Zarówno Obama, jak i Trump zostali wybrani w akcie buntu przeciwko skorumpowanemu establishmentowi. Wyborcy mieli i mają nadzieję, że ktoś to wreszcie wysadzi w powietrze. Po eksplozji i tak nie może być gorzej, niż jest teraz
Reportaże Charliego LeDuffa – „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” w przekładzie Igi Noszczyk oraz „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje” w przekładzie Kai Gucio ukazały się nakładem Wydawnictwa Czarne / DGP
W jaki sposób Detroit stało się kluczem do zrozumienia współczesnej Ameryki?
W taki sposób, że wzięło i zbankrutowało. A kiedy brakuje pieniędzy, nie masz już za co gipsować pękniętych ścian. Wszystkie szczeliny stały się nagle widoczne, najpierw w Detroit, a potem w całej Ameryce. Kwestie rasowe, edukacja, środowisko, inwestycje, praca. Tak się składa, że najważniejszym z amerykańskich kolorów nie jest dziś biały ani czarny – najważniejszym kolorem jest zielony. Kolor naszej waluty. Gdy brak kasy – zaczynają się resentyment i nienawiść.
Reklama
Magazyn DGP z 7 czerwca 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama
Co się wydarzyło w mieście już po publikacji twojej książki „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”?
Po pierwsze, wspomniane bankructwo. Po drugie, wprowadzono w mieście zarządzanie kryzysowe oraz program cięć i oszczędności – konsekwencje tego programu są między innymi takie, że pracownicy sektora publicznego stracili część uprawnień emerytalnych i ubezpieczeniowych. Powiedzmy, że policjant na służbie zostaje postrzelony i staje się niezdolny do pracy. W obecnej sytuacji pracodawca nie zapewnia mu stosownej opieki medycznej. Możesz mieć trzy dekady służby za sobą, ale dopóki nie skończysz 67 lat, nic to miasta nie obchodzi. Jeśli oficer policji zginie podczas pełnienia obowiązków, za pogrzeb płaci jego żona, a nie miasto.
Trudno w to uwierzyć.
Owszem, ale to prawda. Krach finansowy Detroit był największym miejskim bankructwem w historii Stanów Zjednoczonych – a po nim nastąpiło jeszcze większe szaleństwo. Nikczemnie potraktowano choćby edukację: nie pozwolono szkołom na jakiekolwiek inwestycje w infrastrukturę, nawet naprawy. Jednocześnie zwolniono z podatków miliardera Dana Gilberta, który dostał ofertę zakupu wielu kluczowych budynków w centrum miasta – gość oczywiście nie podzielił się z miastem swoimi dochodami z tytułu użytkowania tych nieruchomości. W ogóle nie było mowy o tym, żeby miał się czymkolwiek dzielić. Rozumiem – chodziło o subsydiowanie nowych miejsc pracy, ale, do jasnej cholery, jest też coś takiego jak miejski budżet, co nie? Jeśli miejski budżet świeci pustkami, to nie ma policji, nie ma straży pożarnej, nie ma karetek pogotowia, nie ma szkół. Powraca za to korupcja. Innymi słowy, nie wyciągnęliśmy z bankructwa żadnych wniosków, wyjąwszy taki paradoks: żeby usprawnić działanie systemu szybkiego reagowania na sytuacje nadzwyczajne, zabraliśmy pieniądze i poczucie bezpieczeństwa ludziom bezpośrednio za to reagowanie odpowiedzialnym. Wiesz, co robią ludzie traktowani w ten sposób?
Są niezadowoleni?
