Kiedy piszesz powieść, jesteś scenarzystą, reżyserem i gwiazdą, wszystko w jednym. Na dodatek z nieograniczonym budżetem – mówi Lee Child, twórca popularnego cyklu książek o Jacku Reacherze
Kiedy 1 września wasze dzieci, pożegnawszy wakacje, potulnie drepczą do szkół i przedszkoli, pewien wysoki pan po sześćdziesiątce zasiada przed komputerem w swojej nowojorskiej pracowni i, jak sam mówi, „czeka na to, co się wydarzy”. Robi to co roku od ponad 20 lat. Książki, które napisał, stosując się do tego rozkładu jazdy (startuje we wrześniu, kończy na wiosnę), sprzedały się w ponad 100 mln egzemplarzy. – To jest trochę gra z matematyką i prawdopodobieństwem – mówi Lee Child. – Przed rozpoczęciem pisania dysponujesz praktycznie nieograniczoną liczbą możliwych rozwiązań, pierwsze zdanie eliminuje jakąś część z nich, a potem, w miarę postępu prac, to się tylko zawęża i zawęża, aż do jedynego prawdopodobnego końca. Ale zaczynasz od miliona wariantów.
To się może udać nawet 22 razy z rzędu, o ile prócz talentu, pracowitości i dobrych chęci masz jeszcze szczególnego rodzaju Wunderwaffe: Jacka Reachera. Reacher – niemal dwumetrowy, 120-kilowy olbrzym, były oficer śledczy żandarmerii wojskowej, wędrujący po Ameryce to jeden z najciekawszych bohaterów współczesnej popkultury.
Reklama
Jak połamać nogi szefowi
Zanim Lee Child wymyślił Reachera, musiał wymyślić na nowo sam siebie. W 1995 r. był jeszcze Jimem Grantem, pracownikiem brytyjskiej telewizji Granada, głównej stacji konkurującej z BBC. Pracował tam przez blisko dwie dekady, ale w połowie lat 90. zaczęły się zwolnienia i cięcia, zaś dotychczasowe fundusze na produkcję szły na apanaże menedżerów. Grant zaangażował się w ruch związkowy i rozpoczął walkę o prawa pracownicze. „Siedziałem na tych koszmarnych spotkaniach i chciałem połamać szefowi nogi” – opowiadał w jednym z wywiadów. – „Ale oczywiście nie możesz ot tak sobie połamać komuś nóg. Oddajesz się więc rozważaniom: Jak mógłbyś to zrobić inaczej? Gdzie znaleźć ludzi, którzy zrobiliby to za ciebie. Ile im zapłacić? I jak im zapłacić, żeby nikt nie był w stanie namierzyć twoich pieniędzy?”.

Reklama
W maju 1995 r. wziął urlop i wyjechał z żoną na tygodniowe wakacje do Hiszpanii. Po powrocie znalazł na automatycznej sekretarce wiadomość: „Zwalniamy cię. Nie masz po co przychodzić do pracy”. – Wyrzucili mnie, bo byłem związkowcem. Wyleciałem z wilczym biletem. Pozbawiono mnie szans na ponowne zatrudnienie w branży – opowiada Child. – Zresztą i tak nie było sensu tam zostawać, biznes telewizyjny wchodził wtedy w fazę ponurej degeneracji, a praca w takich warunkach, z takim kierownictwem, z takimi żałosnymi budżetami byłaby zwyczajną męczarnią.
Dziennik Gazeta Prawna
Jack Reacher narodził się więc z wściekłości i rozgoryczenia swego twórcy. Gdy pytam, dlaczego Reacher został bohaterem cyklu powieściowego, nie zaś scenariusza serialu, Child odpowiada, że postanowił spróbować powieściopisarstwa nie tylko z tej przyczyny, że chciał odpocząć od przemysłu telewizyjnego: – Między zawodem pisarza a scenarzysty istnieje zasadnicza różnica w zakresie osobistej autonomii twórcy. Gdy piszesz książkę, każde słowo jest twoje. W wypadku scenariuszy właściwie nigdy tak nie jest, i jeśli dany scenariusz ma powstać, to powstanie, z tobą czy bez ciebie. Przeważnie więc zwyczajnie marnujesz czas. Ale nawet jeśli scenariusz jest już gotowy, to możesz być pewien, że i tak tłumy jakichś bliżej nieznanych ci macherów będą go zmieniać jeszcze ze sto razy.
