Jerzy Janowski całe życie poświęcił temu, żeby świat nie zapomniał o zbrodni popełnionej przez Niemców na warszawskiej Woli
Reklama
14 września rano mama umyła mi i siostrom włosy. Miałyśmy bardzo ładne włosy. Około jedenastej rozpoczął się straszliwy niemiecki atak na Marymont. Wszyscy pobiegliśmy do ogrodu, gdzie był przygotowany „schron” – głęboki rów nakryty gałęziami i plandekami – tam się ukryliśmy. Znaleźli nas. Jeden z oprawców miał karabin maszynowy, drugi – miotacz ognia, skierowany w naszą stronę. Po kilku chwilach nasze włosy były kompletnie spalone. Mama chciała nas osłonić od ognia i płonęła żywcem. Miała popalone dłonie i nogi od kolan po kostki. Próbowaliśmy ratować się ucieczką. Najpierw pobiegła dwójka dzieci Fudałów. Udało im się. Potem moja siostra Basia. Dostała w nogę. Pamiętam jej krzyk: – Mamo, moja noga. Przysiadła i wtedy dostała w głowę. Skonała na siedząco. Po Basi poderwała się pani Fudałowa, natychmiast została trafiona i jej ciało zwaliło się na nas. Byliśmy przekonani, że już nic nas nie uratuje. Ale nagły powiew odwrócił płomień z miotacza i ogień poleciał na Niemca. Żołnierze zaczęli odchodzić. Wtedy wiele osób poderwało się do ucieczki i… dosięgnęły ich kule. My zostaliśmy i to nas ocaliło. W środku nocy, kiedy zrobiło się dookoła spokojnej, wyszliśmy. Ogród był pełen ciał. Słychać było jęki konających”. To fragment wspomnień Janiny Stańskiej, obecnie siostry Urszulanki.
Marymont, Stare Miasto, Czerniaków, Mokotów, Wola… w czasie Powstania Warszawskiego w każdej dzielnicy mordowani byli cywile. Kobiety, dzieci, starcy, chorzy i niepełnosprawni. Według różnych szacunków zginęło między 150 a 180 tys. osób cywilnych, z czego co najmniej 30 proc. zostało zamordowanych w egzekucjach. Największych bestialstw na ludności Niemcy dopuścili się na Woli. Historykom udało się ustalić personalia prawie 60 tys. ofiar, ale mogło ich być znacznie więcej. O dokładnych liczbach nie może być mowy, bo stosy ciał najczęściej polewano benzyną i podpalano. Po wojnie z terenu dzielnicy zebrano… 12 ton spopielonych zwłok.

Przeżyli własną śmierć

Reklama
Najtragiczniejsze dla Woli były dni między 5 a 7 sierpnia 1944 r. Jerzy Janowski razem z mamą i dwiema siostrami mieszkał przy ulicy Sowińskiego. W czasie okupacji ojciec wyszedł z domu i nie wrócił. 1 sierpnia zabrakło również starszej siostry Ireny, która poszła do Powstania. Jak w większości warszawskich rodzin, pozostało tylko czekanie i wiara w powrót najbliższych.
W sobotę 5 sierpnia ranek był bardzo ciepły, lekko pokropił deszczyk, który spotęgował duszący i trudny do zniesienia swąd palonych ciał. Przed południem na Sowińskiego przyszło kilkudziesięciu żołnierzy. Byli uzbrojeni po zęby, w niemieckich mundurach, ale mówili w kilku językach. Ich widok paraliżował mieszkańców domu, bo wiedzieli, co potrafią ci żołdacy – dzień wcześniej grasowali już w okolicy, podpalali domy, rzucali w okna granaty i mordowali ludzi.
Wrzeszcząc, wpadli do budynku. Biegali po piętrach, strzelali na oślep, plądrowali mieszkania, niszczyli wszystko, czego nie mogli zabrać. Nakazali mieszkańcom opuszczenie budynku. Ludzie w panice rzucili się do wyjścia. Żołnierze karabinami zagrodzili im drogę. Kazali unieść ręce do góry i wyprowadzili przed budynek. Ustawili przodem do ścian. 12-letni Jerzy i 9-letnia Janina ostatni raz próbowali przytulić się do mamy, ale z rękoma w górze było to bardzo trudne. Stojący obok sąsiedzi zachowywali się bardzo różnie, jedni modlili się, inni błagali o litość, niektórzy byli odrętwiali, milczący. Za ich plecami padały komendy. Usłyszeli repetowaną broń. Czuli, że to już koniec. Czekali, aż padną strzały, ale słyszeli tylko, że zrobiło się zamieszanie. Ktoś pokrzykiwał, strzelaninę było słuchać gdzieś w oddali. Nie byli w stanie odwrócić się i zobaczyć, co się dzieje, ale zorientowali się, że toczą się jakieś pertraktacje. W końcu Niemcy, wrzeszcząc, kazali opuścić ręce i rozejść się. Nikt nie szalał z radości. Ludzie szli sparaliżowani i obojętni.
Mieszkańców domu przy Sowińskiego ocaliła dziewczyna, która dobrze znała niemieckich żołnierzy z posterunku ochrony kolei, sąsiadującego z ich domem. Udało jej się pobiec do nich i ubłagać o ratunek dla sąsiadów.

