Polska jak żaden inny kraj wspierała utworzenie Izraela, w nadziei… pozbycia się Żydów. Ci ze złych wspomnień o Polakach uczynili jeden z fundamentów własnej tożsamości i państwowości
Magazyn DGP 22.02.19. / Dziennik Gazeta Prawna
Relacje polsko-żydowskie pełne są paradoksów sprawiających, że bez względu na teraźniejsze interesy to przeszłość jest w nich najważniejsza. Współczesny Izrael jest jednym z najbardziej osamotnionych państw świata. Skazanym na toczenie wiecznej wojny z Palestyńczykami oraz każdym regionalnym mocarstwem, które chce odgrywać dominującą rolę na Bliskim Wschodzie. Niegdyś były to Egipt, Syria oraz Arabia Saudyjska. Teraz jest to Iran, a szykuje się też coraz ostrzejszy konflikt z Turcją.
Reklama
Jak stare kraje UE podchodzą do kwestii przetrwania Izraela, najlepiej było widać jesienią 1973 r. podczas wojny Jom Kippur. Gdy Żydzi powstrzymywali egipskie i syryjskie wojska pancerne przed przebiciem się na równiny Galilei (co oznaczałoby definitywną klęskę), europejskie kraje NATO solidarnie odmówiły zgody na lądowanie amerykańskich samolotów wiozących broń, amunicję i części zamienne dla izraelskiej armii. Bez tych dostaw wojna zostałaby przegrana, a los żydowskich mieszkańców regionu – przesądzony. Jednak zachodnie rządy i opinia publiczna nie widziały niczego sprzecznego w potępieniu Holocaustu i okazywaniu współczucia dla jego ofiar, a jednocześnie biernemu przyglądaniu się, czy wydarzy się nowy. Udzielenie realnego wsparcia państwu żydowskiemu oznaczało wejście w konflikt z krajami arabskimi, szczególnie tymi zrzeszonymi w OPEC. Koszt takiego sporu byłby zaś wyższy niż późniejszego demonstracyjnego uderzenia się w piersi. Na tym polega właśnie łączenie politycznej pragmatyki z polityką wizerunkową dojrzałych państw – choć jej elementem jest również zaprzeczenie, by takie kalkulacje były w ogóle prowadzone. Jesienią 1973 r. Izrael ocalał dzięki Portugalii. Lizbona zgodziła się, żeby amerykańskie samoloty transportowe mogły uzupełniać paliwo w bazie lotniczej na Azorach. W zamian Stany Zjednoczone zniosły restrykcje handlowe narzucone wcześniej na miejscowy reżim oraz obiecały dostawę nowoczesnego sprzętu dla portugalskiej armii.

Reklama
Rząd II RP stał się najwierniejszym sojusznikiem żydowskich nacjonalistów, pomagając, jak nikt inny, w założeniu Izraela. Dzięki polskiemu wspieraniu emigracji do Palestyny ponad 100 tys. Żydów ocalono przed Holokaustem
Wygranie wojny Jom Kippur, skuteczne tłumienie palestyńskich buntów czy nawet zawarcie trwałego pokoju z Egiptem jedynie odrobinę poprawiły strategiczne położenie Izraela. Najwięksi wrogowie w regionie posiadają olbrzymią przewagę demograficzną i nawet bez broni atomowej są śmiertelnym zagrożeniem. Malutkie państwo, choć dysponuje potężną armią i rakietami z głowicami jądrowymi, nie może sobie pozwolić na żadną klęskę militarną, bo stawką jest przetrwanie. Stuprocentowych gwarancji bezpieczeństwa nie daje mu nawet wsparcie Stanów Zjednoczonych – prezydentura Baracka Obamy dowiodła, że w Waszyngtonie jest też możliwa administracja „izraelosceptyczna”. Warszawa powinna zatem zadać sobie pytanie, jak w tej układance szukać strategicznego interesu Polski.

Złudzenia teraźniejszości

Od początku III RP ułożenie jak najlepszych relacji z Izraelem było priorytetem kolejnych rządów w Warszawie. Wzorcowa przyjaźń obu państw miała zdjąć z Polaków odium jednego z najbardziej antysemickich narodów świata, chronić przed pomówieniami o współudział w organizacji Holocaustu, a także zabiegami amerykańskich środowisk żydowskim w kwestii odszkodowań za mienie ofiar zagłady. Sojusz ten gwarantował także bliższe relacje z Waszyngtonem oraz spore możliwości robienia interesów, zwłaszcza na niwie współpracy przemysłów zbrojeniowych obu państw. Z kolei strona izraelska potrzebowała dużego sojusznika w Unii Europejskiej, który mógłby zablokować działania wspólnoty wymierzone w interesy państwa żydowskiego – tym bardziej że wiele krajów UE, na czele z Niemcami i Francją, chce utrzymania porozumienia zawartego z Iranem i wspiera niepodległościowe aspiracje Palestyńczyków.
W takich okolicznościach obustronna współpraca Izraela i Polski wydawała się oczywista. A jednak rząd Mateusza Morawieckiego poczuł się zaskoczony konsekwencjami, jakie miała w ubiegłym roku nowelizacja ustawy o IPN. Miała zademonstrować elektoratowi PiS, jak Polska „wstała z kolan”, ale ostatecznie doprowadziła do dyplomatycznego konfliktu z Izraelem i USA. I choć rząd się z poprawek ustawy wycofał, efekt jest taki, że dziś polityczna prawica w Izraelu ciągle udowadnia swój patriotyzm atakowaniem Polski. A celem premiera Binjamina Netanjahu wydaje się dociskanie Warszawy, by skupiła się na nieustannym biciu we własne piersi i eksponowaniu zbrodni popełnionych przez Polaków na Żydach podczas II wojny światowej. Badania historyczne stały się w ten sposób najważniejszym punktem wzajemnych relacji.
Całe to teatralne wzmożenie izraelskich elit politycznych obliczone jest na pozyskanie przychylności tamtejszych wyborców. A przy okazji pokazuje, że polska strona była zupełnie nieprzygotowana na to, iż nie jest w państwie żydowskim postrzegana przez pryzmat pamięci o: Irenie Sendlerowej, „Żegocie” czy 6706 Polakach uhonorowanych przez Instytut Yad Vashem tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Zamiast tego w zbiorowej pamięci mieszkańców Izraela funkcjonuje Holocaust widziany przez pryzmat II Rzeczypospolitej. Ten paradoksalny zlepek dwóch rzeczywistości narodził się z następujących przyczyn.
Oto wedle szacunku przedstawionego w publikacji Centrum Badań nad Zagładą Żydów „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” pod redakcją Barbary Engelking i Jana Grabowskiego, na terenach polskich niemiecką okupację przeżyło zaledwie 40 tys. Żydów. Jedynie część z nich osiadła potem w Izraelu. Ich osobiste wspomnienia i doświadczenia z czasów zagłady w niewielkim stopniu kształtowały pamięć mieszkańców państwa żydowskiego. Ta była już zaanektowana przez wspomnienie krzywd doznanych w II RP, na które nałożyła się pamięć o krewnych zamordowanych na ziemiach polskich podczas Holocaustu. Olbrzymim paradoksem jest to, że żaden kraj nie przyczynił się bardziej od Polski do narodzin państwa żydowskiego. Ale jednocześnie władze II RP robiły to, by się Żydów pozbyć.