Ale jest jeszcze coś, o czym Child informuje mnie z błyskiem w oku: – Ludzie szanują pisarzy, a scenarzystów mają w d... Już kierowca tira cieszy się większym poważaniem niż scenarzysta. Muszę tu dodać, że owszem, pisałem scenariusze, ponieważ mi za to płacono. To łatwe pieniądze i w sumie zabawna robota, ale nie ma sensu tego porównywać z tworzeniem literatury. Kiedy piszesz powieść, jesteś zarazem scenarzystą, reżyserem, producentem i główną gwiazdą, wszystko w jednym, i to jeszcze z nieograniczonym budżetem.
Sprawiedliwość jako skutek uboczny
W trzech akapitach otwierających debiutancką powieść Childa „Poziom śmierci” (1997, I. wyd. pol. ISA 2003, przeł. Paulina Braiter) jest już prawie cały Reacher, spokojny, chłodny, uważny i pozornie obojętny: „Zostałem aresztowany w barze Ena o dwunastej w południe. Jadłem właśnie jajka, popijając kawą. Późne śniadanie, nie lunch. Byłem zmęczony i mokry po długim marszu w deszczu od autostrady do granicy miasta.
Bar był nieduży, lecz jasny i czysty. Nowiutki, urządzony na podobieństwo przerobionego wagonu kolejowego. Ot, wąskie pomieszczenie, z długim kontuarem z jednej strony i kuchnią na tyłach. Wzdłuż drugiej ściany stały odgrodzone od siebie stoły. Dokładnie pośrodku znajdowały się drzwi.
Siedziałem za stołem przy oknie, czytając porzuconą gazetę. Pisali w niej o kampanii prezydenta, na którego nie głosowałem poprzednim razem i nie zamierzałem głosować teraz. Na zewnątrz deszcz przestał padać, lecz szyby wciąż jeszcze pokrywały lśniące krople. Nagle ujrzałem zajeżdżające na żwirowy parking radiowozy”.
Pomysł na Reachera wydaje się pozornie prosty: to samotny bojownik o sprawiedliwość, błędny rycerz, anioł prawomocnej, choć prywatnej zemsty, bohater niemal archetypiczny. – Ten człowiek powraca od wieków w różnych kulturach i różnych wcieleniach – mówi Child. – To pewnie wyjaśnia, dlaczego jest taki popularny.
Ale jeśli poskrobać ów mit, okazuje się, że Reacher jest jednak bardziej złożoną postacią. Bo Reacher potrafi zabić. Potrafi też łgać i kraść. Skąd wie, kto jest dobry, a kto zły? Pytam więc Childa, jakiego rodzaju etyką kieruje się jego bohater. – O ile wiem, czytelnicy pozytywnie reagują na jego wybory moralne, ale jest to bardzo, rzekłbym, indywidualny i osobisty system wartości. Czasami się zastanawiam, co oni sobie właściwie myślą o Reacherze, ci czytelnicy. Czy uważają, że te książki traktują o wymierzaniu sprawiedliwości, czy może sądzą, że w historiach z Reacherem chodzi o zemstę? Dla mnie to też nie jest do końca jasne. Ale mam pewne intuicje. Reacher, jak wiadomo, jest człowiekiem społecznie uwrażliwionym, staje w obronie słabszych. Tyle że tak naprawdę nie chodzi o słabszych, ale o silnych: Reacher po prostu pasjami nie cierpi tych silnych – tych, którzy mają siłę, władzę i pieniądze, zadufanych w sobie arogantów śniących o potędze. Sprawiedliwość, którą Reacher przynosi maluczkim, jest w zasadzie tylko skutkiem ubocznym jego zimnej wściekłości. A jego główną ambicją jest, jak przypuszczam, przetrzepać skórę tym dużym. To zresztą jest emocja, którą dobrze rozumiem: jakkolwiek mogę utrzymywać, że sprawy wyglądają inaczej, mniej mam w sobie szczerego umiłowania dla maluczkich niż resentymentu wobec silnych tego świata.
