A także na Marsa – Nkoloso nie zamierzał zadowalać się półśrodkami. „Zambia przyszłości to Zambia ery kosmicznej, bardziej zaawansowana niż Rosja i Ameryka. W rzeczywistości w mojej akademii nauk już myślimy sześć lub siedem lat do przodu w porównaniu z obiema potęgami. To nieszczęście dla Lusaki, że nie miałem szansy kandydować na burmistrza. Gdybym został wybrany, stolica Zambii szybko stałaby się nowym Paryżem, jeśli nie kolejnym Nowym Jorkiem” – tłumaczył w opublikowanym na łamach prasy manifeście, w którym wychwalał zarówno swój kosmiczny plan, jak i polityczne talenty.

Treningi zdobywców kosmosu były wyczerpujące: zachowanie w stanie nieważkości ćwiczono na huśtawkach z opon traktora oraz w beczkach po oleju staczanych z wysokiego wzgórza. W ten sposób testowano również koty: nieszczęsne zwierzęta miały być towarzyszami podróży pierwszego afronauty; to zaszczytne miano przypadło ostatecznie 17-letniej dziewczynie o imieniu Matha Mwambwa. Na Marsa miał również polecieć chrześcijański misjonarz, ale z wyraźnym przykazaniem, żeby nie nawracać mieszkańców Czerwonej Planety siłą.

Nkoloso szczycił się przyjaźnią pierwszego prezydenta niepodległej Zambii Kennetha Kaundy i próbował tę znajomość wykorzystać. Ale los rzucał mu kłody pod nogi: UNESCO nawet nie odpowiedziała na prośbę o grant w wysokości 7 mln zambijskich funtów, nie udało się również zdobyć wsparcia prywatnych sponsorów (podobno Nkoloso próbował uzyskać w ten sposób prawie 2 mld dol.). Ostatecznie od działań ambitnego badacza odciął się nawet rząd, zakazując odpalenia rakiety zaplanowanego na dzień ogłoszenia niepodległości. „Myślę, że bali się kurzu i hałasu” – donosił Nkoloso, lecz przyczyn swojej porażki doszukiwał się także w działalności sowieckich i amerykańskich szpiegów.

Magazyn DGP 16.06.17

Magazyn DGP 16.06.17

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Cała ta historia brzmi jak scenariusz jednego ze skeczy Monty Pythona. A jednak wydarzyła się naprawdę, choć dziś w Zambii niewiele osób o niej pamięta, a większość jej głównych bohaterów już nie żyje. Ich śladem w fenomenalnych „Afronautach” wyruszył Bartek Sabela, by przekonać się, jak szybko fakty zmieniają się w mit. Po budowanej z aluminium i miedzi rakiecie D-Kalu 1 nie ma śladu. Po całym programie zostało kilka wycinków prasowych, parę reportaży napisanych przez wyraźnie rozbawionych dziennikarzy z Zachodu i fragment programu telewizyjnego. Lusaka nie stała się stolicą najbardziej zaawansowanego kosmicznie kraju świata, Amerykanie i Rosjanie po nauki do Zambii nie przyjeżdżają, a  kraj, uważnie i z empatią przez Sabelę opisywany, do dziś boryka się z postkolonialną spuścizną. Historię Akademii Nauki, Badań Kosmicznych i Filozofii łatwo zbyć wzruszeniem ramion, Edwarda Nkoloso potraktować jak szaleńca, ale „Afronauci”, czytani z perspektywy Warszawy opisują świat zaskakująco znajomy. Oto bowiem w kraju stojącym u progu wielkich zmian pojawia się wizjoner, który wierzy, że może osiągnąć wszystko, co zaplanuje. I nie patrzy przy tym ani na polityczne realia, ani na techniczne możliwości, ani wreszcie na naukowe ograniczenia. Narodowa duma z wolna zamienia się w popis patriotycznej bufonady, świetnie nam znanej w wykonaniu polityków, którzy a to udowodnią, że Francuzów nauczyli jeść widelcami, a to obiecają produkcję nowoczesnych helikopterów, a to wydobędą węgiel, który mniej szkodzi – a jeśli coś nie wychodzi, to nie nasza, lecz „ich” wina. Zambijskie „wstawanie z kolan” miało w sobie przynajmniej jakiś pierwiastek romantycznego szaleństwa.

Nkoloso długo wierzył, że osiągnie cel. „Mój kosmiczny plan z pewnością będzie kontynuowany” – pisał. Warto pamiętać, że nie zostały po nim nawet kurz i hałas.

Bartek Sabela, „Afronauci. Z Zambii na Księżyc”, Czarne 2017