Z Adamem Sajnukiem umawiam się na rozmowę w siedzibie teatru przy Rynku Nowego Miasta. Wpada zdyszany, taszczy rower, przeprasza, że się chwilę spóźnił, ale nagłe sprawy… Zanim usiądzie, podpisze jeszcze faktury, porozmawia o zakupie reflektora i o warunkach wynajmu sali. Wszystko w biegu. Ale gdy zaczynamy rozmawiać, szybko staje się jasne, dlaczego aktorzy, których pytałam o niego i o teatr, mówili mi: Teatr WARSawy to Adam Sajnuk.

Adam Sajnuk

Adam Sajnuk

źródło: Materiały Prasowe

- Ta scena ma wszystkie znamiona jego osobowości, jego myślenia o teatrze, widzu, a to czyni z tego miejsca jeden z ostatnich bastionów prawdziwej wolności teatralnej. Podobnie jak Adam, Teatr WARSawy ryzykuje artystycznie, bywa niekonwencjonalny, niekonsekwentny, zaskakuje chaosem. Ale to wszystko ma swój wdzięk i styl Sajnuka, nonszalancję, na którą niewiele osób miałoby odwagę sobie pozwolić – mówi aktorka, Maria Seweryn.

Na warszawskim Nowym Mieście pojawili się w 2013 roku. Wcześniej nazywali się Teatr Konsekwentny, ale gdy ich siedzibą stało się dawne, kultowe kino Wars, decyzja, choć ryzykowna, zapadła. Po 16 latach zmienili nazwę na Teatr WARSawy. Czują się z tym miejscem bardzo związani i chcą wypełniać braki na tej pustyni kulturalnej jaką jest warszawska Starówka.

Udaje im się, wystarczy spojrzeć na komplety na spektaklach i opinie w mediach społecznościowych:

„Uzależnia straszliwie :-)”,

„Taśma i Kompleks Portnoy'a ukradły mi serce! Gra aktorska na najwyższym poziomie. Lubię też Wasz teatr za bliskość z widzem, za obcowanie ze Sztuką "tu i teraz", za autentyczność”,

„Widziałem Taśmę i Portnoya i przyznam, że bardzo odpowiada mi Wasza stylistyka, gra na bliski kontakt z widzem i aktorzy. Teraz na celowniku Ofiara” (oryg. pisownia zachowana).

Takich wpisów jest dużo więcej, a widzowie starzy i nowi doceniają przede wszystkim uniwersalizm tematów podejmowanych w spektaklach, oryginalność i ... zazwyczaj bardzo ciekawą scenografię, której zrobienie w takim wnętrzu, jakim dysponuje Teatr WARSawy łatwe nie jest.

Konsekwentni

- Sajnuk konsekwentnie od 20 lat prowadzi swój autorski, głęboki teatr. Nie jest hołubiony przez meanstream, media i krytyków, ale jego to wcale nie zraża, robi swoje. Jest reżyserem, który nie ulega modom i trendom - mówi Grzegorz Małecki, aktor Teatru Narodowego, grający w Teatrze WARSawy w spektaklu „Ofiara”. I dodaje, że w ten sposób powstaje mądry teatr dla inteligenckiej widowni, który potrafi przyciągnąć widza, ale jednocześnie się do niego nie łasić. – Widz jest u niego zawsze partnerem do rozmowy. To prawda, Adam chce, żeby ludzie przychodzili do teatru, ale na jego warunkach. I to ma swoją siłę – dodaje Maria Seweryn.
W tym ”robieniu swojego” oraz szacunku do widza i aktorów leży klucz do sukcesów.