Interesujące wydaje się to, w jaki sposób Child patrzy na Reachera. Jak na bliskiego znajomego. Bardzo bliskiego. – On jest, oczywiście, moim alter ego – śmieje się autor. Ale zarazem przyjmuje wobec Reachera rolę nie tyle literackiego demiurga, ile skromnego biografa. – Z jednej strony Reacher nie mógłby istnieć bez mojego udziału. Z drugiej strony jednak, jeśli chcę, żeby moja opowieść była szczera i żywa, nie mogę myśleć jak prozaik, muszę myśleć jak reporter albo biograf. Nie tyle więc wymyślam to, co się wydarzy, ile przyglądam się temu, co się dzieje. W ten sposób historia, którą piszę, zachowuje spójność. Siadam, czekam, widzę, notuję. Nie mogę tego zmienić, bo to nie byłaby uczciwa zagrywka. Zdarzyło się to i to; niewykluczone, że to nie było najlepsze wyjście z sytuacji, ale klamka zapadła.
Reacher ma więc korzenie mitologiczne, jest też wypadkową ludowego poczucia sprawiedliwości i niegdysiejszej frustracji samego autora. Ale to również postać literacka zbudowana na kontrze wobec mainstreamu, wymierzona w nieprzeliczone zastępy zapitych detektywów w depresji. – Nie mam żadnego problemu z pisarzami, którzy to wymyślili jako pierwsi, z klasyków weźmy Hammetta albo Chandlera, z nieco bardziej współczesnych, dajmy na to, Jamesa Lee Burke’a. Ale potem zaczęło się kopiowanie. I licytacja: który bohater będzie bardziej zgnębiony, który będzie więcej chlał, którego będą bardziej nienawidzić jego córki, oczywiście po bolesnym rozwodzie. Żałosna moda produkuje żałosne postaci – opowiada Child. – Pomyślałem, że trzeba zacząć od początku z kimś, kto nie jest ani tak nieszczęśliwy, ani tak skomplikowany. Ciekawi bohaterowie zawsze mają felery, skazy, traumy, i Reacher też je ma, on jedynie nie wie o tym, że je ma. Nie jest głęboko samoświadomy i nie użala się nad sobą; to czytelnik ma tę kluczową wiedzę, że Reacher jest dziwakiem, on sam sądzi, że jest absolutnie normalny, mimo skrajnego społecznego nieprzystosowania, niedopasowania do współczesności. On ma to gdzieś. Nie czyni go to nieszczęśliwym. Wydaje mu się, że wszystko jest w porządku.
Na początku świeżo wydanej po polsku „Nocnej rundy” przyjaciółka, z którą Reacher się rozstaje, być może na zawsze, mówi mu: „Jesteś jak Nowy Jork. Uwielbiam tam jeździć, ale nie mogłabym tam mieszkać”. „Powiedziała to wszystko z troską, bez osądzania. Bez wielkiego halo. Podczas parominutowej rozmowy. Ale przekaz był oczywisty. Bardziej oczywisty być nie mógł. Uważała, że jest wyobcowany. Spytał: Z czego? W głębi ducha zawsze uważał, że żyje mu się całkiem dobrze. No właśnie, odparła, oto najlepszy dowód”.
Sherlock Homeless
Reacher nie byłby Reacherem, gdyby nie wojskowa przeszłość – własna, lecz również jego rodziny. – Uczyniłem go wojskowym i synem wojskowego, ponieważ potrzebowałem jakoś uzasadnić jego poczucie wykorzenienia i alienacji. Dzieci zawodowych wojskowych, wędrujących w profesjonalnym życiu od jednej bazy do drugiej, z jednego do drugiego kraju, mogą coś o tym powiedzieć – wchodzą w cywilne życie, nie mając bladego pojęcia, jak działa świat; nigdy go właściwie nie widzieli, wydaje im się dziwaczny i nielogiczny. Tacy ludzie nie mają też miejsca, które mogliby nazwać domem. To była dla Reachera doskonała, choć mocno zaburzona tożsamość. A dlaczego akurat żandarmeria wojskowa? Moje powieści to jednak kryminały, więc główny bohater winien mieć pewne doświadczenia związane z technikami śledczymi i obcowaniem z przemocą. Reachera zaś długo trenowano, żeby był w tym dobry – tłumaczy Child.