Niepodległość a demografia

„Kwestia żydowska istnieje wszędzie tam, gdzie Żydzi żyją w znacznej ilości. Gdziekolwiek nie istnieje, zostanie przyniesiona wraz z żydowskimi imigrantami” – ogłosił w połowie lutego 1896 r. w Wiedniu żydowski dziennikarz Teodor Herzl. W wizjonerskim artykule „Państwo żydowskie” zaapelował do całego świata: „Dajcie nam tylko suwerenną władzę nad skrawkiem ziemi wystarczającym dla słusznych potrzeb naszego ludu, a z resztą poradzimy sobie sami”.
Idea Herzla stała się inspiracją dla rodzącego się wówczas ruchu syjonistycznego. Rok później na pierwszym Kongresie Syjonistycznym w Bazylei Żydzi powołali do życia Światową Organizację Syjonistyczną. Jej najważniejszym celem stała się walka o własne państwo. Pomysłów, gdzie mogłoby ono powstać, było wiele, lecz najwięcej zwolenników zyskiwała idea powrotu do historycznej ziemi przodków. Tyle że starożytną „ziemię obiecaną” zamieszkiwali Arabowie. Pomimo wysiłku syjonistów, aby wspierać osadnictwo rodaków w Palestynie, tuż przed I wojną światową mieszkało tam zaledwie 85 tys. Żydów. Było ich około dziesięć razy mniej od Arabów. Ale okazało się, że obecność garstki osadników ma wpływ na postawę mocarstw.
Decydujące okazały się znajomości angielskiego chemika Chaima Weizmanna, twórcy technologii przemysłowej produkcji acetonu, substancji niezbędnej do wytwarzania prochu bezdymnego. Za sprawą nacisków naukowca 2 listopada 1917 r. brytyjski minister spraw zagranicznych Arthur James Balfour zadeklarował w liście do barona Waltera Rothschilda: „Rząd Jego Królewskiej Mości przychylnie zapatruje się na ustanowienie w Palestynie narodowego domu dla narodu żydowskiego i dołoży wszelkich starań, aby umożliwić osiągnięcie tego celu”. Poparcie Imperium Brytyjskiego dla syjonistycznej idei sprawiło, że wreszcie wydawała się bliska realizacji.
Kolejne lata przyniosły jednak Żydom same rozczarowania. Choć zaczęło się obiecująco, bo po I wojnie światowej Palestynę ogłoszono terytorium mandatowym Ligi Narodów. Zarządzającym nią wysokim komisarzem został angielski polityk sir Herbert Samuel. Nazywano go wówczas pierwszym Żydem rządzącym „ziemią obiecaną” od czasów rzymskich. Jednak ostateczny głos miała demografia. Brytyjczycy, obawiający się rebelii arabskiej większości, zarządzali Palestyną jak kolonią. Podzielili ją na strefy: Żydom z całego terytorium wydzielono 23 proc., co dawało marne 26 tys. km kw. Mając do dyspozycji obszar o powierzchni mniejszej od województwa wielkopolskiego, trudno marzyć o stworzeniu państwa, zwłaszcza gdy wokoło mieszkały miliony Arabów. Tych zaś wielki mufti Jerozolimy wezwał, by wyrżnęli intruzów.
Pierwsze napaści Arabów na żydowskich osadników zaczęły się już w lutym 1920 r. Na przemoc przybysze odpowiedzieli przemocą. Odtąd stała się ona nieodłącznym elementem codziennego życia w Palestynie. Opór Arabów sprawił, że Londyn w 1922 r. wycofał się z deklaracji Balfoura. Wsparcie dla powstania żydowskiego państwa zastąpiono zapewnieniami, iż Żydzi mają prawo do „siedziby narodowej”. O niepodległości nie było już mowy. W tym czarnym dla syjonistów momencie nadciągnęła niespodziewana odsiecz z Polski.

