Paweł Ukielski: Chcemy doprowadzić do poprawienia ekspozycji
Reklama
WYWIAD

Reklama
Do stworzenia Domu Historii Europejskiej wezwał przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Pöttering w 2007 r. To muzeum wspólnych dziejów kontynentu miało pomóc w wykuciu europejskiej tożsamości. Otwarto je 6 maja tego roku, mieści się w zabytkowym budynku w brukselskim parku Leopolda.
Zwłaszcza prawicowi eurodeputowani krytykowali zarówno koszty stworzenia placówki – ponad 50 mln euro, jak i wymowę ekspozycji. Wśród zarzutów są: marginalizacja chrześcijańskich korzeni Europy, relatywizacja zbrodni komunizmu, przedstawianie narodów jako źródła konfliktów i nieszczęść. Mimo że przewodniczącym komitetu naukowego muzeum jest polski historyk prof. Włodzimierz Borodziej, w krytyce tej instytucji przodują Polacy, choć nie brakuje też podobnych głosów Anglików. Opublikowany przed tygodniem raport Platformy Europejskiej Pamięci i Sumienia jest bardzo krytycznym głosem organizacji międzynarodowej, odzwierciedlającym przede wszystkim wrażliwość narodów, które wyszły z komunizmu.
Jest pan członkiem władz Platformy Europejskiej Pamięci i Sumienia. Co to takiego?
Organizacja zrzesza 55 instytucji i stowarzyszeń z 19 państw. Zajmujemy się polityką historyczną, zwłaszcza pamięcią o czasach totalitaryzmów. Ja zasiadałem w niej jako wicedyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, potem jako wiceprezes IPN, teraz znów jako wicedyrektor MPW, ale nie byłem wybierany do rady wykonawczej z żadnego klucza. Większość członków pochodzi z krajów postkomunistycznych, choć są też przedstawiciele NGO z Europy Zachodniej, a nawet kilku emigracyjnych organizacji z USA czy Kanady.
Rzuciliście wyzwanie Domowi Historii Europejskiej.
Po prostu 19 przedstawicieli Platformy pojechało obejrzeć tę wystawę. Każdy wypełnił oceniający formularz. Efektem jest raport, bardzo krytyczny.
Co wam się najbardziej nie podoba?
Dzieje Europy są tam opisane zgodnie z narracją neomarksistowską. Prawie nie sięga się do korzeni Europy. Praktycznie początek to Wielka Rewolucja Francuska, a potem mamy opowieść o „historii postępu”. Są części lepiej skonstruowane, jak pierwsza wojna światowa. Ale fatalnie wypada opowieść o zimnej wojnie. Nie wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. Mamy starcie między dwoma równorzędnymi blokami. Obrońcy powiedzą: a przecież tu czy ówdzie wspominane są komunistyczne zbrodnie. Ale główna narracja oparta jest na fałszywej symetrii między demokracją i kapitalizmem a systemem komunistycznym. Nie wszystko skądinąd byliśmy w stanie w tym raporcie ogarnąć, bo odmówiono nam dostępu do kompletu tekstów.
Jak to?
Są scenografia, obrazy, eksponaty, ale opisu wysłuchujemy z tabletów. Nie byliśmy przecież w stanie, zwiedzając, wszystkiego wynotować. Prosiliśmy o komplet tych tekstów. Udostępnienie ich wydawało się nam oczywiste, ale nam tego odmówiono. Podobnie zresztą jak eurodeputowanej Annie Fotydze, kiedy organizowała na temat Domu debatę w europarlamencie. Podtrzymuję ogólne spostrzeżenie: to jest opowieść o rywalizacji dwóch równorzędnych bloków. Nawet rok 1989, który był przecież rokiem triumfu wolności, demokracji, praw człowieka nad zniewoleniem, w tej opowieści nie jest żadnym przełomem. Nie brzmi w związku z tymi zdarzeniami żadna radość. Nawet w kontekście ewentualnego rozwoju Unii Europejskiej, a przecież to była droga do poszerzenia UE o kraje Europy Wschodniej. Po prostu jeden z systemów się zawalił.
Z czego to pana zdaniem wynika?
Z politycznej poprawności lewicy. Komunizm tak, wypaczenia – nie. Zły jest najwyżej stalinizm, komunizm już nie. Elementem tej politpoprawności jest też niechęć do drażnienia Rosji. Ona mogłaby źle odebrać radość z klęski komunizmu, bo była to przecież także porażka Kremla. Jest w tym też optyka lewicy, zwłaszcza niemieckiej: amerykański militaryzm jako coś równie szalonego i zagrażającego światu jak sowiecki ekspansjonizm.
Co ma się dalej stać z raportem Platformy?
Chcemy zainicjować europejską debatę o ekspozycji. I doprowadzić do jej poprawienia.
Do kogo się dobijacie?
Opublikowaliśmy raport, przekazaliśmy eurodeputowanym, naturalnie także władzom Domu Historii Europejskiej. Odezwała się do nas Europejska Partia Ludowa – EPP, chcą, żebyśmy doprecyzowali nasze zarzuty. Ale nie będę ukrywał, że ciężko się z tą krytyką przebić. Szerzy się przekonanie, że ta sprawa obchodzi tylko Polaków. Tymczasem przewodniczącym Platformy jest Szwed Göran Lindblad, kiedyś autor rezolucji Parlamentu Europejskiego potępiającej dwa totalitaryzmy: faszystowski i komunistyczny, a dyrektorem zarządzającym – Czeszka Neela Winkelmann. Z tego punktu widzenia raport jest ważny.
Rozmawialiście już z kimś?
Próbowaliśmy się kontaktować z władzami samego Domu. Zresztą pięć lat temu Platforma oferowała im pomoc w przygotowaniu ekspozycji. Używając argumentu, że jest u nas wielu ekspertów od opowiadania o totalitaryzmach. Odrzucono naszą ofertę. Teraz nie udało się nawet z nikim spotkać. Dopiero po publikacji raportu odezwała się do naszej dyrektor pani kurator wystawy Konstantine Itzel. Powiedziała coś o ewentualnych korektach, ale niekonkretnie. Kontakt jest trudny, ekspozycja powstawała bez żadnej debaty, nawet w aurze pewnej tajemnicy.
Kto politycznie odpowiada za kształt Domu?
Hans-Gert Pöttering, ówczesny przewodniczący europarlamentu, a dziś szef rady nadzorczej. Niezwykłe, że niemiecki chadecki polityk patronuje tak lewicowemu, marksistowskiemu projektowi.
Pan na dokładkę zdołał opublikować tekst na temat Domu – we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
Tak, zaproponował mi to korespondent w Polsce Gerhard Gnauck. Tam pisałem jeszcze o czymś innym. Ta wystawa jest przesycona myślą, że narody, państwa narodowe, są przede wszystkim źródłem zła, wojen, nacjonalizmu. To bardzo konkretna, jednostronna wizja ideologiczna – w domyśle mówi się nam, że lepiej, gdy kiedyś narody zanikną. Więc zauważyłem w swoim tekście, że budowanie takiej narracji szkodzi europejskiej integracji. Potwierdza tylko tezę wielu grup politycznych i środowisk, że Unia dąży do pozbawienia poszczególnych narodów ich tożsamości. To dziś budzi wielkie emocje. W raporcie też o tym pisaliśmy, bo uważamy to za groźne. Na razie nikt na ten mój artykuł nie odpowiedział.