Po prostu wyjeżdżają. Ci, których jeszcze na to stać. W mojej opinii można to nazwać johannesburskim modelem rozwoju. A przy tym to przybiera kształt błędnego koła – pogrążone w kryzysie i korupcji miasto nie jest w stanie spłacać żadnych należności, nie jest w stanie nawet chronić tego, co zostało po bankructwie. W międzyczasie przechodzi specyficzną ewolucję społeczną. Detroit jest dziś biedne i czarne, jakiś czas temu też było biedne i czarne, ale miało też swoją czarną klasę średnią. Jeszcze wcześniej było białe – z białą biedotą i białą klasą średnią. Biali wynieśli się z miasta. Niedawno wyniosła się również czarna klasa średnia. W obecnym Detroit prawie wszyscy są biedni, czarni i mają kłopoty finansowe: nie tylko miasto nie ma kasy, ale mieszkańcy też nie mają. Tak właśnie powstają klasowe barykady między biednymi i bogatymi. Nie czujesz w powietrzu smrodu nadciągającej wojny? Powinniśmy o tym jak najwięcej rozmawiać. Ale my mieliśmy w d… rozmowę o powinnościach administracji wobec obywateli i obywateli wobec administracji, woleliśmy o tym nie myśleć – i co się zdarzyło? Zdarzył się, bracie, rok 2008.
W polskiej prasie pojawiały się artykuły o Detroit utrzymane w tonacji raczej triumfalistycznej – że owszem, zdarzyły się kryzys i bankructwo, ale teraz do centrum miasta wkraczają start-upy, nowe technologie, i ściągają tysiące młodych ludzi.
No i fajnie. Nie ma co się irytować, wielkie miasto potrzebuje zróżnicowanych mieszkańców: to właśnie oni tworzą metropolię. Metropolie przyciągają kolejnych ludzi, interes się kręci. Ale z tym naszym Detroit jest trochę inaczej – to miasto miało w latach 50. zeszłego wieku 2 mln mieszkańców, teraz ma trochę ponad 600 tys. Przypatrzmy się obecnym migracjom: przyjechało parę tysięcy młodych białych ludzi. Ale jednocześnie 20 tys. czarnych ludzi wyjechało. Miasto jest w ponad 80 proc. czarne. To czarni mieszkańcy tworzą materię metropolii, biali przyjezdni są tam chwilowo, dadzą nogę, jak tylko urodzi im się pierwsze dziecko. Bo nie ma szkół, do których mogliby to dziecko posłać. To nie wszystko. Jeśli wziąć pod uwagę średnią wartość domów i mieszkań, Detroit ma jedną z najwyższych stawek podatku od nieruchomości w całych Stanach. Do tego dodaj poziom przestępczości, także jeden z najwyższych w USA. I koszmarnie drogie opłaty ubezpieczeniowe za samochód. Życie w naszym biednym mieście jest bardzo kosztowne, bracie. Za te pieniądze dostajesz najwolniej reagującą policję i najleniwsze na świecie pogotowie ratunkowe. No to teraz mi powiedz, jakim, k…a, sposobem można o takim mieście powiedzieć, że wychodzi na prostą? Może Dan Gilbert wychodzi na prostą, ale wiesz, to jest szemrany koleżka od kredytów hipotecznych.
Zwiedzałem Detroit za pomocą Google Street View, mając dojmujące poczucie, że to miasto jest ogromne i puste w środku.
Jest nie tyle puste, ile jednocześnie opustoszałe i spustoszone. W jego granicach zmieściłyby się razem Manhattan, Boston i San Francisco, i jeszcze byłoby trochę miejsca. To jest też miasto pełne ran, niezabliźnionych. Zamieszki rasowe lat 60., kryzys naftowy lat 70., japońska konkurencja wykańczająca fabryki motoryzacyjne, różne układy o wolnym handlu, oszustwa kredytowe i ubezpieczeniowe początku XXI w. – to wszystko się wżarło w asfalt na ulicach Detroit. Ma to także wymiar gorzko-ironiczny: w Detroit projektowaliśmy i budowaliśmy maszyny przeznaczone do tego, by zniszczyć miasto – a mianowicie samochody. Bo kiedy masz już dość, wsiadasz w auto i wyjeżdżasz. Tak to działa. Detroit miało od początku wbudowany mechanizm samozniszczenia. Japończycy nauczyli się robić lepsze i tańsze samochody, a my pozwoliliśmy, żeby zaczęli je nam sprzedawać.
W Detroit kwitnie za to turystyka – turyści przybywają, żeby zobaczyć scenografię postapokaliptycznego filmu.
To trochę złości mieszkańców Detroit. Rozumiem, że jeździ się do Rzymu obejrzeć ruiny Koloseum. Ale Detroit zbudowali nasi pradziadkowie, dziadkowie, rodzice – to jest wciąż sprawa osobista, a poza tym te ruiny są, jakby to powiedzieć, nadal zamieszkane. Z drugiej strony powiem tak: ej, w sumie czego się właściwie spodziewaliście?! To jest spektakularne! To naprawdę nieprzeciętna kupa g…! A że ludzie w tym mieszkają? To jest jeszcze bardziej odlotowe!
W „Shitshow!” snujesz w gruncie rzeczy opowieść o wielkim upadku amerykańskiej klasy robotniczej.
Owszem. Główny problem w tym, że żadna fabryka nie jest miejscem, w którym można miło spędzić czas. Przemysł to straszny syf. Nikt nie zasługuje na to, żeby go traktować jak maszynę. Tak czy owak – to bardak. Hałas, wysiłek, duchota, te same prześmierdłe mury dzień po dniu. Jeśli chcesz, żeby ktoś się tym zajmował, musisz mu dobrze zapłacić. Ale ty zamiast tego wpadasz na znakomity pomysł, że zapłacisz dużo mniej tanim pracownikom gdzieś w Trzecim Świecie, a ze swoich ludzi zrobisz handlarzy towarem z drugiej ręki. Ciekawe, czy kiedyś o naszych czasach będzie się opowiadać jako o epoce totalnego, poniżającego wykorzystywania robotników na całym globie. Bo to trwa, podobnie jak trwa uniżone całowanie w d… bogaczy, którzy nie zasługują na swoje bogactwo. I wiesz co? Nie jestem socjalistą, ale powiem tak: Wall Street, p… się! Gnojki, chcecie wyciągnąć jeszcze parę groszy od biedaków? Ależ proszę. Macie tu czarnego faceta z Detroit, który ledwo wiąże koniec z końcem, za pensję minimalną pracując w budce z pączkami. Opróżnijcie mu po cichutku kieszenie! Zabierzcie mu te parę centów, żeby się wywinąć z kłopotów! Znowu macie szmal! Jest jedna rzecz, która mnie zdumiała w 2008 r. i nadal mnie zdumiewa: premie za wtopy, porażki, klęski na całej linii i jawne oszustwa. Sektor bankowy wypłacał sobie ogromne premie za to, że dał d… jak stąd po horyzont – wypłacał je sobie z państwowych funduszy ratunkowych.
Ale to dotyczy nie tylko Ameryki.
No jasne, że nie. Wam się tu może wydawać, że jesteście w miarę bezpieczni. Że macie te swoje europejskie poduchy, na które się spada w kłopotach. Że pamiętacie komunizm. Ale powiedz mi – czy ci goście z placu Zbawiciela (rozmawiamy w księgarni Wydawnictwa Czarne ulokowanej na Marszałkowskiej przy warszawskim placu Zbawiciela – przyp. PK), ci hipsterzy, co tam wysiadują, czy oni pamiętają komunizm? Czy młodzież, która w Polsce masowo głosuje na skrajną prawicę, pamięta komunizm? Czas leci. Nagle się może okazać, że większość społeczeństwa już niczego nie pamięta. Pierwszy poważniejszy kryzys – i nie ma żadnych wyuczonych zachowań, nie ma poduchy, jest wojna i krew. A bogaci rozsiądą się wygodnie w fotelach i będą sobie na to patrzeć.
Czy amerykański kryzys 2008 r. był od dawna oczekiwaną katastrofą, czy może jednak niespodzianką?
Kryzys zaskoczył ludzi, choć nie powinien był ich zaskoczyć. To było trochę tak, jak w 2016 r. z Trumpem – nikt nie zwracał uwagi na to, co się dzieje, a działo się coś dużego i ważnego. Uznano, że kryzys to jeszcze jeden news ze Wschodniego Wybrzeża. Tymczasem oczywiście sprawa ciągnęła się już od dawna. Wszystko, co robiliśmy, robiliśmy za pożyczoną kasę, której i tak brakowało, więc w istocie g...o robiliśmy. W dodatku odmówiliśmy zapłacenia za przyszłość naszych dzieci – bo tym gestem odmowy w gruncie rzeczy okazały się dopuszczenie do bankowej deregulacji i zgoda na zwiększenie ryzyka w gospodarce. Nagle wszędzie było mnóstwo pieniędzy bez pokrycia, które wymagały wytworzenia kolejnych pieniędzy bez pokrycia, żeby zatkać nimi przeciekające bankowe skarbce, więc mieliśmy już podwójnie fałszywe pieniądze. A gdzie były w takim razie pieniądze prawdziwe? No przecież w Chinach! Albo w Meksyku. Albo w Indonezji. I teraz się zastanów: co się będzie niebawem działo w tych Chinach, Meksyku czy Indonezji? Tamtejsi konsumenci ruszają właśnie na wielki shopping i będą sobie chcieli kupić nowe życie. Ale oni, zanim się nasycą, mogą już nie mieć od kogo pożyczyć. Tymczasem jest tak, że nie ma powodu bać się biedaków – biedacy zawsze byli, są i będą biedni, nie są niebezpieczni. Prawdziwie niebezpieczni są ci, którzy coś mieli, ale już nie mają, ludzie zdeklasowani, zubożała klasa średnia. Oni wiedzą, co stracili. W tym kontekście przyglądaj się uważnie także Europie – zapamiętaj moje słowa. Ktokolwiek przybywa do Europy z Ameryki, z Azji czy z Afryki, myśli sobie: Rany, co to za pos..e miejsce, w którym biali ludzie nienawidzą innych białych ludzi! Europa jest teraz, mówię ci, w takim groźnym momencie, jest wrażliwa, delikatna, niestabilna. Czuj się ostrzeżony.
„Shitshow!” też jest rodzajem ostrzeżenia?
Naturalnie. Chciałem pojechać w te wszystkie miejsca, gdzie czają się niepokój, frustracja, poczucie zagrożenia. Ja też się niepokoję. Nie chcę spłonąć.
Trzeba rozmawiać i dzielić się wiedzą?
Trzeba również przestać robić sobie jaja z ludzi, przestać pokazywać ich palcem, przyklejać im etykietki za to, kim są. To dotyczy wszystkich ludzi. Miej otwarty umysł – wystarczy, żeby zacząć szanować innych. To jest ta osobliwa historia z multikulturalizmem: możesz sobie być wykształconym światowcem, dysponować subtelną, postkolonialną perspektywą, cenić najróżniejsze kultury i religie – tymczasem jedynym gościem, którym gardzisz jak kawałkiem zeschłego balasa, jest ten biały wieśniak ze Środkowego Wschodu, ten przygłupi koleś z czerwonym karczychem. Twój współobywatel. Jest tłusty, żre byle co, robi dzieci na pęczki, nic nie umie, a w dodatku to nazista. Ale wiesz... Ty go nie słuchasz, ale on słucha ciebie. Jest silny, wychował się na farmie. I może cię, k…a, zabić. Bo on też zasługuje na szacunek. Przypomnij sobie „Fight Club”, taki proroczy film. Patrzę na to trochę po libertariańsku: każdy zasługuje na szacunek i każdy zasługuje na to, żeby żyć po swojemu. Wolelibyśmy, żeby taki gość – teraz bez pracy i bez perspektyw – wegetował do końca życia na państwowym wikcie? A może jednak trzeba dać mu szansę na godną pracę, co nie? Poza tym wybacz, ale muszę zapalić. Idziesz ze mną?
(Wychodzimy z księgarni i udajemy się na podwórko-studnię. Charlie LeDuff pali).
Dobra, p…ć te intelektualne androny, coś ci pokażę. Widzisz te buty?
Widzę.
(Charlie ma na nogach kowbojki w kolorach flagi Stanów Zjednoczonych, pokryte tu i ówdzie autografami rozmaitych osób).
Wiesz, gdzie je wyprodukowano?
Nie bardzo.
W Meksyku, oczywiście. W każdym razie różni ludzie podpisują mi się na tych butach. Wiesz, kto to Roger Stone? Taki stary republikański wyjadacz i lobbysta, doradca Trumpa w czasie ostatniej kampanii. No i patrz, co mi tu napisał: „Charlie, fight the power! (ang. walcz z władzą!), Roger Stone”. Odpowiedziałem mu: „Ale wiesz, Roger, że teraz ty jesteś władza?”.
Zauważyłem, że w „Shitshow!” uparcie szukasz pewnych symboli, ikonicznych sytuacji, klarownych metafor.
To jest, proszę ciebie, całe moje pisanie. Teraz wyjawię tajemnicę. Weźmy taką sytuację: trwa posiedzenie Sądu Konstytucyjnego. Wszyscy napiszą o złożonej problematyce łamania bądź przestrzegania konstytucji. A ja? Ja napiszę o krzesłach, na których siedzą sędziowie. Z czego są zrobione, jak pachną. A może były wyprodukowane w Meksyku? Albo w Chinach?
Można o krzesłach, można o wiewiórkach w zamrażarce.
No o tym mówię. Nie mam pojęcia, ilu ludzi w Alabamie czuje się bezpiecznie, nie potrzebując ochrony związków zawodowych, ponieważ mają od cholery wiewiórek w zamrażalniku. Ale pisałem rozdział o wielkiej firmie motoryzacyjnej, która płaci zdesperowanym pracownikom gówniane 10 dolarów za godzinę za koszmarnie ciężką robotę, pod groźbą przeniesienia produkcji za granicę. Pracownicy rozmawiają o związkach zawodowych, o tym, czy opłaca się ochrona związkowa – to jest poważny, ciężki temat. Na koniec zjawia się ten koleś i oświadcza, że związki zniszczyły gospodarkę. Kiedy się go pytam, czym się właściwie żywi, odpowiada: „Mam zamrażarkę pełną wiewiórek”. Kurza twarz, gościu! Jak się gotuje wiewiórkę? Na patyku? W sosiku? Koleś odjeżdża – oczywiście japońską furgonetką. A ja wiem, że mam pyszną puentę.
A jak było z Kool-Aidem z miasta Flint?
Ciągle tak samo. „Shitshow!” to nie jest – mam nadzieję – głupia książka. Byłem we Flint w stanie Michigan, postprzemysłowym mieście w stanie likwidacji, gdzie nie ma już ani pracy, ani połowy mieszkańców, mieście, gdzie nie działa nawet stacja uzdatniania wody, więc ludzie muszą pić jakiś skażony syf. Jak to pokazać, jak to wyjaśnić komuś, kto nigdy nie widział takiego miejsca jak Flint? I wtedy zobaczyłem te czerwone zęby – czerwone od Kool-Aid, oranżady w proszku, który we Flint dodaje się wraz z cukrem do wody, żeby w ogóle dało się ją wypić. Nawet o tym nie myślałem, po prostu to zobaczyłem. Wściekłem się. Naprawdę nie musisz być socjalistą, żeby się wściec w takiej sytuacji. A co z bogatymi? Bogatym niepotrzebny Kool-Aid, bo ich stać na szampana. Wodę też mogą sobie kupić. Słuchaj, ja się generalnie przyglądam światu. Coś ci opowiem o Detroit. Wiesz, jak to jest z inflacją, co nie? To, co ćwierć wieku temu kosztowało 10 dol., teraz kosztuje 20 dol. Wszystkie ceny podlegają inflacji – wszystkie poza stawką za seks w Detroit. Prostytutki zarabiają tyle samo, ile zarabiały przed ćwierćwieczem. Ich płace nie wzrosły nawet o centa. Tak samo jest z naszą policją. Dobra, to jeszcze ci sprzedam jedną teorię.