Teatr WARSawy to nieustannie work in progress. Jak przystało na teatr niezależny, przeciera szlaki i poszukuje: nowych tekstów, ludzi, inspiracji. Przestrzeni do myślenia i wolności, bo właśnie potrzeba wolności, jak podkreślają moi rozmówcy, definiuje Adama Sajnuka i jego teatr. I tak od 1997 roku, gdy w Mazowieckim Centrum Kultury przy Elektoralnej, dwudziestolatkowie Adam Sajnuk, Marcin Kołaczkowski i Arkadiusz Wrzesień, niezadowoleni z warsztatów teatralnych, przygotowali swój spektakl. Zaczęło się od "Skarbu" Stanisława Tyma, który wystawili jako "Kuszenie idioty". Mieli zagrać raz, grali kilkadziesiąt. Potem pojechali na festiwal, jeden i drugi, i jakoś tak niechcący zgarniali nagrody. Teatr Konsekwentny można było uznać za otwarty. Dwa lata później zrobili drugą premierę, „Sztukę” Yasminy Rezy i zagrali ją 200 razy. A potem było „Zaliczenie. Lekcja” (grane 1350 razy) oraz „Wyrok śmierci na konia Faraona” wg Jerzego Janickiego („tylko” 300 spektakli). Nie można już było udawać, że to jedynie zabawa.

Repertuar

Od słowa „misja” dyrektor Sajnuk odżegnuje się jak może, choć przyznaje, że te spektakle "misyjne" jakoś tak się pojawiają, bez napinania, dywagowania, planowania. Tak było np. z "Dziecięciem Starego Miasta", które jest przede wszystkim bardzo dobrym spektaklem, a jednocześnie wpisuje się w realia. - A jeśli już w ogóle mam mówić o misji, to dla mnie jest nią szukanie nowych tekstów do mojego teatru - stwierdza Sajnuk. - Repertuary teatrów są naprawdę mało oryginalne. W większych miastach, gdzie scen jest kilkanaście, nie jest rzadkością, że wystawiane są te same tytuły. Nie wykluczam oczywiście, że jeśli ktoś zaproponuje ciekawy pomysł na wystawienie u mnie Szekspira czy Czechowa, których cenię, to nie spróbuję. Ale stawiam głównie na teksty prapremierowe oraz na adaptacje. Sajnuk przyznaje, że fascynuje go pozyskiwanie dla sceny nowych dzieł lub napisanych specjalnie dla jego teatru, tak jak to było np. z monodramem Agnieszki Przepiórskiej „Tato nie wraca” Piotra Rowickiego.

Nie ukrywa też, że ma ambicję, by przecierać szlaki repertuarowe. Szuka tekstów, uwielbia robić adaptacje powieści, opowiadań, tekstów, które podobno kompletnie nie nadają się na scenę i są nieprzekładalne. - Dlatego te teksty są trochę od Sasa do Lasa- tłumaczy. - Pojawiło się paru amerykańskich Żydów, Philip Roth, Hanoch Levin, Saul Bellow, ale to też nie był żaden klucz.
Tak się zdarzyło, bo zawsze wybiera teksty, które mu ”pasują” . Żartuje, że może byłoby lepiej gdyby kalkulował, „który target obsłużyć”, ale tak nie potrafi. Nie działa z wyrachowania, pod publikę, wybiera to, co wydaje mu się ważne. No i najwyraźniej wybiera dobrze.

Tak jak w przypadku „Taśmy” Stephena Belbera, wyreżyserowanej przez Michała Siegoczyńskiego. - To najdłużej grany u nas spektakl – mówi Sajnuk, który gra w nim jedną z ról, obok Magdaleny Popławskiej i Krzysztofa Prałata. Premiera odbyła się w 2005 roku, ale problem poruszony w spektaklu nie stracił niestety na aktualności. W 2017, roku akcji #MeeToo, wybrzmiewa na nowo, opowiadając historię kobiety zgwałconej na randce. Oni wystawiają to od 12 lat! Problem, pokazany w mikroskali, porusza czułe struny i działa wręcz terapeutycznie.

Nie inaczej było z „Kompleksem Portnoya” Philipa Rotha, który w ciągu 8 lat zagrali ponad 300 razy! Sajnuk reżyserował spektakl razem z Aleksandrą Popławską i gra w nim główną rolę. Opowieść 33-latka, który próbuje się określić w dorosłym życiu, mając za sobą trudne relacje z rodzicami, żydowskie dziedzictwo, problemy emocjonalne, udało mu się pokazać bez szarżowania, raczej na poziomie niedopowiedzenia, gestu, znaku. – Być może „Kompleks Portnoya” w mojej adaptacji ktoś zaczynie wystawiać w innych teatrach – zastanawia się Sajnuk. Nie miałby nic przeciwko, wręcz przeciwnie, taką rolę dla siebie i swojego teatru też widzi.

Przełom?

Ten spektakl jest w działalności Teatru WARSawy szczególnie ważny. W 2010 roku po raz pierwszy artysta z nurtu niezależnego znalazł się wśród nominowanych do nagrody Feliksa Warszawskiego za reżyserię, obok Jerzego Jarockiego czy Iwana Wyrypajewa. I otrzymał ją!  Gdy spytać Adama Sajnuka, czy Feliks Warszawski był przełomem, on podkreśla, że jeśli już, to za sprawą trafionego tekstu, a nie nagrody jako takiej. - No chyba, że mówimy o przełomie dla środowiska. Nagroda w najważniejszej kategorii dla przedstawiciela teatru niezależnego, to była zmiana myślenia – przyznaje reżyser. - Kiedy wraz z Olą (Aleksandra Popławska - red.) dostaliśmy najważniejszego Feliksa, w środowisku zawrzało, bo wtedy była to nagroda środowiska, którą samo sobie wręczało. A tu taki nieoczekiwany werdykt. Teraz wszystko się wymieszało, wiele się zmieniło. Większość aktorów, którzy grają u mnie, to aktorzy Teatru Narodowego czy miejskich scen warszawskich: Polskiego, Współczesnego itp. Grają u mnie, a tam są na etatach. 15 lat temu nie do pomyślenia byłoby, że Grzegorz Małecki, który jest gwiazdą Narodowego, gra w teatrze niezależnym; po prostu nie dostałby na to zgody. Teraz to już norma.

Sajnuk - reżyser

Na "Kompleks Portnoya" po Feliksach pierwszy przyszedł podobno Grzegorz Bral, ówczesny dyrektor artystyczny Teatru Studio, co zaowocowało ostatecznie koprodukcją z Konsekwentnym („Zaklęte rewiry”). Skąd ta propozycja? - Bo Sajnuk ma świetne pomysły i jest bardzo zdolny – wyjaśnia Grzegorz Bral, dyrektor Teatru Pieśń Kozła.  - Widziałem "Kompleks …" i zachwyciłem się sprawnością, dowcipem i inteligencją tego spektaklu. Czułem, że jego teatr zasługiwał, by mieć swoje miejsce na ziemi, bo poza nim, nie potrzebowali zbyt wiele opieki. Tyle chętnie im dałem i to był prawdziwy sukces. To bardzo, bardzo zdolny artysta. Rozwija się i jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. A że samouk, to tym lepiej. Ja też – żartuje Bral, którego teatr częściej można oglądać na najbardziej prestiżowych scenach świata, niż w Polsce.

- Adam jest niezwykłym reżyserem, bo choć jest samoukiem, to obraca narzędziami teatralnymi w sposób, jaki wielu reżyserów z dyplomem może mu zazdrościć. To co kocham najbardziej w teatrze to umowność, a on jest w tym doskonały. Jeśli chodzi o teatr to jest po prostu magikiem – podkreśla Maria Seweryn

O erudycji i umiejętnościach, które Sajnuk po prostu ma, a które bezpośrednio przekładają się na jakość teatru mówi też Monika Mariotti, grająca wcześniej we Włoszech m.in. u Lucii Calamaro . - Adam i Lucia to teatralne dwa światy. Nie da się ich porównać, ale oboje nie kończyli studiów reżyserskich, za to mają ogromną wrażliwość i niezwykłą znajomość literatury, filmu i teatru. To jest ich siła.

Od czasu, gdy jako nastolatek oglądał w warszawskich (i nie tylko) teatrach wszystko, co było do zobaczenia, upłynęło trochę czasu, ale entuzjazm nie minął. Na Akademię Teatralną nie zdawał (skończył filmoznawstwo więc w jego spektaklach widać myślenie obrazami), bo po co. - Przez chwilę, przyznaję, miałem pomysł, by zdawać do AT. Nawet jakieś teksty przygotowałem, ale szybko się wycofałem. Chyba podświadomie czułem, że z moim indywidualizmem i brakiem pokory, trudno byłoby obu stronom, zwłaszcza w tamtych czasach. Miałem 20 lat i zrobiłem adaptację „Lekcji”. Jak mówiłem, że łączę Ionesco, mistrza absurdu, z Zanussim i jego „Zaliczeniem”, to wszyscy się łapali się za głowy, „bo tak się nie robi”. A ja tak robiłem! Nie dogadalibyśmy się (śmiech – red.).

Do AT trafił w końcu. Dwa lata temu przygotowywał spektakl dyplomowy ze studentami.

- Jestem uparty jeśli chodzi o merytorykę, ale daję się przekonać. Podobno mi ufają – żartuje Sajnuk. Edyta Olszówka, która gra m. in. w spektaklu „Ruby” na motywach scenariusza filmowego „Ruby Sparks”, przyznaje, że to prawda: Jemu się ufa. - Jako twórca ma osobowość dziecka i jest ciekawy świata, więc chętnie wykracza się z nim poza bezpieczne terytoria. Jestem 25 lat w zawodzie, wiem jakie są moje słabe i mocne strony, mogłabym więc z tej wiedzy korzystać i unikać ryzykownych działań, a nie robię tego. Adam prowokuje intelektualnie, gwarantuje aktorowi dobry repertuar i niesamowitą otwartość podczas pracy nad spektaklem. I jeszcze coś: Adam kocha aktorów i to zawsze jest wspólna praca pod jego kierunkiem. Kiedy pracowaliśmy nad „Ruby” trudno było nam uchwycić konwencję tego spektaklu, ale mieliśmy zaufanie do reżysera i słusznie, bo po dwóch miesiącach pracy, nagle w końcu wszystko rozkwitło – opowiada Olszówka.

Aktorzy chcą z nim pracować, więc prócz dobrych tekstów, ma też doskonałych wykonawców. Przychodzą, siedzą nocami i robią spektakl, bo chcą zagrać w czymś ciekawym, pokazać się od innej aktorskiej strony.

– Adam nie tylko lubi aktorów (co się zbyt często nie zdarza w przypadku reżyserów) , ale daje im poczucie spokoju i pewności. I wolność – dodaje Grzegorz Małecki.

- Najchętniej grałbym z aktorami, którzy już u mnie pracowali dwa, a nawet trzy razy. Doskonale się rozumiemy, najczęściej też przyjaźnimy, ale karcę się za to, bo to byłoby pójście na łatwiznę. Szukam nowych ludzi, bo trzeba się rozwijać. Grzegorzewski, Dejmek – oni mieli swoich aktorów, bo taka była tradycja, ale świat się zmienił. Coraz mniej artystów decyduje się na etat, chcąc uczyć się różnych teatrów. – Obie strony muszą się rozwijać, potrzebują świeżości i innych doświadczeń, by po okresie odpoczynku zawodowego od siebie znowu spotkać się na scenie – przyznaje Monika Mariotti, która co jakiś czas powraca do Teatru WARSawy. Ta deklaracja Sajnuka nie dotyczy Michała Lamży. To kompozytor idealny. Jak twierdzi Sajnuk, w tym przypadku o zmianie na razie nie ma mowy, bo trudno byłoby mu znaleźć muzyka, który tak jak on czuje brzmienie, który w lot łapie sugestie i w dodatku uczestniczy w próbach.

