolegowała się z Leopoldem Tyrmandem, chadzała na dancingi do Bristolu i na baseny Legii, gdzie zbierała się śmietanka artystyczna stolicy. Babka ze strony ojca śpiewała małemu Jankowi dawne piosenki i snuła opowieści o kapelach podwórkowych, o facecie grającym na pile i o policji, która rozpędzała grajków. Janek słuchał tych historii z uwagą i nasiąkał tą estetyką. Po przeczytaniu książek „Rodzina Muszkatów” oraz „Miłość i wygnanie” Isaaca Singera przeszedł przez furtkę dającą wstęp do tajemnic miejskiego folkloru. Dziesięć lat temu założył kapelę Warszawskie Combo Taneczne i zaczął śpiewać standardy z dawnych dansingów, salonów i ulic Warszawy.


Pozostało 80% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie