Święte Oficjum to symbol wszystkiego, co wsteczne i okrutne. Nie przeszkadza to nowoczesnym państwom czerpać z jego dorobku
Gdy ksiądz Rafał Jarosiewicz, w ramach codziennych zmagań z demonami, 1 kwietnia spalił m.in. książki o Harrym Potterze oraz maskotki Hello Kitty, w internecie zapłonęło święte oburzenie. Ognisko przed gdańską parafią NMP Matki Kościoła i św. Katarzyny Szwedzkiej porównywano do inkwizycyjnych stosów.
Sam organizator wkrótce przeprosił za swój zapał, podkreślając, iż jego czyn nie miał charakteru „prześmiewczego wobec jakiejkolwiek grupy społecznej czy religii, nie był też wymierzony w książki jako takie czy kulturę”.
Skoro już ksiądz egzorcysta zdobył się na taki gest, to powinien przeprosić też inkwizycję. Bo gdyby jej twórcy wstali z grobów i zobaczyli swojego naśladowcę, pewnie sami spaliliby się ze wstydu.
Reklama
Okładka. Magazyn. 12.04.2019 / Dziennik Gazeta Prawna

Reklama

Bóg nie rozpoznał swoich

Inkwizycja była reakcją na problemy, jakie od XI w. zaczęli stwarzać Kościołowi heretycy. Im bardziej duchowieństwo skupiało się na sprawach doczesnych, tym szybciej wzrastała liczebność radykalnych ruchów religijnych. Kontestowanie rządzących przysparzało dysydentom popularności oraz czyniło z nich naturalną opozycję polityczną. Najsilniejszym z ówczesnych ruchów religijnych byli katarzy (z greckiego katharoi – czyści). Chcąc ich złamać, papież Lucjusz III powołał w 1184 r. biskupie sądy inkwizycyjne (łacińskie słowo inqusitio oznacza śledztwo lub poszukiwania).
Ich powstanie niewiele jednak obeszło katarów, bo właśnie zyskali potężnego sojusznika – Rajmunda VI z Tuluzy. Ten fakt zaalarmował papieża Innocentego III, który wysłał do hrabiego legata Piotra z Castelnau. Nie udało mu się jednak nakłonić możnowładcy do stania się sojusznikiem Rzymu, zaś po opuszczeniu Tuluzy został on zamordowany w tajemniczych okolicznościach. Zbrodnia stała się znakomitym pretekstem do zbrojnej interwencji – Innocenty III ogłosił krucjatę przeciwko katarom.
Papież powierzył dowodzenie armią Szymonowi de Montfort. Zaprawiony w bojach uczestnik krucjat łatwo poradził sobie z wojskami hrabiego Tuluzy i zaczął oblężenie Béziers – jego wojska wdarły się do miasta 22 lipca 1209 r. Wedle krążącej potem opowieści, gdy uczestnicy szturmu zapytali papieskiego legata Arnauda Amaury’ego, jak odróżnić dobrych chrześcijan od katarów, ten odparł krótko: „Zabijcie wszystkich! Bóg rozpozna swoich”. Ponoć odpowiedź zmyślił kronikarz Cezariusz z Heisterbachu – ale nawet bez zachęty ze strony legata podkomendni de Montforta zabili kilkanaście tysięcy mieszkańców. „Miasto Béziers zostało zdobyte, a ponieważ nasi nie zważali na rangę ani na płeć, ani na wiek, prawie dwadzieścia tysięcy osób poległo pod mieczami. Po dokonaniu tak olbrzymiej rzezi miasto zostało ograbione i spalone: w ten sposób dosięgła go kara boska” – zapisał Amaury w sprawozdaniu przesłanym papieżowi.
Jednak wymordowanie takiej masy ludzi, często katolików szukających azylu w kościołach, wstrząsnęło chrześcijańskim światem. Zresztą jak dalsze poczynania Szymona de Montforta pacyfikującego państewko Rajmunda VI. Na dłuższą metę odpowiedzialność za mordy na współwyznawcach kompromitowała papieży i Kościół. Dlatego należało szybko znaleźć sposób, by się nie powtarzały, a jednocześnie skutecznie zapobiegać szerzeniu się herezji.