Od kilku lat Sajnuk reżyseruje nie tylko w Teatrze WARSawy. Pracował w Narodowym, Ateneum, Syrenie, Polonii czy Och-teatrze. Krystyna Janda, po wystawieniu „Konstelacji” z Marią Seweryn i Grzegorzem Małeckim powiedziała mu, że gdy on przygotowuje premierę, to ona może jechać na urlop. To zobowiązuje i może przewrócić w głowie, zwłaszcza, że propozycje z mainstreamu przychodzą coraz częściej. - Nie idzie do niego, bo wie, że nie wolno mu tam iść – mówi Maria Seweryn. Aktorka podkreśla, że jego niezależność to siła i dodaje, że choć dziś reżyseruje nie tylko w swoim teatrze, to o swoją wolność będzie walczyć zawsze. - Nie da się oczywiście być w offie w krótkich spodenkach, do 60. roku życia, ale mam nadzieję, że mentalnie niezależny będzie zawsze – mówi Seweryn.

Aktorka pracowała z nim przy „Konstelacjach” i „Happy now?” i przyznaje, że czasem jest w swej szczerości wobec aktora wręcz bolesny. - Ale dzięki niemu miałam poczucie, że robię rozwojowy krok do przodu. Nie bał się użyć w stosunku do mnie słów krytyki, które były oczywiście trudne do przyjęcia po dwudziestu niemal latach pracy w teatrze, ale dla mnie to było ważne. Zwłaszcza, że jemu też można wszystko powiedzieć. Praca z nim jest oparta na szczerości. Nie ma w niej poprawności, zachowawczości. Chociaż nienawidzę go za to, że się spóźnia na próby i odwołuje je w ostatnim momencie . Tak, tego braku organizacji w nim nienawidzę. Ale jak już jest, to pracuje się wspaniale. No i jak tu się denerwować na niego (śmiech – red.).

– Adam, pracując nad spektaklem, zabiera aktorów w swój świat, do swoich skojarzeń, a ma niezwykła wiedzę kulturalną, nieustannie ogląda filmy, słucha bardzo różnej muzyki. Czasem jest naprawdę wkurzający, gdy mówi: Widziałaś ten film? Nie widziałaś? No co ty! (śmiech-red.). Nienawidzę tego, bo czasem się czuję przy nim jak nieuk – śmieje się aktorka.

Sajnuk jako reżyser ma jeszcze jedną umiejętność: potrafi odkrywać talenty. – Dostrzega w aktorze coś, czego nawet on sam się nie domyśla – potwierdza Monika Mariotti. - Przyjeżdżając do Polski, miałam w ręku kontakty do trzech osób – wspomina aktorka. - Jedną z nich był Adam Sajnuk. Spotkałam się z nim, a jakiś czas później Adam zobaczył mnie w spektaklu i zaproponował rolę Matki w „Kompleksie Portnoya”. Poczułam się doceniona, a gra w tym spektaklu dała mi większą pewność siebie jeśli chodzi o granie w języku polskim, bo to było dla mnie największe wyzwanie wtedy. Mateusz Banasiuk poznał Adama Sajnuka studiując na IV roku Akademii Teatralnej. - Zaprosił mnie na "Kompleks Portnoya" i zapytał czy jest mi bliski taki rodzaj teatru. Będąc już jakoś ukształtowanym przez profesorów Akademii i po dwu głównych rolach w Teatrze TV, zachwyciłem się estetyką teatralną Sajnuka – mówi Banasiuk, który gra w „Zaklętych rewirach” od 5 lat, a w 2012 roku za rolę Romka Boryczki otrzymał Feliksa Warszawskiego. Od 2 lat gra też w bardzo dobrym stylu w „Ruby”.

Sajnuk – dyrektor

Przez lata, aż do 2016 roku dyrektorem administracyjnym teatru była Aldona Machnowska-Góra (była też wiceprezeską Stowarzyszenia Teatru Konsekwentnego, które zakładała w 2003 roku). Po jej przejściu do Teatru Studio, Sajnuk postanowił nie zatrudniać nikogo nowego. Przyznaje, że nie przepada za rolą dyrektora administracyjnego, ale ponieważ to nie ogromna miejska scena, ale stowarzyszenie, które rządzi się swoimi prawami, zdecydował się tej funkcji nikomu nowemu nie powierzać. I jak do tej pory pomysł się sprawdza. - Mimo ogromnej liczby przyjaciół, mam poczucie, że Adam jest jednak sam w teatrze. To jest jego królestwo; nie ma osoby, którą można by nazwać jego partnerem w tym „biznesie”. Jest sam i prowadzi teatr konsekwentnie – ocenia Maria Seweryn.

Dyrektor Sajnuk zatrudnia na umowach o pracę jedenaście osób; wśród nich jest m.in. księgowa, specjalista od PR, oświetlenia, dźwięku, pracownicy działu technicznego, inspicjentka, kasjerka. - Przygotowuję zwykle trzy premiery w roku, kilka spektakli gościnnych, więc porównywalnie z tym co robią niektóre teatry miejskie w Warszawie ( a czasem więcej). Ale u mnie to wszystko działa jakoś inaczej – mówi Sajnuk. - Obecny zespół tworzył się przez lata i nie ma w nim ludzi z przypadku. Ci, którzy dotrwali do dziś, czują współodpowiedzialność za to co razem robimy. Ze mną po prostu pracują pasjonaci, którzy uwielbiają to, co robią.

W teatrze WARSawy w ogóle jakoś inaczej się pracuje. Siedzą po nocach, robią wszystko sami; jeśli nagle potrzeba kilku mikrofonów, to trzeba je gdzieś znaleźć, bo w teatrze może ich nie być; samemu trzeba sobie włączyć światła i nawet herbaty nikt nie zrobi. Ale za to można próbować w różnych godzinach, a nie jak w miejskich teatrach, gdzie, jak żartuje Adam Sajnuk, wybija określona godzina i koniec pracy, niezależnie czy jesteś w locie twórczym, czy nie. Sajnuk dzieli się chętnie sceną z innymi formacjami. Spektakle wystawia u niego Montownia, grała swoje przedstawienie Maria Seweryn czy Pożar w Burdelu. Sporo też koncertów na najlepszym poziomie, np. piosenka aktorska oraz wieczory z czytaniem sztuk. Tu się naprawdę dużo dzieje.

Teatralni nomadzi

20 lat na walizkach to chyba największy problem teatru. Gdy tylko przyzwyczają publiczność do lokalizacji, decyzje urzędników powodują, że muszą ruszać dalej. Przeprowadzali się kilka razy. Chyba sześć tak na poważnie (o krótkotrwałych adresach szkoda nawet wspominać). Szczególnie trudno było im opuszczać Starą Prochownię, także na Nowym Mieście, bo - jak twierdzi – ta decyzja była przykładem marnotrawstwa. - Spędziliśmy tam osiem lat. Graliśmy ponad dwadzieścia spektakli w miesiącu i w momencie, gdy byliśmy w rozkwicie twórczym, kazano nam się wyprowadzić – opowiada. Są tam oczywiście obecnie jakieś zajęcia, ale to miejsce, odnowione dzięki środkom z Funduszy Norweskich, nie jest, moim zdaniem, w pełni wykorzystane. Włożyliśmy w odrodzenie go mnóstwo pracy, przyzwyczailiśmy warszawiaków do kolejnej repertuarowej sceny na mapie stolicy i to w miejscu, które jest nieużytkiem kulturalnym i kazano nam się wyprowadzić.

Kiedy opuszczali Prochownię, poczuł zwątpienie. - Stwierdziłem, że właściwie nic nie muszę; mam już pozycję, sporo propozycji zewnętrznych i skoro nikomu nie zależy na teatrze, to może mnie też nie powinno. Po tym momencie zawahania, pozbierał się, przewartościował, jak mówi, i już wie, że ci, którym na teatrze zależy, to jego widzowie. Zdecydował się więc nie rezygnować, choć emigracja do Konesera, na Pragę, to był już off offu. Teatr niezależny, który ląduje daleko poza centrum, w zimnej hali poprodukcyjnej, bez swoich widzów, których od nowa musi przekonać, że warto za nim iść, jest niemal na straconej pozycji. Po miesiącach ciężkiej pracy udało się. Tylko że wtedy deweloper, który wynajął im to miejsce, postanowił tam wybudować lofty i apartamentowce . Przygarnął ich Wojciech Malajkat, ówczesny dyrektor Teatru Syrena. Dzięki niemu przenieśli tam cztery tytuły, m. in. „Moją Ninę” z Moniką Mariotti czy „Skazę” z Jackiem Poniedziałkiem.