W porządku.
Ale z wprowadzeniem. Kiedy rzuciłem robotę w mediach ogólnokrajowych i wróciłem do Detroit, nie mogłem utrzymać rodziny z samego dziennikarstwa. Pracowałem fizycznie na budowach, nie na wysokości, ale zwykle na poziomie ulicy, przy pracach wykończeniowych. I zacząłem zwracać uwagę na niedopałki papierosów… Rozejrzyjmy się tutaj, ok?
(Szukamy niedopałków. Znajdujemy. Oglądamy je. Charlie LeDuff wybiera egzemplarz do analizy).
Zobacz, nic nie zostało, wypalone do samego koniuszka. To nam sporo mówi. Kiedy jesteś bogaty, palisz w trzech czwartych i wywalasz za siebie. Poszedłem w Nowym Jorku na Wall Street i zgadnij, jakie pety tam leżały – oczywiście wyjarane w trzech czwartych. Na ulicach Detroit wszystkie niedopałki są wypalone do końca.
Powiedz, proszę, czy Trump jest jakimś rozwiązaniem tego kryzysu?
Trump to Kool-Aid. Nie bardzo lubię o tym rozmawiać, bo ludzie od razu przeprowadzają jakiś emocjonalny plebiscyt, od którego Bóg wie ile zależy, ale spora część mojej rodziny głosowała na Trumpa. Bo nie mieli nic do stracenia. Zresztą zarówno Obama – czarny człowiek, jak i Trump – pomarańczowy człowiek, zostali wybrani w akcie buntu przeciwko skorumpowanemu establish mentowi. Wyborcy mieli i mają nadzieję, że ktoś to wreszcie wysadzi w powietrze. Po eksplozji i tak nie może być gorzej, niż jest teraz. Teraźniejszość nas zabija. A zresztą spójrz: Ukraina ma Trumpa. Włochy mają Trumpa. Austria ma Trumpa. Od Trumpów aż się roi, wszędzie. Może ci się wydawać, że Ameryka jest inna. Ale to nieprawda. Jesteśmy jak wy, a wy jesteście nami. I jeszcze ci powiem, że Chiny zasługują na to, żeby dostać po ogonie – to myśmy stworzyli tego potwora. NAFTA (North American Free Trade Agreement – Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu zawarty w 1992 roku między USA, Kanadą i Meksykiem – red.) też jest o kant d… potłuc, to nie działa, jestem z Detroit, uwierz mi.
W 2013 roku amerykański dziennikarz Charlie LeDuff otrzymał nagrodę Pulitzera za książkę „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” – w tym bardzo osobistym tekście, nabrzmiałym smutkiem i wściekłością, autor opisywał upadek swojego rodzinnego miasta, budując jednocześnie nośną metaforę amerykańskiego kryzysu. Kryzysu w wymiarze społecznym, ekonomicznym, cywilizacyjnym. Teraz LeDuff powraca ze zbiorem reportaży będących rezultatem podróży po całych Stanach Zjednoczonych – jest to rzecz nawiązująca do najlepszych tradycji New Journalism, subiektywna, sarkastycznie złośliwa i pulsująca straceńczym smutkiem historia o spustoszonym, umęczonym kraju, w którym trwa klasowa wojna. W tle przewija się postać Donalda Trumpa, pomarańczowego człowieka, któremu udało się przekonać Amerykanów, że nie mają już nic do stracenia.
Reportaże Charliego LeDuffa – „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” w przekładzie Igi Noszczyk oraz „Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje” w przekładzie Kai Gucio ukazały się nakładem Wydawnictwa Czarne