Przez dwie godziny spektaklu cały czas stoi. Ubrana w top, dresowe spodnie z lampasami, a do tego białe, ślubne szpilki. Jak kule u nogi. To nie znaczy, że przed ślubem życie Pauli Spencer było bezproblemowe, ale dramat, który zaczął się za sprawą jej męża, przerósł wszystko.

Aneta Todorczuk jako Paula Spencer, 40-letnia wdowa, matka czworga dzieci, z prędkością karabinu maszynowego wyrzuca z siebie opowieść kobiety po przejściach. Jakby się bała, że nie zdąży opowiedzieć jak było naprawdę. Obawa jest uzasadniona, jako że dotąd nikt jej słuchać nie chciał. Nawet wtedy, gdy pobita trafiała do szpitala, a jej oczy błagały lekarzy „Zapytajcie mnie” - nie pytali… Ignorowano siniaki, ignorowano fakt, że „wpadnięcia na drzwi” zdarzają się zbyt często, ignorowano ją samą, pozwalając na obecność w szpitalu męża-oprawcy. Teraz jej lament rozbrzmiewa.

Książka Roddy'ego Doyle'a, na podstawie której scenariusz muzodramu „Kobieta, która wpadała na drzwi” przygotował i wyreżyserował Adam Sajnuk, ukazała się w Irlandii w 1996 roku. Musiała być wydarzeniem społecznym i literackim. Pokazywała realia zdecydowanie różne od oficjalnego obrazu, obowiązującego w konserwatywnym kraju, w którym Kościół katolicki miał mocny głos. Dziś Irlandia się zmieniła. W 2015 roku ratyfikowała Konwencję o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. I co ważne, żadne środowiska przeciwko niej nie protestowały. Od stycznia tego roku za przemoc domową uznaje się też przemoc psychiczną i emocjonalną.

A w Polsce? Choć ostatecznie także w 2015 roku ratyfikowano konwencję, to opór środowisk kościelno-konserwatywnych był ogromny, bo wg nich dokument miał godzić w rodzinę, podważając wartości, na których zbudowana jest cywilizacja. To myślenie pokutuje niestety do dziś, a modelowym przykładem jest gmina Zakopane, która jako jedyna w Polsce odrzuca uchwałę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Nie ma uchwały, nie ma przemocy.

Dlaczego w recenzji teatralnej przywołuję te fakty? Bo za sprawą Adama Sajnuka i Anety Todorczuk, spektakl – muzodram – jak go nazwali twórcy, stał się nie tylko jedną z lepszych propozycji warszawskiej sceny teatralnej, ale też głosem kobiet, które nadal w czterech ścianach domu są ofiarami najbliższych sobie – wydawałoby się - ludzi.

Todorczuk zbudowała postać Pauli jako kobiety słabej i silnej jednocześnie. Na pytanie: dlaczego nie odeszła od oprawcy, niestety nie ma prostej odpowiedzi, bo uzależnienie i uleganie szantażowi emocjonalnemu jest nie tylko doświadczeniem Pauli. Poczucie winy, syndrom ofiary, która nadal kocha oprawcę i win szuka w sobie, uzależnienie emocjonalne od męża to typowe w przemocy domowej. Jakkolwiek to zabrzmi – Paula miała szczęście, bo mąż zginął, zanim zdążył ją zabić.

Wychowana na ulicach Dublina lat 70. XX wieku, Paula od dziecka uczyła się jak przetrwać w mieście kontrastów; dziwnej mieszance zadawnionych ran z historii relacji irlandzko-brytyjskich z początku XX wieku (fenomenalna piosenka „Foggy Dew” nawiązująca do tych wydarzeń, ale jakże dobrze wpisująca się też w życiorys Pauli, w aranżacji chyba lepszej niż oryginał O’Connor !), przemocy, braku perspektyw dla ludzi z przedmieść.

Strumień świadomości odsłania obraz kobiety poniżonej, ale i walczącej o godność. Z początku nieśmiało, potem bardziej świadomie. Niezwykłą siłę daje jej miłość do dzieci i odpowiedzialność za nie. Studium przemocy, co jakiś czas przełamywanej żartami Pauli z samej siebie, co tylko jeszcze powiększa tragizm sytuacji, tworzy sinusoidę emocji trudnych do udźwignięcia. Aneta Todorczuk wykonuje na scenie bardzo dobrą i naprawdę ciężką pracę.

Genialnym rozwiązaniem jest rozbicie konwencji, dzięki piosenkom irlandzkiej piosenkarki Sinead O’Connor, które Aneta Todorczuk śpiewa w muzodramie.

Nikt inny nie pasowałaby do tego spektaklu bardziej. Pochodząca z Dublina O’Connor czuje to miasto tak dobrze jak Doyle. Ale te same miejsca i te same problemy opisuje w swoich piosenkach zupełnie inaczej. Trudna historia, problemy społeczne, osobisty żal nagromadzony w przeszłości, znalazły odzwierciedlenie w tekstach, ale jej piosenki pełne są symbolicznych, onirycznych wręcz obrazów. Siłę, złość i bunt słychać za to w gardłowym śpiewie O’Connor. I Todorczuk.

Kiedy przerywa tekst i zaczyna śpiewać jej twarz łagodnieje. Nie odchodzi od problemów, ale za sprawą muzyki opowiada o nich w metaforyczny, poetycki sposób, wyciszając nieco emocje. Pomysł reżysera, by ta muzyczna część stała się kontrapunktem dla monodramu jest rozwiązaniem doskonałym. Muzyka, w większości pochodząca z płyty "Universal Mother", staje się lirycznym dopełnieniem opowieści.

Todorczuk zachwyca interpretacjami piosenek. Jej mocny, głęboki głos, o wspaniałej barwie, korespondujący z klimatem irlandzkich pieśni robi ogromne wrażenie. Podobnie jak muzyczna wrażliwość i duża skala. Todorczuk nie po raz pierwszy śpiewa w teatrze, ale ta rola jest niezwykle dojrzała, zarówno w warstwie emocjonalnej, jak i technicznej. Autorką bardzo dobrych tłumaczeń jest Pola Mikołajczyk. Fenomenalne aranżacje piosenek przygotował Michał Lamża, który wraz z zespołem muzycznym, występuje na żywo podczas spektaklu. Mój zachwyt zespołem Michała Lamży (instrumenty klawiszowe), w skład którego wchodzą też: Joachim Łuczak (skrzypce), Wojciech Gumiński (kontrabas), Szymon Linette (instrumenty perkusyjne) rośnie z każdym spektaklem z ich udziałem.

„Kobieta, która wpadała na drzwi” w Teatrze WARSawy to prosta w formie, choć będąca wyzwaniem jeśli chodzi o nagromadzenie emocji, opowieść o niełatwym dzieciństwie, trudnej młodości i dramacie dojrzałej kobiety. Opowieść o małżeństwie, alkoholizmie, przemocy i determinacji, by odzyskać poczucie godności. Paula ją odzyskała. Znalazła w sobie siłę. Posłuchajcie Todorczuk, jak śpiewa "Red Football", wtedy zrozumiecie jak Paula przełamała siebie, jak dała nadzieję i siłę sobie i innym kobietom. „I'm not no red football, to be kicked around the garden” (Nie jestem czerwoną piłką, którą kopie się w ogrodzie…”). Teraz wreszcie może zdjąć szpilki i usiąść.