Wars i Teatr WARSawy

Przez osiem lat, idąc do Starej Prochowni, mijał budynek dawnego kina Wars. Doskonale go znał, bo jako młody chłopak spędził sporo godzin w dzierżawionym od miasta przez Romana Gutka kinie. W 2007 r., należąca do samorządu Mazowsza spółka Max-Film, sprzedała swoją część (w której było kino) firmie Serenus (druga należy do Miasta), która planowała w tym miejscu budowę wieżowca. Wpisanie Rynku Nowego Miasta do rejestru zabytków to uniemożliwiło, więc od 2008 roku Miasto prowadziło rozmowy z deweloperem. A budynek się sypał. W 2013 roku, podczas nieustannie trwających negocjacji, Miasto zaproponowało Sajnukowi, by tu rozlokował się z teatrem. To było trochę jak spełnienie marzeń. Tylko że gdy wraz z Aldoną Machnowską-Górą weszli do budynku, zaniemówili. - Góry śmieci, gruzu, śmierdzących, sparciałych krzeseł, woda, zdechłe ptaki; kilka lat pustki zrobiło swoje – wspomina Sajnuk, ale mimo tego, zdecydowaliśmy: wchodzimy w to.

Od tamtej pory nieustannie coś remontuje. Problem jednak w tym, że na Rynku Nowego Miasta siedzą trochę jak na bombie. - Mam obowiązek stale o tym przypominać, bo w którymś momencie to miejsce, jako instytucja kultury, przestanie istnieć. I albo wróci do stanu sprzed czterech lat, czyli niszczejącego pustostanu z oknami zabitymi dechami, albo stanie się bankiem, klubem nocnym czy sklepem sieciówki, bo uprzejmość dewelopera, który nas tu trzyma może się skończyć. Jest biznesmenem, a nie mecenasem. Tymczasem Rada Warszawy nie może doprowadzić sprawy do końca i na stałe odzyskać to miejsce dla kultury, a moje pisma pozostają bez odpowiedzi – mówi z rozgoryczeniem.

I robi swoje, jak zawsze, czyli inwestuje w cudzy budynek, remontuje kolejne pomieszczenia, sprawia, że dla wielu widzów Teatr WARSawy w tym miejscu i z offowym klimatem jest już stałym elementem krajobrazu. Oczywiście z punktu widzenia biznesowego te większe remonty są absolutnie bez sensu, bo może zaraz znowu będzie się musiał wyprowadzać. Na remont idą środki własne stowarzyszenia, a nie dotacyjne. „Stowarzyszenie Teatru Konsekwentnego jako organizacja pożytku publicznego o charakterze non – profit produkuje spektakle i utrzymuje się ze środków własnych oraz dotacji” widnieje w statucie. - Od Biura Kultury dostaliśmy granty na działalność teatralną w latach 2017-2019 (2,6 mln zł), ale na administrację i prowadzenie budynku musimy przeznaczać pieniądze z biletów, wynajmu sceny, spektakli wyjazdowych.

W styczniu 2016 roku miasto st. Warszawa podpisało wreszcie umowę przedwstępną z Serenusem. Deweloper miał w zamian za nieruchomość przy Rynku Nowego Miasta otrzymać działkę przy ulicy Długiej, w pobliżu Arsenału (nie objętą, co ważne, roszczeniami) i na podstawie sporządzonego operatu szacunkowego dopłacić miastu ok. 19,2 mln zł (deweloper twierdzi, że to nieadekwatna do wartości kwota, ale ostatecznie zgodził się na nią). Zanim doszło do podpisania umowy przedwstępnej, wydzielono grunt, wystąpiono o warunki zabudowy; doszło nawet do spotkania z przedstawicielami Związku Powstańców Warszawskich, jako z tymi, dla których budowa obiektu w miejscu mogłaby powodować dyskomfort.