Zauważam, że Reacher nie jest tylko świetnie wytrenowanym osiłkiem z kryminalistycznym backgroundem, lecz także nieco tylko bardziej gwałtownym kuzynem Sherlocka Holmesa. – Pewien hiszpański dziennikarz nazwał go kiedyś Sherlock Homeless (bezdomny). To był strzał w dziesiątkę – śmieje się Child. – Mam przekonanie, że ludzie uwielbiają w Sherlocku Holmesie intelektualny aspekt jego działalności: to, że tak zgrabnie, elegancko i efektywnie myśli. Kręte ścieżki wnioskowania Holmesa są na swój sposób zniewalająco piękne, bo fajnie jest obserwować mądrego człowieka przy pracy. Chciałem przekazać część tego uroku Reacherowi – często się o tym zapomina, bo Reacher to przede wszystkim góra mięśni i żelazne prawa fizyki, ale zarazem, mam nadzieję, że to widoczne, Reacher to pedantyczny analityk, intelektualista, który wie, jak używać swojej siły fizycznej.
Owszem, wie. A Child też ma o tym niezgorszą wiedzę – jego książki słyną z rozpisanej na ułamki sekund choreografii walki wręcz. – Pochodzę ze świata, w którym uliczna bójka była dominującą formą konwersacji. I po prostu dobrze to pamiętam. Inna sprawa, że w popkulturze przemoc bywa szalenie nierealistyczna, zwłaszcza w filmach. Zna pan przecież schemat: ten dobry daje temu złemu po mordzie, a potem uprzejmie odstępuje krok w tył, żeby zły mógł się pozbierać i ewentualnie zrewanżować. To kompletna bzdura, coś, co w zwyczajnej bójce nie ma prawa się wydarzyć. Po pierwsze, jeśli dostaniesz solidnie w mordę, jesteś potem chory przez tydzień. Po drugie, niedobitych się poprawia, im szybciej, tym lepiej. Może to dziwne, zważywszy na okazjonalną brutalność literatury, którą uprawiam, ale staram się pisać odpowiedzialnie.
W tym kontekście ciekawie brzmią głosy kobiecych czytelniczek przygód Reachera. Można by łatwowiernie przypuszczać, że stanowi on – rycerz, siłacz, mistrz łamania szczęk łokciem – ociekające testosteronem erotyczne marzenie kobiet. – Też mi się tak kiedyś zdawało – mówi Child. – Ale clou tkwi gdzie indziej: czytelniczki zwyczajnie lubią sobie wyobrażać, że są takie jak Reacher. Kobiety są inteligentne i silne. Jeśli ktoś opisuje kobiety jako istoty słabe i uległe, po prostu kłamie. To jest dopiero oderwana od rzeczywistości fikcja literacka.
Reacher to zresztą nietypowy superbohater. Ceni sobie samotność i święty spokój, unika pakowania się w kłopoty. To kłopoty upominają się o Reachera, stawiając go w sytuacji bez wyjścia. – Wtedy może tylko wygrać albo zginąć, próbując – zauważa Child. Gdy jednak Reacher już się zapamięta w działaniu, staje się trochę przerażający, ponieważ w zasadzie nie popełnia błędów, staje się niewrażliwy na kontuzje i rany, nie ma siły, która mogłaby go zatrzymać. Skoro tak, to dokąd mógłby dojść, gdyby tylko zechciał? – Mógłby dojść dokądkolwiek – przyznaje pisarz. – Dla mnie jako dla opowiadacza historii to wyzwanie. Bo mamy tu do czynienia z przypadkiem podobnym do przypadku Supermana: twórcy musieli wymyślić kryptonit, żeby uderzyć go w jakiś słaby punkt. Ja nie chciałem wymyślać kryptonitu dla Reachera. Postanowiłem to załatwić za pomocą charakterystyki psychologicznej: właśnie dlatego, że Reacher może dojść, dokądkolwiek zechce, nie robi tego i odpuszcza. Niczego nikomu nie musi udowadniać. Nie chce forsy. Nie chce wdzięczności. Chce spakować swoją szczoteczkę do zębów i czym prędzej udać się w inne miejsce.