O godną pamięć

Jerzy Janowski cudem wyszedł z egzekucji 5 sierpnia. Jego najbliższa rodzina przeżyła mnóstwo dramatycznych momentów, ale wszyscy ocaleli. Mówił: – Gdyby dało się raz na zawsze wyrzucić z pamięci, zapomnieć! Żyć, jakby nie było w moim życiu sierpnia 1944 roku na warszawskiej Woli. Nie da się! Wracają wspomnienia, obrazy, czuję tamten starach! Nie mam wyjścia – skoro nie mogę zapomnieć, muszę walczyć o pamięć. Godną pamięć i całą prawdę tamtych dni!
Całe dorosłe życie poświęcił na walkę o upamiętnianie miejsc uświęconych krwią cywilnej ludności Woli, wymordowanej przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego. Wiele razy zbywany przez urzędników obietnicami bez pokrycia, nie zniechęcił się. Szukał innych dróg albo uparcie wracał, tłumaczył i przekonywał, ciesząc się z każdego dobrego słowa i choćby odrobiny zrozumienia. Nie szczędził sił i własnych ciężko zarobionych pieniędzy. Jerzy i jego siostra Janina byli autorami unikalnej wystawy poświęconej martyrologii Woli „Wola oskarża 1939–1944”. Otwarto ją 10 sierpnia 2008 r. w kościele św. Wawrzyńca przy ulicy Wolskiej. Pierwszy raz po 64 latach, głośno i otwarcie powiedzieli o straszliwej zbrodni, jakiej dopuszczono się na cywilnej ludności. Na wystawie były dokumenty, zdjęcia, zeznania świadków.
Jerzy razem z siostrą i Martą Oleśnicką utworzyli grupę inicjatywną, która rozpoczęła walkę o ustanowienie w sierpniu Dnia Pamięci, w którym oddawano by hołd pomordowanym mieszkańcom Woli. W grudniu 2009 r. Jerzy Janowski dostał informację, że Rada Dzielnicy Wola 8 grudnia 2009 r. zajęła pozytywne stanowisko w sprawie 5 sierpnia, a odpowiednie pismo zostało skierowane do Prezydenta m.st. Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz.
W 2010 r. 5 sierpnia został ustanowiony Ogólnowarszawskim Dniem Pamięci Mieszkańców Woli zamordowanych przez Niemców w czasie Powstania Warszawskiego.

Misja bez końca

Jerzy Janowski był wolontariuszem-przewodnikiem w Muzeum Powstania Warszawskiego, z ogromną pasją i miłością opowiadał o Woli, nie tylko tej wojennej. Jego marzeniem była budowa pomnika upamiętniającego ofiary spalone żywcem przy ulicy Bema 54. Co stało się tam według relacji pana Jerzego? Od pierwszych dni sierpnia Niemcy wypędzali mieszkańców Woli ze swoich domów i gnali do obozu przejściowego w Pruszkowie. Szły całe kolumny przerażonych, zmęczonych, obdartych i głodnych ludzi. Wielokrotnie mieli jeszcze przed oczyma śmierć najbliższych. Nieśli ze sobą niewielkie, ubogie bagaże. Najsłabsi wspierani byli przez bliskich lub towarzyszy niedoli.
Do jednej z kolumn podjechali ludzie z opaskami Czerwonego Krzyża na rękawach. Wyszukiwali starców, kobiety w ciąży, dzieci, tych, którzy potrzebowali pomocy i opóźniali marsz. Wybrali około stu osób i zaprowadzili ich do drewnianego budynku przy Bema 54, nad którym powiewała flaga Czerwonego Krzyża. Gdy wszyscy znaleźli się w środku, zaryglowano drzwi, okna zabito deskami, a potem podpalono. Słychać było nieludzkie krzyki, błaganie o litość i pomoc. Wszyscy spłonęli żywcem.
Jerzego Janowskiego często nazywano Ambasadorem Walczącej Woli. Na ten honorowy tytuł w pełni zasłużył. Zmarł 24 września 2014 r. Wielu rozpoczętych spraw nie udało mu się doprowadzić do końca. O jego pamięć i kontynuację dzieła troszczy się obecnie siostra Janina Mańkowska.