Prewencja zamiast rzezi

Budowanie systemu bezpieczeństwa, mającego zapobiegać tworzeniu się organizacji heretyckich, rozpoczął papież Grzegorz IX. Jak na ucznia św. Franciszka przystało, działał w sposób delikatny, dyskretny i finezyjny. O jego zręczności najlepiej świadczyło to, iż na główne narzędzie swojej polityki wybrał zakon dominikanów. W 1234 r. Grzegorz IX nadał im uprawnienia do prowadzenia śledztw, wytaczania procesów i wydawania wyroków. Natomiast ich egzekwowaniem miały się zajmować instytucje świeckie.
Obarczeni nowymi obowiązkami zakonnicy z entuzjazmem zabrali się do pracy. Jak opisują w książce „Inkwizycja” Guy Testas i Jean Testas, gdy tylko do Tuluzy dotarła wiadomość o nowych uprawnieniach, miejscowi dominikanie zgromadzili się w katedrze, by odprawić mszę dziękczynną. Po niej ktoś przyniósł wieść, że zachorowała pewna staruszka podejrzewana o związki z katarami. Biskup i członek zakonu Raymond de Miramont udał się do niej, żeby wysłuchać spowiedzi i udzielić ostatniego namaszczenia. Umierająca wzięła go za katara, dzięki czemu duchowny wyciągnął z niej wiele tajemnic. Gdy spowiedź się skończyła, biskup od razu rozpoczął proces o herezję, po czym od ręki wydał wyrok. Porwani entuzjazmem dominikanie, nie oglądając się na miejscowe władze, wznieśli stos przed domem staruszki, a umierającą kobietę złożono na nim wraz z łóżkiem.
Takie improwizacje stopniowo zastępowały narzucane odgórnie procedury. Ich ogólny kształt wyznaczały bulle papieskie. Natomiast szczegóły dopracowywali dominikanie pełniący funkcję inkwizytorów, czyli śledczych. Ich podstawowym zajęciem było zbieranie informacji – objeżdżali podległe prowincje i korzystając z siatek donosicieli, zajmowali się rzeczą niezbędną dla funkcjonowania każdej policji i tajnej służby: gromadzeniem wiedzy. Dzięki niej mieli jaśniejszy ogląd sytuacji i mogli podjąć działania prewencyjne. W pierwszej kolejności należało nie dopuścić do szerzenia się idei wrogich Kościołowi. Gdy więc inkwizytor był pewien, że w jakiejś miejscowości zagnieździła się herezja, przystępował do działań.