Świat to melancholijne miejsce
Cykl o Reacherze bywa uznawany za znakomitą realizację amerykańskiego wolnościowego mitu rodem z pionierskich czasów Dzikiego Zachodu. Child, choć od lat mieszka w Stanach, pozostaje zdystansowanym Anglikiem. – Amerykanie wierzą, że wymyślili tę mitologię, że jest ich własna, ale to nieprawda. Oni po prostu podwędzili stare europejskie historie, które przyjechały wraz z imigrantami. To opowieści z czasów, gdy Europa cała była niebezpiecznym pograniczem.
Do tego właśnie była potrzebna Childowi Ameryka jako powieściowa sceneria. Błędni rycerze w rodzaju Reachera potrzebują przestrzeni, ziemi niczyjej, pustki. Kluczowym elementem scenografii takiej baśni jest też atmosfera zagrożenia i osamotnienia. W popkulturze podobne warunki oferują tylko Stany. – W Stanach zafascynowały mnie przede wszystkim boczne drogi. Amerykanie poczynili gigantyczne inwestycje infrastrukturalne w latach 50. i 60. zeszłego wieku, zbudowali sieć autostrad, która sprawiła, że ważne dotychczas drogi stały się marginalne. Ale one cały czas tam są. A przy nich na wpół wymarłe miasteczka, niemal odcięte od krwiobiegu. Tam wciąż coś się tli, jakieś motele, stacje benzynowe, przydrożne restauracje, one wypełniają te setki mil pozornej próżni. Mógłbym oczywiście uczynić Reachera Kanadyjczykiem, ale, na Boga, Kanada jest taka nudna! Pod horyzont tylko te ośnieżone drzewa. Nuda nie jest mi do niczego potrzebna, w pejzażu szukam nastroju, który pasuje do Reachera. A on wie, że świat to generalnie melancholijne miejsce, skazane na porażkę.
Ale obecna Ameryka nie przypomina już tej sprzed dwóch dekad. – Ameryka po 11 września 2001 r. stała się innym krajem. Zmiana nastąpiła na gorsze, jak sądzę. Do tego doszedł jeszcze internet, który wpuścił między ludzi wrogość i uniemożliwił prowadzenie normalnej polityki. Obecnie internet zdaje się istnieć tylko po to, żeby ludzie mogli się kokosić w swoich bąbelkach, zamknięci w świecie identycznych poglądów i podobnego statusu. To nie łączy, ale dzieli, jest jak trucizna, która się sączy w życie społeczne. Atmosfera w Stanach zrobiła się dość wstrętna i paranoiczna.
Na koniec naszej rozmowy wracam jeszcze na chwilę do literatury. Jedna z lepszych serii kryminalnych współczesności – a z pewnością jedna z najprzystępniejszych i najbardziej budujących – powstaje bowiem spontanicznie, bez żadnego planu, z jednym wszakże podstawowym założeniem: że czytelnicy oczekują odpowiedzi na zadane pytania. „Jeśli więc chcesz napisać thriller, zrób tak: zadaj pytanie na początku, a na końcu udziel odpowiedzi” – mówił swego czasu Child w wywiadzie. Jego zdaniem najlepiej jest, kiedy autor również nie wie, jaka to będzie odpowiedź. – Mam przekonanie – wyjaśnia – że jeśli pracowałbym nad szczegółowym planem, oznaczałoby to dwukrotne podchodzenie do tej samej roboty. Za drugim razem, już przy właściwym pisaniu, byłoby to zwyczajnie męczące. Wolę pisać niż mechanicznie stukać w klawisze. Specjalizuję się w opowiadaniu historii, ale w taki sposób, żebym przy tej pracy nie umarł z nudów i żeby czytelnik też nie umarł. Poza tym jestem zwykle ciekaw, co się wydarzy w mojej książce, szkoda odbierać samemu sobie tę ciekawość.