Każdy, kto obejrzy ten serial, zanim wciągnie kolejną kreskę, zastanowi się, czy ktoś wcześniej nie zapłacił za nią życiem – mówi Diego Luna, gwiazdor „Narcos: Mexico”
Reklama
Wbrew pozorom „Narcos: Mexico” to więcej niż kolejny sensacyjny serial o pojedynku narkotykowego barona i próbującego go powstrzymać policjanta. – W tej historii zaciera się prosty podział na dobro i zło. W taki sposób nie da się pokazać meksykańskiej rzeczywistości. Owszem, bohater, którego gram, to kryminalista, ale tacy jak on otaczają nas na co dzień, tyle że noszą garnitury i pracują w korporacjach albo zasiadają w rządzie. Nie tylko w Meksyku – mówi Diego Luna, aktor znany m.in. z filmów „I twoją matkę też” oraz „Łotr 1: Gwiezdne wojny – historie”. W serialu „Narcos: Mexico” zagrał Félixa Gallardo, zwanego El Padrino, ojcem chrzestnym – człowieka, który stworzył w Meksyku nowoczesne kartele narkotykowe.
„Narcos” jest jednym z przebojów serwisu streamingowego Netflix. Platforma nie udostępnia danych na temat oglądalności, ale serial cieszy się sporą popularnością. Pierwsze dwa sezony były poświęcone przestępczej karierze Pabla Escobara – żyjącego w latach 1949–1993 twórcy narkotykowego imperium, w latach 80. jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Trzeci przyglądał się losom jego kolumbijskiego kartelu już po tym, jak słynny mafiozo zginął podczas policyjnej obławy. Sezon czwarty to początek zupełnie nowej opowieści: o narkotykowej rewolucji, jaką przeprowadził w Meksyku Gallardo.

Reklama

Przemytnik z talentem polityka

„To, co przeżywamy dzisiaj, gospodarka, która kieruje naszym życiem, naszymi wyborami, jest zdeterminowana bardziej przez to, co zdecydowali i zrobili w latach 80. Félix Gallardo «El Padrino» i Pablo Escobar «El Mágico», niż przez to, co zdecydowali i zrobili Reagan i Gorbaczow”, pisze prowokacyjnie Roberto Saviano, włoski reporter zajmujący się tematyką mafijną, w książce „Zero zero zero”.
Gallardo był policjantem w stanie Sinaloa. Śledził przemytników, łapał ich i wsadzał do więzienia, poznając przy okazji ich metody działania, najlepsze trasy przerzutowe i sposoby na zmylenie – lub przekupienie – urzędników państwowych. Gdy na początku lat 80. uznał, że pensja policjanta jest za skromna jak na jego potrzeby i ambicje, postanowił działać z rozmachem. Szefom licznych karteli rozproszonych po całym Meksyku zaproponował układ: wspólnie stworzą sieć przerzutu narkotyków, zminimalizują dzięki temu przemoc, nieuchronną w warunkach rywalizacji, ograniczą ryzyko i każdy na tym zyska. Pod jednym warunkiem: on, Miguel Ángel Félix Gallardo, zostanie ich szefem. Tych, którzy odmówili, bezwzględnie eliminował.
Większość broni używanej przez kartele pochodzi z USA. 80 proc. pocisków znalezionych na miejscach zbrodni w Meksyku pochodzi z legalnej sprzedaży w Stanach. W Meksyku za posiadanie nawet niewielkiej ilości marihuany można trafić na 30 lat do więzienia. A tuż za północną granicą wystarczy prawo jazdy, żeby kupić AK-47
Diego Luna: – Jak na barona narkotykowego Gallardo był wyjątkowy. Przypominał raczej biznesmena z ambitną wizją. Nie chodziło mu tylko o zarobek na narkotykach. Inwestował w hotele i restauracje. Wyprowadził się z prowincji do wielkiego miasta: przeniósł się do Guadalajary, bo chciał być częścią wielkiego przestępczego świata. Tymczasem w Meksyku lokalni bossowie zostają w swoich miasteczkach. To typowy widok: mała, biedna miejscowość, pośrodku której stoi wielki dom szefa lokalnego kartelu i kościół odnowiony z pieniędzy zarobionych na narkotykach. Gallardo przełamał ten stereotyp.
Meksykański aktor nie ukrywa, że rola mafiozy była dla niego sporym wyzwaniem. Przeczytał dziesiątki książek, reportaży i artykułów poświęconych kartelowi z Guadalajary, zapoznał się z publikowanymi w meksykańskiej prasie fragmentami pamiętników Gallarda, a jednak początkowo trudno było mu wyobrazić sobie, co czuje i jak funkcjonuje ktoś taki. – Chciałem, żeby wbrew wszystkiemu była to postać w jakiś sposób ujmująca – mówi Luna. – W końcu potrafił posadzić przy jednym stole zaprzysięgłych wrogów, ludzi, którzy chcieli się nawzajem pozabijać, i nakłonić ich do współpracy. Miał talent polityka, posługiwał się biznesowym kodeksem, nawiązywał bliskie kontakty z władzami, m.in. gubernatorem Guadalajary, i myślę, że sporo się wtedy nauczył.
Gallardo zaczynał od przemytu marihuany, potem dostrzegł potencjał tkwiący w handlu kokainą. Nawiązał owocną współpracę z Pablem Escobarem i korzystał z tego, że oczy świata były zwrócone w stronę kolumbijskiego bossa. „El Padrino” „stara się zachować ostrożność. Wieść normalne życie. Życie szefa, nie cesarza”, pisze Saviano. Dzięki temu przestępcy długo udawało się unikać kłopotów. Ale na jego drodze stanął niepozorny Amerykanin meksykańskiego pochodzenia: Enrique „Kiki” Camarena.