Ofiary Grabskiego

Starcia arabsko-żydowskie sprawiły, że niewielki napływ osadników do Palestyny w 1923 r. niemal zamarł. Pomimo rozbudowanej sieci placówek w Europie i Stanach Zjednoczonych, zachęcających Żydów do osiedlania się na ziemi przodków, organizacje syjonistyczne były bezradne. Aż nagle emigracja ruszyła. Wszystko za sprawą reformy państwa wdrażanej przez rząd Władysława Grabskiego. „Jej elementem była naprawa skarbu, na którą składało się w szczególności zwiększenie dochodów budżetu. Służyła temu m.in. waloryzacja podatków i innych zobowiązań oraz próby zwiększenia ich ściągalności. Rezultatem były liczne bankructwa” – opisuje w monografii „Brama na Bliski Wschód. Polsko-palestyńskie stosunki gospodarcze w okresie międzywojennym” Jerzy Łazor. Powozy egzekutorów skarbowych wywożące dobytek z dzielnic żydowskich zyskały własną nazwę w języku jidysz. Nazywano je „Grabskes wogele”, czyli „wózki Grabskiego”. Wprawdzie w owym czasie bankrutowali również polscy przedsiębiorcy, lecz oni nie wybierali się na emigrację. Natomiast Żydzi, czujący się ograbieni z dorobku życia przez Polaków, pakowali resztki dobytku i różnymi drogami ruszali do Palestyny.
Wcześniej pojechaliby do Ameryki, lecz w 1921 r. rząd USA przeforsował Emergency Quota Act, praktycznie uniemożliwiający osiedlanie się żydowskim emigrantom na terytorium Stanów Zjednoczonych. Jedynym kierunkiem wyjazdu stawała się więc „ziemia obiecana”. Dodatkowo wielkim ułatwieniem było to, że za zgodą polskiego rządu działał w II RP Centralny Syjonistyczny Wydział Palestyński, posiadający placówki w Warszawie, Krakowie, we Lwowie i w Wilnie oraz wielu mniejszych miastach. Zajmowały się one udzielaniem wszelkiego wsparcia dla Żydów pragnących wyjechać do Palestyny.
Exodus ponad 30 tys. bankrutów nazywano aliją (hebrajskie słowo oznaczające „powrót do ojczyzny przodków”) Grabskiego. „Charakter, tempo tej nowej aliji, jest czymś obcym, czymś niezrozumiałym w pojęciu dotychczasowego jisziuwu (osadnictwa – przyp. aut.)” – notował poseł Icchak Grünbaum. Zaskoczony lider ruchu syjonistycznego w Polsce irytował się, że emigrantów zupełnie nie interesują idee syjonistyczne ani polityka. Wyjeżdżali, by od nowa rozkręcić biznes. Niemogący im tego wybaczyć ideowiec Grünbaum, nazwał ich „aliją nieuków”.
A jednak to właśnie oni wkrótce mieli zacząć zmieniać stosunek sił w Palestynie na żydowską korzyść. Wspominając rezultaty ich przybycia, jeden z liderów ruchu syjonistycznego Witalij Haim Arlosoroff notował, że alija Grabskiego „zatknęła na centrach handlowych swoje nowe z naszego punktu widzenia flagi, szyldy biur sprzedaży nowych terenów, duże wystawy z wiszącymi w nich kolorowymi banknotami; to ona przekształciła wizerunek miast i nadbudowała piętra budynków”. Emigranci z Polski wyparli arabskich kupców i przedsiębiorców z palestyńskich miast, wygrywając z nimi konkurencję, dając przy okazji diasporze energię oraz tak potrzebne pieniądze. Jednocześnie odwrócony został trend demograficzny. Po raz pierwszy w „ziemi obiecanej” szybciej przybywało Żydów niż Arabów. Niestety potomkowie osadników aliji Grabskiego dobrze pamiętali, że ich przodkom niegdyś cały majątek zabrała polska skarbówka. A i tak nie to było najgorsze.

Bardzo złe wspomnienia

„Pamiętam, że gdy mi raz jeden z katolików zaczął dokuczać i na koniec powiedział ze wzgardą: «parch!» – uderzyłem go w twarz” – opisywał w 1939 r. w ankiecie dla nowojorskiego Institute for Jewish Research Ludwik Stöckel. Pochodzący z osiadłej na Kresach rodziny żydowskiej mężczyzna przywiózł ze sobą do Palestyny głównie złe wspomnienia. W gimnazjum w Czortkowie często bił się z kolegami, bo ci dokuczali mu, dlatego że był Żydem. Potem w 1933 r. zaczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Trafił w środek walki toczonej przez studentów z ONR domagających się getta ławkowego. „Równocześnie gardziłem temi zielonomózgami i obawiałem się ich, bo musiałem się obawiać niepoczytalności. Zezwierzęcenie pałkarzy napawało mnie wstrętem” – opisywał Stöckel. Już na rozpoczęcie roku akademickiego stał się świadkiem ekscesów. Oenerowcy nie wpuścili żydowskich kolegów do sali wykładowej. Weszli oni dopiero po interwencji rektora. „W «uspokajającem» przemówieniu i rozmowach prywatnych [rektor] dał do zrozumienia, że chodzi mu tylko o spokój w obrębie murów uniwersyteckich, ulica zaś «nic go nie obchodzi». Wobec takiego postawienia rzeczy endecy zaczęli hulać na ulicach” – wspominał Stöckel. Na zamieszki nie musiał długo czekać. „Wieczorem następnego dnia jechałem tramwajem. Zauważyłem na chodniku klikę rozrabiaków w liczbie około trzydziestu. Po chwili usłyszałem krzyk. Goniono jakiegoś człowieka, który już z poranioną głową wpadł do wozu” – opisywał. W swoim życiu po raz pierwszy stykał się z taką przemocą i nienawiścią. Wedle jego zapisków policjanci sprowadzenia dla stłumienia zamieszek po cichu sympatyzowali z narodowcami i dawali to odczuć Żydom.
Te epizody pamiętał najlepiej, gdy dwa lata później spakował walizki i ruszył do Palestyny. Inne relacje, gromadzone w tamtym czasie przez Institute for Jewish Research, są podobne. Emigrujący z II RP Żydzi wyjeżdżali, bo czuli się wyobcowani i prześladowani. Przy czym spory odsetek z nich posiadał wykształcenie wyższe zdobyte na polskich uczelniach. To oni dekadę później stali się elitą rządzącą w Izraelu. Niestety krzywdy zapadają w pamięć lepiej niż powody do wdzięczności. A Izrael być może by się nie narodził, gdyby nie wsparcie II Rzeczypospolitej.

