statystyki

Konferencja w Spa z 1920 r. może być przestrogą dla dzisiejszej Ukrainy

autor: Andrzej Krajewski12.07.2019, 01:33; Aktualizacja: 30.08.2019, 12:42
Na sojuszników można liczyć wtedy, gdy nie robią wielkich interesów z naszym wrogiem, jak przekonali się Polacy w 1920 r. Ukraina ma tę lekcję jeszcze przed sobą.

Na sojuszników można liczyć wtedy, gdy nie robią wielkich interesów z naszym wrogiem, jak przekonali się Polacy w 1920 r. Ukraina ma tę lekcję jeszcze przed sobą.źródło: ShutterStock

Na sojuszników można liczyć wtedy, gdy nie robią wielkich interesów z naszym wrogiem, jak przekonali się Polacy w 1920 r. Ukraina ma tę lekcję jeszcze przed sobą.

K ijów wszelkie nadzieje na lepszą przyszłość wiązał przez ostatnie lata z Niemcami, widząc w nich swojego kluczowego protektora. Tymczasem ocieplenie w relacjach Berlina z Moskwą jest od miesiąca faktem. Na razie zacieśnienie relacji z państwem, które pięć lat temu anektowało Krym i rozpętało wojnę na Donbasie, wymaga gimnastyki semantycznej. Budowa gazociągu Nord Stream 2 postępuje, bo – jak twierdzi kanclerz Angela Merkel – jest to „projekt prywatnych europejskich firm” i rząd federalny nie ma z nim wiele wspólnego. Niedawne odzyskanie pełnego prawa głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy przez Rosję nastąpiło zaś dla dobra… rosyjskich dysydentów. Nadal będą oni mogli składać skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, którego wyroki muszą respektować państwa strony konwencji. „To dobra wiadomość dla rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego” – stwierdził niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas. Sławny szachista i dysydent Garri Kasparow swoją wdzięczność wyraził na Twitterze słowami: „W imieniu rosyjskiego społeczeństwa obywatelskiego zmuszonego do życia za granicą – pierd… się”. Wcześniej na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu minister gospodarki RFN Peter Altmaier podpisał z przedstawicielem Rosji deklarację mówiącą o budowie „dwustronnej współpracy gospodarczej”.

Sankcje wobec Moskwy oficjalnie nadal obowiązują, ale stały się one już tylko jednym z wielu elementów gry interesów. Berlin chce zbliżenia z Rosją, bo potrzebuje partnera w czasach wojen handlowych USA i rosnącej konkurencyjności zaawansowanego technologicznie chińskiego eksportu. Poza tym, jak przyznał w wywiadzie dla dziennika „Bild” minister Altmaier, „w wyniku rezygnacji z węgla i energii atomowej w okresie przejściowym będziemy musieli wykorzystywać elektrownie gazowe i cieplne”. Nikt nie zapewni Niemcom tańszego gazu niż Rosja. Ale w zamian za przyjaźń Kreml poprosi o uregulowanie rachunków. I wcale nie muszą za nie płacić Niemcy, bo cały koszt da się przerzucić na Ukrainę. Polacy już 100 lat temu byli świadkami tego, jak się robi takie interesy. A o mały włos nie wystąpili w roli jednego z głównych dań.

Magazyn. Okładka. 12 lipca 2019

Magazyn. Okładka. 12 lipca 2019

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Nauka od Niemca

Oferta Lloyda George’a przesłana 11 lipca 1920 r. ze Spa komisarzowi ludowemu spraw zagranicznych Grigorijowi Cziczerinowi była tak hojna, że wprawiła Kreml w konsternację. Szef brytyjskiego rządu zaproponował bolszewikom wszystkie polskie ziemie na wschód od Bugu, a do tego dorzucił Galicję Wschodnią z Lwowem i zagłębiem naftowym. Mimo że przez okres istnienia Imperium Romanowów prowincja ta nigdy nie należała do cara. Trudno więc było mówić o zwrocie ziem. Taki drobiazg jednak nie kłopotał Londynu. W zamian brytyjski premier chciał zawieszenia broni na froncie polsko-sowieckim, zgody Kremla na arbitraż Wielkiej Brytanii podczas negocjacji pokojowych oraz nawiązania współpracy gospodarczej. Ten ostatni warunek był dla Lloyda George’a najważniejszy. Dlatego dorzucił jeszcze wisienkę na torcie: uznanie przez Londyn bolszewickiego reżimu za prawowity rząd Rosji.

Przypłacenie porozumienia przyszłością II RP niespecjalnie wzruszało premiera. „Rząd Polski oznajmił, że gotów jest zawrzeć pokój z Rosją Radziecką i rozpocząć rokowania o rozejm na podstawie wyżej wymienionych warunków, gdy tylko zostanie zawiadomiony o zgodzie Rządu Radzieckiego” – informował Moskwę Lloyd George. Gdyby Lenin układ zaakceptował, między bolszewicką Rosją a Niemcami pozostałoby małe, kadłubkowate państewko, którego przetrwanie zależałoby całkowicie od dobrej woli mocarstw. Czyli jego dni byłyby policzone. Dotychczas relacje z kapitalistami wódz rewolucji traktował jako element gry obliczonej na to, by zlikwidować ich po wznieceniu ogólnoeuropejskiej rewolucji. Jednak sukces nie był przesądzony. Zwłaszcza że sowiecka gospodarka nie funkcjonowała, jak oczekiwano. Lenin, określając reguły sowieckiej ekonomii, pełnymi garściami czerpał z dorobku generalnego kwatermistrza armii niemieckiej gen. Ericha Ludendorffa. To właśnie on jako pierwszy uznał, że nowoczesna wojna wymaga totalnej mobilizacji całego państwa zarówno na froncie, jak i na zapleczu. Przemysł II Rzeszy został więc podporządkowany potrzebom armii, bez oglądania się na kwestie własności prywatnej. Tak samo wyglądało zarządzanie produkcją. To gen. Ludendorff decydował, jakie dobra są wytwarzane, a jakie są zbyteczne.

Leninowi ten model bardzo się spodobał. Dlatego ustanowił Najwyższą Radę Gospodarki Narodowej i postawił na jej czele Jurija Łarina, byłego dziennikarza uchodzącego za znawcę ekonomii II Rzeszy. Kierowana przez niego instytucja przejmowała fabryki, sklepy i ziemie, starając się sprawować ścisłą kontrolę nad gospodarką. „Tak jest, ucz się od Niemca! Historia idzie naprzód zygzakami i okrężnymi drogami. Tak się złożyło, że właśnie Niemiec ucieleśnia sobą obecnie, obok bestialskiego imperializmu, zasadę dyscypliny, organizacji, zharmonizowanej współpracy na podstawie najnowocześniejszego przemysłu maszynowego, najściślejszej ewidencji i kontroli” – wyjaśniał Lenin partyjnym towarzyszom w eseju „O dziecięcej chorobie lewicowości i duchu drobnomieszczaństwa”. Jednak podczas wojny Niemcy sumiennie wykonywali wszelkie polecenia władz i scentralizowana gospodarka funkcjonowała bez zarzutów. W bolszewickiej Rosji ludzie skupiali się na walce o przetrwanie, a zakłady pracy uznali za rezerwuar dóbr, które należy rozkraść.

Biznes z diabłem

Nacjonalizacja fabryk, handlu i obłożenie chłopów obowiązkiem dostarczania olbrzymich kontyngentów przyniosły inflację i załamanie produkcji przemysłowej. Za nimi przyszła klęska głodu. Jedynie na Powołżu umarło ok. 5 mln ludzi. Komuniści straciliby władzę, gdyby nie skuteczność policji politycznej Czeka. Masowe aresztowania i egzekucje studziły chęć buntu, choć sytuacja nadal była groźna. Jednocześnie trwała wojna z Polską. Na początku 1920 r. Lenin uznał, że utrzymanie władzy bez odnowienia kooperacji gospodarczej z krajami kapitalistycznymi może okazać się bardzo trudne. Bolszewicka Rosja dramatycznie potrzebowała zboża, części zamiennych do urządzeń przemysłowych, lekarstw, a przede wszystkim broni i amunicji. Inicjując otwarcie na świat, wódz rewolucji odsunął od zarządzania gospodarką cieszącego się złą sławą Łarina, po czym nakazał Centrosojuzowi, centrali związków spółdzielczych, by otworzył biuro w Paryżu. Organizacja z 20-letnią historią przed wybuchem rewolucji zrzeszała ok. 25 mln spółdzielców. Po dojściu do władzy bolszewicy przekształcili ją w rządowy resort, którym kierował komisarz przemysłu i handlu Leonid Krasin. Stworzenie biznesowych pozorów wystarczyło, by zachodni przedsiębiorcy zaczęli ochoczo nawiązywać kontakty z paryską placówką Centrosojuzu. „Żadne środowisko nie orędowało na rzecz współpracy z Rosją Sowiecką równie wytrwale i skutecznie jak sfery przemysłowe i handlowe z Europy i Ameryki” – opisuje Richard Pipes w monografii „Rosja bolszewików”.


Pozostało jeszcze 45% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Galerie