Sam przeciw wszystkim

Camarena mógł wydawać się niezniszczalny. W latach 70. służył w marines, potem pracował w policji, wreszcie dołączył do świeżo utworzonej agencji ds. zwalczania narkotyków – Drug Enforcement Administration (DEA). Na przełomie lat 70. i 80. nie była to jeszcze tak potężna instytucja jak dziś.
W „Narcos: Mexico” „Kikiego” gra Michael Peña, jeden z najpopularniejszych aktorów latynoskich w Hollywood, znany m.in. z „Ant-Mana” i „Marsjanina”. – Camarena nigdy nie udzielał wywiadów. Wszystko, co wiadomo o jego doświadczeniach i emocjach, pochodzi z relacji innych osób, jego rodziny, współpracowników. Musiałem więc w pewien sposób wymyślić „Kikiego” od nowa – wspomina. – Inspiracją była dla mnie rola Martina Sheena z „Czasu apokalipsy”. Wcielił się w człowieka, który nie przestaje myśleć o swoim zadaniu, ono staje się dla niego ważniejsze niż cokolwiek innego, nawet życie prywatne.
Peña i Luna spotkali się kilka lat temu na planie „Césara Cháveza”, filmowej biografii legendarnego działacza społecznego. Luna reżyserował ten film. W „Narcos: Mexico” aktorzy stają po przeciwnych stronach barykady. „Kiki” zdobył zaufanie Gallardo i przez długi czas infiltrował kartel z Guadalajary. „Sam wszystko zorganizował za zgodą kilku zwierzchników i dzięki wsparciu pewnej małej meksykańskiej struktury. Siła jego operacji pod przykrywką polegała właśnie na tym, że działał w pojedynkę” – to znów Saviano i „Zero zero zero”.
– Scenarzyści wykonali niesamowitą pracę – mówi Peña. – To, co można znaleźć w Google’u na temat Gallardo i Camareny, to wierzchołek góry lodowej, oni zaś mają dostęp do informacji, do których nie docierają nawet doświadczeni reporterzy. Przeprowadzają dodatkowe wywiady, także z ludźmi, którzy ze względów bezpieczeństwa muszą pozostać anonimowi. Więc nawet jeśli znasz dalsze losy bohaterów serialu, nie wiesz, co kryje się pod powierzchnią.
– Trzeba jednak cały czas pamiętać, że to nie jest dokument – dopowiada Luna. – To fikcja. Inspirowane faktami, ale jednak wyobrażenie. Nie należy wymagać, by w stu procentach pokrywało się z prawdą. Ale może stać się pretekstem do dyskusji na temat współczesnego Meksyku.
Narkobiznes to w kinie i telewizji w ostatnich latach bardzo modny temat. Imperium Escobara opisywały nie tylko trzy sezony „Narcos”, lecz także duże filmowe produkcje: „Kochając Pabla, nienawidząc Escobara” z Javierem Bardemem czy „Barry Seal: król przemytu” z Tomem Cruise’em w roli amerykańskiego pilota pracującego jednocześnie dla kartelu z Medellin oraz DEA. Escobar był nawet bohaterem kolumbijskiej telenoweli, rozpisanej na grubo ponad 100 odcinków „El Patrón del Mal”. A to przecież nie wszystko: był również fenomenalny serial „Breaking Bad”, w którym produkcją, a później handlem narkotykami zajął się chory na raka nauczyciel z Teksasu. Był „El Chapo”, biografia jednego z zaufanych ludzi Félixa Gallardo. Narkotykowy półświatek na lokalną skalę bada także polski serial „Ślepnąc od świateł”, oparty na powieści Jakuba Żulczyka.
Te produkcje zazwyczaj są czymś więcej niż pełnymi napięcia kryminałami. Wnikliwe spojrzenie na narkobiznes jest okazją do opowiedzenia o powszechnej fascynacji złem, o rozpadzie społecznych więzi, o związkach świata przestępczego z polityką. Tak jest również w przypadku „Narcos: Mexico”.