Również w styczniu 2016 roku, zgodnie z przepisami, sprawa trafiła do Rady m.st. Warszawy (ze względu na dużą wartość transakcyjną planowanej do nabycia nieruchomości, jej zgoda jest niezbędna). I tam utknęła.

Choć mieli m. in. rekomendację Biura Kultury i mają ją do dziś:"Doceniamy Teatr Warsawy jako jeden z najciekawszych i ważnych ośrodków kulturalnych, który wspieramy w postaci grantów przyznawanych tej instytucji. Decyzja dotycząca pozyskania przez teatr nieruchomości, którą dziś zajmuje, wymaga zgody radnych. Zawsze podkreślaliśmy, że miejsce to powinno pełnić funkcje kulturalne. Mamy nadzieję, że uda się znaleźć rozwiązanie, które na to pozwoli "– odpowiada na moje pytanie Biuro Kultury.

Radni odesłali projekt uchwały w sprawie nabycia przez m.st. Warszawa prawa użytkowania wieczystego nieruchomości, do dalszych prac w Komisji Gospodarowania Nieruchomościami. Jak mówi mi przewodniczący tej komisji dlatego, że radni mieli wątpliwości co do formy bezprzetargowego zbycia nieruchomości przy ulicy Długiej oraz ze względu na brak przedstawienia przez Ratusz koszów remontu budynku przy Nowym Świecie. Nagle w maju 2016 roku, Rada przyjęła stanowisko, w którym postuluje nabycie po jak najniższej możliwie cenie przez m.st. Warszawę tej nieruchomości „celem ratowania tego ważnego miejsca”. I zwraca się do Pani Prezydent m.st. Warszawy o podjęcie kroków zmierzających do nabycia przez m.st. Warszawę rzeczonej nieruchomości. Problem w tym, że Serenus przez 8 lat prowadził negocjacje nie w sprawie sprzedaży, a w sprawie zamiany i praw do użytkowania wieczystego sprzedawać nie chce, bo jak mówi jego rzeczniczka, nie zmienia się reguł w trakcie gry. Od tamtej pory do dziś, jak mówi Mariusz Frankowski z KRG, sprawa nie była tematem obrad tej komisji.

Pat, który eskalował pod koniec roku 2016 tak mocno, że wydawało się, iż dni Teatru WARSawy są policzone na Rynku Nowego Miasta, trwa. Dalsze działania w tej sprawie zależne są od stanowiska Rady m.st. Warszawy i nie ma znaczenia, że zdaniem pełnomocnika spółki zamiana jest jedyną akceptowalną przez nich formą zbycia przedmiotowej nieruchomości na rzecz m.st. Warszawy, i że Biuro Mienia i Skarbu Państwa m.st.Warszawa podtrzymuje chęć zamiany nieruchomości w kolejnym, całkiem świeżym liście intencyjnym z lipca 2017. Bez decyzji Rady m.st. Warszawy, nie ma mowy o finale rozmów.

Dość szybko można wysnuć wniosek, że teatr jest chyba dla miasta kurą, która znosi złote jaja; przy śladowych nakładach istnieje, misja kulturalna na Starówce, która jest pustynią kulturalną i stołówką, jest realizowana, więc to całkiem wygodne rozwiązanie. - Adam ma jedną cechę, której brakuje większości twórców i reżyserów, z którymi pracowałem: nieprawdopodobny urok osobisty i wdzięk. To tak zjednuje mu ludzi, że Sajuka nie da się nie ubóstwiać. Ten teatr dawno by już przestał działać, gdyby nie postać dyrektora. Potrafi rozmawiać z developerem, z przedstawicielami miasta; rozmawia z taką swadą i wdziękiem, że mu dalej ten teatr pozwalają prowadzić. Nie zmienia to faktu, że teatr Sajnuka, to jedna z najważniejszych propozycji teatralnych w Warszawie – podsumowuje Grzegorz Małecki.

Adam Sajnuk właśnie pracuje nad nową premierą. „Samotność długodystansowca” .