Podobny koncept jest znany z kina i pojawił się chociażby w „Dniu świstaka”. Z tą różnicą, że w filmie z Billem Murray’em bohater nie ginął, natomiast budził się i codziennie przeżywał ten sam dzień. Pomysł ten ma w sobie duży fabularny potencjał, przede wszystkim na dwóch płaszczyznach. Pierwszą z nich jest humor. Absurdalne położenie w jakim znajduje się bohaterka, ciągle prowadzi do sytuacyjnego absurdu – główna bohaterka (Nadia) jest w serialowym świecie jedyną osobą (do pewnego momentu), która ma świadomość tego, że znalazła się w czasowej pętli. Humor charakteryzują poza absurdem inteligentne dialogi, a twórczynie (Natasha Lyonne, Amy Poehler oraz Leslye Headland) mnożą językowe smaczki, które podczas pierwszego seansu łatwo umykają. Drugą z warstw, która wysuwa się w serialu na pierwszy plan są postacie.

Ona (Nadia) jest 37-letnią singielką, która mieszka z kotem i prowadzi beztroski, lekko chaotyczny żywot. Kobieta z rosyjskimi korzeniami ma za sobą traumatyczne dzieciństwo z chorą psychicznie matką u boku i wynikające stąd psychologiczne problemy. Największymi z nich są egocentryzm zmiksowany z indywidualizmem oraz brak zdolności do angażowania się w głębokie międzyludzkie relacje. Nadia ma niezwykle cięty jeżyk i bezpośrednią naturę.

Jego (Alana) poznajemy dopiero mniej więcej w połowie serialu. Z Nadią łączy go trudny i neurotyczny charakter. Alan cierpi na brak spontaniczności i niską inteligencję emocjonalną. Jego ulubionymi zajęciami są polerowanie mebli i karmienie rybki. Pod wieloma względami jest przeciwieństwem „rosyjskiej laleczki”.

Przypadkiem poznają się i uświadamiają, że przedziwna sytuacja stała się udziałem ich obojga. Chociaż z pozoru nie mają ze sobą niczego wspólnego, to jednak postanawiają współpracować. Pomiędzy mężczyzną i kobietą rodzi się przyjaźń. Sytuacja, w jakiej się znalejdują, prowadzi do ich wewnętrznej przemiany, a cały serial możemy odczytać jako metaforę ludzkiego dojrzewania i porozumienia ponad podziałami. Co łączy Alana i Nadię i co ich spotkało?

Serial rozpisany jest na różnorodne tony. Zaczyna się jak komedia pomyłek, z biegiem czasu idąc w stronę ciężkiego psychologicznego dramatu. W pewnym momencie twórcy uciekają nawet w estetykę horroru. Formalna, a szczególnie wizualna, strona serialu jest bardzo interesująca.

Rola Nadii to bez wątpienia tour de force w karierze Natashy Lyonne. Jej zachrypły głos, bardzo ekspresyjna mimika i charakterystyczna twarz są narzędziami, którymi wykuwa w filmowej materii proces wewnętrznego rozbicia swojej bohaterki. Często bywa zabawna, często wzruszająca, a najczęściej i taka, i taka.

To kolejna odważna i udana oryginalna produkcja Netflixa. Platforma streamingowa nie zatrzymuje się – jej produkcje eksplorują coraz bardziej formalne i fabularne dziewicze terytoria. Jak dobrze, że możemy spędzić na nich zimowe wieczory.