Wojna, w której każdy przegrywa

– Gallardo zbudował przestępczy odpowiednik korporacji. Udało mu się to, bo wykorzystał możliwości, jakie dawał mu wadliwy system polityczny – opowiada Diego Luna. – Stworzył strukturę, w którą byli uwikłani wszyscy: biznesmeni, politycy, zwyczajni ludzie, szukający pomocy, jakiej nie mogli otrzymać od państwa. Gdy wejdzie się w coś takiego, nie ma już ucieczki. Jeśli zawdzięczasz coś kartelowi, to on się prędzej czy później upomni o spłatę długu.
Aktor tłumaczy, że odpowiedzialność za taki stan rzeczy w znacznym stopniu spoczywała na formacji rządzącej Meksykiem. Przez 70 lat wybory w tym kraju wygrywała Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna (Partido Revolucionario Institucional, PRI). Gdy w 2000 r. Meksykanie powiedzieli „dość” i PRI przegrała, cały system zaczął się sypać. Konsekwencje miały okazać się poważne: – Nowy prezydent Felipe Calderón (konserwatysta rządzący Meksykiem w latach 2006–2012) rozpoczął wojnę z narkotykami. Krwawą, ale pozbawioną jakiejkolwiek strategii. To trwa już 12 lat. I wszyscy w tej wojnie przegrywamy – irytuje się Luna.
Aktor twierdzi, że premiera „Narcos: Mexico” trafiła w odpowiedni moment. Choć akcja serialu toczy się w latach 80., gdy narkotykowe imperium Gallardo dopiero powstawało, skutki jego działalności Meksyk odczuwa do dziś. Na dodatek amerykański prezydent Donald Trump zapowiedział budowę muru na południowej granicy Stanów Zjednoczonych i wysłanie tam armii w celu powstrzymania rzekomej „karawany uchodźców”, zmierzających do USA z Ameryki Południowej. – Mój kraj jest dziś w bardzo trudnej sytuacji. Ale nie sposób tego w pełni zrozumieć, jeśli nie spojrzy się w przeszłość. Dlatego ten serial jest taki ważny, bo pokazuje korzenie współczesnego zła – mówi Luna. – Przemoc narasta, Stany Zjednoczone nas izolują, a jednocześnie wojna z narkotykami to dla nich wspaniały interes. Większość broni używanej przez kartele pochodzi z USA. Kilka lat temu Brady Campaign (organizacja pozarządowa, walcząca o zwiększenie kontroli nad posiadaniem broni) podała, że 80 proc. pocisków znalezionych na miejscach zbrodni w Meksyku pochodzi z legalnej sprzedaży w Stanach. W Meksyku za posiadanie nawet niewielkiej ilości marihuany można trafić na 30 lat do więzienia. A tuż za naszą północną granicą wystarczy ci prawo jazdy, żeby kupić AK-47. To szalone.
Pytam, czy seriale takie jak „Narcos” nie utwierdzają w Amerykanach negatywnych stereotypów na temat Meksyku. – Mam nadzieję, że ludzie, którzy niewiele wiedzą na temat mojego kraju, zaczną teraz o nim rozmawiać – mówi Luna. – Zobaczą, że to nie jest serial o karierze dilera narkotyków, lecz o tym, jak ten przeklęty biznes wpływa na życie zwykłych ludzi, jak je niszczy. Że każdy, kto obejrzy „Narcos”, zanim wciągnie kolejną kreskę, zastanowi się, czy ktoś wcześniej nie zapłacił za nią życiem – Diego Luna nie kryje gorzkiej ironii. I dodaje: – Ten serial to oczywiście amerykański punkt widzenia. Ale jego twórcy wysłuchali różnych głosów. Zrobili dokładny research, starali się zrozumieć, co jest przyczyną, a co skutkiem meksykańskiej wojny z narkotykami. Z czterech reżyserów serii trzech jest Latynosami, z czego dwóch pochodzi z Meksyku. Aktorzy są w większości Meksykanami. Więc choć serial nakręcili Amerykanie, jest to, jak sądzę, uczciwe spojrzenie na problem.
Na koniec przyznaje, że to tylko mały krok w kierunku zmiany sytuacji: – Najważniejszym celem jest powstrzymanie niszczącej Meksyk przemocy.
Szacuje się, że toczona od 2006 r. wojna z narkotykami kosztowała życie ponad 200 tys. osób. Kolejnych 30 tys. uważa się za zaginionych.