Sponsorzy Izraela

Wraz z narastaniem napięcia w Palestynie kolejne brytyjskie rządy starały się ograniczać żydowskie osadnictwo. Narzucano coraz niższe kwoty przyjazdowe, jednocześnie kontrolując porty i wyłapując nielegalnych emigrantów. Te represje sprawiły, że w listopadzie 1933 r. w największych polskich miastach odbyły się burzliwe wiece syjonistów protestujących przeciwko polityce Zjednoczonego Królestwa. W ambasadzie Wielkiej Brytanii w Warszawie demonstranci wybili kamieniami okna. Jeden z nich owinięto listem następującej treści: „Precz z antysyjonistycznym i antysemickim rządem brytyjskim! Precz z ograniczeniami i szykanami wobec żydowskich turystów w Palestynie – państwie żydowskim. Precz z Wysokim Komisarzem Wauchopem! Żądamy nieograniczonej emigracji do Eretz Izrael! Żądamy realizacji deklaracji Balfoura! Niech żyje państwo żydowskie na obu brzegach Jordanu”.
Niedługo potem cichy sojusz z przywódcami ruchu syjonistycznego zawarł nowy szef polskiego MSZ Józef Beck. Najlepiej dogadywał się z radykałami, takimi jak Icchak Grünbaum i Władymir Żabotyński, wspierając ich pomysły i działania. W ciągu kilku lat na terenie Polski stworzony został cały system placówek przygotowujący Żydów do emigracji oraz zbudowania od podstaw własnych sił zbrojnych. Polskie MSZ zadbało także o kanały przerzutowe oraz oferowało wyjeżdżającym finansowe wsparcie.
Do palestyńskiej codzienności oraz przede wszystkim pracy na roli przygotowywała przyszłych emigrantów sieć obozów Chavot Hachshara. Wstępne przeszkolenie wojskowe młodzi Żydzi otrzymywali w ramach organizacji Betar, współpracującej z polskim wojskiem. Żydowskie siły specjalne i wywiadowcze powstawały pod okiem „Dwójki”, czyli wywiadu wojskowego. Wyselekcjonowani ochotnicy przechodzili kurs specjalny w szkole oficerskiej w Rembertowie. Tam uczono ich nie tylko taktyki i metod dowodzenia, ale również tego, jak przeprowadzać zamachy terrorystyczne. Wojskowe kadry wyszkolone w Polsce okazały się bezcennym kapitałem podczas walk Żydów z Arabami pod koniec lat 30., a także po II wojnie światowej, gdy rozpoczęto serię ataków terrorystycznych przeciwko Brytyjczykom (miały ich zmusić do uznania niepodległości Izraela).
Emigranci docierali do Palestyny dzięki liniom żeglugowym GAL (Gdynia America Line): trzy stare statki pasażerskie „Polonia”, „Kościuszko” i „Pułaski” regularnie dowoziły na Bliski Wschód kolejne partie wychodźców. Choć przedsiębiorstwo przynosiło straty, rząd sanacyjny uparcie utrzymywał jego działalność, głównie za sprawą nacisków Becka. Co więcej, żydowskim pasażerom fundowano darmowe paszporty, ulgowe bilety, a nawet kieszonkowe wypłacane przez polski MSZ. Gdy Brytyjczycy zorientowali się, że GAL stanowi przykrywkę służącą masowemu przerzucaniu Żydów do Palestyny, wprowadzili dodatkowe obostrzenia. A rok przed wybuchem II wojny światowej zablokowano możliwość legalnego przybywania nowych osadników. Wówczas polska strona zaczęła na różne sposoby wspierać nielegalną emigrację. W efekcie w spisie z 1938 r. doliczono się ponad 400 tys. żydowskich osadników. Ponad 100 tys. z nich na pewno przybyła w poprzednich latach z terenów Polski. To właśnie polscy Żydzi stanowili najlepiej przygotowaną grupę do walki o własne państwo, zarówno pod względem umiejętności, jak i bojowego ducha.

Polityka a skutki

Władze II RP, widząc wzbierającą w latach 30. falę antysemityzmu, wierzyły, że powstanie Państwa Izrael rozwiąże problem, bo sprawi, że z Polski wyjedzie znacząca liczba obywateli wyznania mojżeszowego. Trzymając się tej idei, rząd stał się najwierniejszym sojusznikiem żydowskich nacjonalistów, pomagając, jak nikt inny, w założeniu Izraela. Dzięki polskiemu wspieraniu emigracji do Palestyny ponad 100 tys. Żydów ocalono (nieświadomie) przed Holocaustem. Jednak wcześniej władze traktowały ich tak fatalnie, że uratowani zamiast wdzięczności zapamiętali swoim dobroczyńcom przeróżne krzywdy.
Spuścizną tej przeszłości jest obecna fala antypolskich nastrojów w Izraelu. Politycy z tamtejszego obozu władzy odwołują się do starych fobii i uprzedzeń, żeby zyskać na popularności. To z kolei powoduje fatalne skutki dla strategicznych interesów III RP. Zacieśnienie przyjaźni z Izraelem rządzonym przez Likud Binjamina Netanjahu przynosi bowiem Polsce jedynie straty wizerunkowe. Trudno natomiast mówić o jakichkolwiek profitach. Polityczny pragmatyzm ćwiczony przez kraje Zachodu w takich okolicznościach mówi, że uczciwe rozliczenie z przeszłością i przyznanie się do win nie musi automatycznie oznaczać przymusowej przyjaźni z potomkami krzywdzonych. Jeśli nie ma obopólnych korzyści, bliski sojusz polityczny nie ma żadnego sensu. Rodzi jedynie frustrację i nowe konflikty.