Procedury to podstawa

Oto któregoś dnia pojawiał się w miejscowości inkwizytor w otoczeniu innych dominikanów oraz zbrojnej eskorty. Mieszkańców zwoływano na główny plac. Śledczy ogłaszał, że daje heretykom miesiąc na dobrowolne ujawnienie się. Ten okres nazywano czasem łaski. Wyznawca herezji, okazując skruchę oraz wolę współpracy, mógł liczyć na łagodne traktowanie. Zazwyczaj jedyną karą, jaka go spotykała, był nakaz pielgrzymki do świętego miejsca.
Gorzej, jeśli heretyk odrzucał daną mu szansę. Wówczas śledczy sięgał po środki nazywane dziś przymusem bezpośrednim. Podejrzanego wsadzano do lochu, w którym czekał na niego człowiek inkwizytora udający heretyka – próbujący wyciągnąć z niego informacje. Skuteczność tej sztuczki jest tak wielka, że niezmiennie uciekają się do niej wszystkie policje polityczne świata. Równie dobre efekty w pozyskiwaniu wyczerpujących zeznań przynosiło zaproponowanie zatrzymanemu, po kilku dniach odsiadki, darowania lub złagodzenia kary. W zamian musiał tylko złożyć zeznania o działalności innych heretyków oraz świadczyć przeciwko nim podczas procesu. Zyskiwał tym samym status „świadka koronnego”.
Co ciekawe, Grzegorz IX zakazał inkwizycji stosowania podczas przesłuchań tortur, choć były one wówczas standardową metodą wymuszania zeznań stosowaną przez władze świeckie. Dopiero po licznych prośbach inkwizytorów papież Innocenty IV w 1252 r. zezwolił na torturowanie podejrzanych. Choć zastrzegł, że stosowane metody nie mogą prowadzić do okaleczania ciała oraz grozić utratą życia. Ograniczeni proceduralnie, pracujący dla inkwizycji kaci wybierali najprostsze metody skłaniania zatrzymanego do większej wylewności. Najchętniej stosowano dwie techniki tortur. Pierwsza polegała na zwieszeniu przesłuchiwanego na linie, przerzuconej przez wielokrążek, którą podciągano pod sufit. Następnie obciążoną odważnikami ofiarę upuszczano w dół. Czynność tę powtarzano tak długo, aż torturowany zgodził się zeznawać. Druga technika była jeszcze prostsza. Przywiązanej do drewnianej ramy ofierze wlewano siłą do gardła wodę lub zanurzano głowę w wiadrze. Po wiekach do tej metody wróciła CIA, np. w obozie w Guantanamo.
Wedle obowiązujących inkwizytorów reguł tortury kończono w momencie, gdy przesłuchiwany godził się zeznawać lub przyznał się do zarzucanych win. Jednak zawsze wytaczano mu proces. W czasie jego trwania mógł wypowiadać się do woli, a od XIV w. otrzymywał nawet obrońcę z urzędu. Po zapadnięciu wyroku, który inkwizytor konsultował z trybunałem złożonym z kilkunastu księży, zakonników i osób świeckich, zatwierdzano go publicznie podczas zgromadzenia zwanego aktem wiary (po portugalsku auto da fé). Na specjalnej trybunie przed tłumem gapiów inkwizytor wygłaszał kazanie, następnie prezentował oskarżonego i odczytywał wyrok. Jeśli zapadała kara śmierci lub więzienia, skazańca przekazywano władzom świeckim. To na nich spoczywał obowiązek wzniesienia stosu. Choć przed egzekucją dawano heretykowi ostatnią szansę, by wyrzec się przekonań i obiecać poprawę. Jeśli z niej skorzystał, wówczas trafiał ponownie w ręce inkwizytora. Ten decydował, czy okaże łaskę i zamiast spłonąć na stosie więzień wróci na kilka lat do celi, czy jednak odbędzie się egzekucja. W tym drugim przypadku zamiast spalić zabijano skazańca, zazwyczaj dusząc garotą.
Prześledzenie średniowiecznych akt przyniosło współczesnym badaczom zaskakujące odkrycie. Jedynie ok. 5 proc. procesów kończyło się śmiercią oskarżonego. Większość zaś aktem skruchy i ułaskawieniem, co było zgodne z głównym celem istnienia inkwizycji. Jako narzędzie Kościoła miała nie tyle służyć eliminowaniu niepokornych jednostek, ile łamaniu woli heretyków i przywracaniu na jego łono.

Udoskonalenia i wypaczenia

„Postanowiono, by chrześcijan, którzy przeszli na wiarę żydowską lub do niej powrócili, chociażby osoby tego rodzaju ochrzczone zostały jako dzieci lub przyjęły chrzest pod wpływem strachu przed śmiercią, jednakże nie zostałyby one całkowicie lub dosłownie do tego zmuszone, traktować jako heretyków” – pisał w sporządzonym ok. 1320 r. kompendium dla inkwizytorów „Practica Inquisitionis heretice pravitatis” prokurator generalny zakonu dominikanów Bernard Gui. Biskup, i zarazem inkwizytor, został zapamiętany jako wielki okrutnik, budzący lęk w całej Langwedocji, choć wedle akt przez całą swą karierę na stos posłał 41 osób. Groza związana z jego osobą wynikała z tego, iż był on bardzo skutecznym śledczym, potrafiącym rozpracowywać nie tylko katarów, ale też Żydów.
Tym ostatnim, zgodnie z wytycznymi Rzymu, poświęcał wiele uwagi, uznając za niebezpiecznych heretyków. Długoletnie doświadczenia spisał w „Practica Inquisitionis heretice pravitatis”. Księga miała formę poradnika dla śledczych. Z tej księgi przebija beznamiętny pragmatyzm, niemający nic wspólnego z uniesieniami religijnymi czy mistycyzmem. Bernard Gui prowadzi czytelnika krok po kroku na każdym etapie śledztwa. Gdy więc młody praktykant rozpoczynał dochodzenie związane z osobą wyznania mojżeszowego, był instruowany w konkretnych punktach: „Najpierw należy zapytać przesłuchiwanego Żyda o jego imię i nazwisko. Następnie gdzie się urodził oraz mieszkał. Następnie o jego rodziców, czy byli i są do tej pory wyznawcami judaizmu, a także gdzie przebywają. Następnie czy ma on braci lub siostry, o ich imiona, nazwiska oraz gdzie mieszkają; a także czy ktoś z nich został ochrzczony, oraz gdzie i kiedy. Następnie czy on sam jest Żydem, czy też chrześcijaninem. Następnie o Prawo, które jest lepsze, i w którym chciałby żyć i umrzeć”. Takich pytań są dziesiątki. Dotyczą najdrobniejszych szczegółów związanych z życiem przesłuchiwanego. Sporządzany w trakcie zadawania pytań protokół pozwalał na zbudowanie całościowego obrazu podejrzanej osoby oraz wszystkich, którzy się z nią stykali.
Biskup był też prekursorem niekonwencjonalnych metod zastraszania. Z jego polecenia ekshumowano ciała 66 znanych w Langwedocji heretyków, które następnie spłonęły na stosie. Z doświadczeń Bernarda Gui czerpał wzorce półtora stulecia później Tomás de Torquemada. Hiszpański dominikanin poszedł jednak krok dalej – i służbę Kościołowi połączył z oddaniem świeckim władcom. Znany z ascetyzmu (spał na gołej desce, nie nosił bielizny, nie jadł mięsa) inkwizytor generalny Aragonii, Katalonii i Walencji użył podlegającej mu instytucji, by pomogła królowej Izabeli Kastylijskiej i Ferdynandowi II Aragońskiemu pozbyć się z Półwyspu Iberyjskiego Żydów oraz muzułmanów. Wraz z postępami czystki etnicznej Torquemada rozszerzył zakres działań trybunałów inkwizycyjnych, uznając za „herezje ukryte” m.in. nadużycia urzędnicze, bigamię, kradzież, uwodzenie kobiet, gwałt, homoseksualizm. W ten sposób zamienił hiszpańską inkwizycję w pierwszą nowoczesną policję polityczną, zajmującą się także sprawami obyczajowymi. Jej trybunały powstały w najważniejszych miastach Hiszpanii i Portugalii.
Z zachowanych akty wynika, że od XIV w. aż 90 proc. śledztw i rozpraw dotyczyło nie herezji, lecz działalności opozycyjnej, wykroczeń przeciw moralności, dewiacji seksualnych i praktyk magicznych. Jak często kończyły się one wyrokiem śmierci, trudno dokładnie obliczyć z powodu zniszczenia źródeł. Choć wedle szacunków Johna Edwardsa, autora książki „Inkwizycja hiszpańska”, Torquemada oraz jego następcy odpowiadają łącznie przez 400 lat za ok. 10 tys. egzekucji. Co daje połowę ofiar, jakie przyniosła rzeź w Béziers.

Hiszpańskie wzorce

Już w 1523 r. wydano w Hiszpanii zakaz przywozu i rozpowszechniania dzieł Marcina Lutra. Inkwizytorzy otrzymali zadanie przeszukiwania każdego statku zawijającego do portu, a marynarzom z krajów ogarniętych reformacją zakazywano schodzenia na ląd bez pisemnej zgody. Osoby otrzymujące przepustkę musiały się zaś zobowiązać do powstrzymywania od rozmów z miejscową ludnością.
W tym samym czasie wszelkie książki wydawane na Półwyspie Iberyjskim poddawano dwukrotnie cenzurze. Jeszcze przed oddaniem do druku oraz zaraz po wyjściu z drukarni. Pomimo tych starań w 1550 r. śledczy wytropili w Sewilli zakonspirowaną grupę luteranów. Przewodził im kanonik katedry sewilskiej Juan Gil Egidio. Podczas śledztw aresztowano aż 129 podejrzanych. Większość z nich okazała skruchę i po kilku miesiącach odzyskała wolność. Na stosach spłonęły 44 osoby. Podobne akcje w innych miastach skutecznie zdusiły w zarodku nowe idee.
To, jak dobrze radzili sobie hiszpańscy inkwizytorzy z nowym zagrożeniem, zainspirowało papieży. Po kolejnych reformach organizacyjnych Paweł III utworzył w Rzymie Kongregację Świętego Oficjum. Zadaniem nowego urzędu stało się nadzorowanie działań inkwizytorów we wszystkich krajach. Zgodnie z papieską konstytucją „Licet ab initio” z 1542 r. Świętym Oficjum zawiadywał Wielki Inkwizytor, wspierany przez kilkunastu kardynałów. W trudnych dla papiestwa czasach stale przybywało im obowiązków. W 1559 r. z polecenia papieża Pawła IV inkwizytorzy przygotowali wykaz ksiąg zakazanych, które zabroniono czytać wiernym i nakazano spalić. Znalazły się na nim wszystkie dzieła teologów protestanckich, ale też księgi filozofa Erazma z Rotterdamu czy „O poprawie Rzeczypospolitej” Andrzeja Frycza Modrzewskiego, ponieważ polski autor postulował daleko idącą reformę Kościoła.
Od tego czasu w kręgu zainteresowania inkwizycji znajdowali się przede wszystkim intelektualiści, artyści i naukowcy. To przede wszystkim ich podejrzewano o szerzenie idei mogących podważyć zaufanie wiernych do Kościoła katolickiego, o czym na własnej skórze przekonał się nawet członek zakonu dominikanów Giordano Bruno. Na stos powędrował w 1600 r. za to, że wierzył, iż kosmos jest pełen światów podobnych do Ziemi i nie chciał się swego przekonania wyrzec. Bardziej ugodowy astronom Galileusz wolał zaprzeczyć własnym odkryciom, by ocalić życie.
Jednak zreformowanie działań inkwizycji i jej ściślejsze podporządkowanie Rzymowi nie mogło odwrócić zachodzących w Europie zmian. W większości krajów Starego Kontynentu monarchowie nie zamierzali się już dzielić władzą z papieżem. W Polsce, gdy inkwizycja zażądała aresztowania Modrzewskiego, król Zygmunt August przeniósł swojego sekretarza do Wolborza, mianując tamtejszym wójtem. Kiedy zaś nuncjusz papieski Alojzy Lippomano upomniał się o heretyka, wówczas król wystawił autorowi traktatu „O poprawie Rzeczypospolitej” list żelazny gwarantujący mu nietykalność. Sama książka stała się w Europie bestsellerem. Zygmunt August demonstracyjnie trzymał jej egzemplarz w swojej bibliotece, zupełnie nie przejmując się tym, iż groziło za to oskarżenie o szerzenie herezji.
Bez wsparcia ze strony władzy świeckiej Kościół okazywał się coraz bardziej bezradny. Zaś inkwizytorzy mogli zajmować się głównie drobnymi sprawami oskarżeń o czary, co stało się prawdziwą plagą w Europie wraz z końcem średniowiecza. Na niwie politycznej byli nadal groźną, sekretną służbą jedynie tam, gdzie rządził król Hiszpanii, oraz na Półwyspie Apenińskim. Ale i to zadanie znalazło swój kres w XIX w., wraz z triumfem liberalnych idei i zjednoczeniem Włoch.
Święte Oficjum nadal jednak pracowało, przekształcając się w instytucję prowadzącą walkę propagandową z wrogami Kościoła katolickiego oraz tocząc z nimi intelektualne spory. Dopiero w 1908 r. papież Pius X przeprowadził pierwszą reorganizację starej instytucji. Zaś w 1965 r. papież Paweł VI powierzył Świętemu Oficjum nadzór nad czystością doktrynalną Kościoła w kwestiach moralności i wiary, nadając nową nazwę – Kongregacji Nauki Wiary.