19 sierpnia 1975 roku samolot Ił-62 z winy pilota rozbił się podczas podchodzenia do lądowania pod Damaszkiem. Na pokładzie był Konrad Swinarski. Leciał na festiwal Sziraz, gdzie za rok miano pokazywać jego „Dziady”
Premiera „Dziadów” w krakowskim Starym Teatrze odbyła się w lutym 1973 roku. Miałem wtedy trzy miesiące. Premiera „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego miała miejsce 30 maja roku kolejnego. Miałem niespełna dwa lata. Teatr Konrada Swinarskiego uświadomiłem sobie zatem po kilkunastu latach. W liceum już wiedziałem, co chcę robić w życiu. Poznałem wtedy telewizyjne zapisy „Dziadów” i „Wyzwolenia”, nawet one były jak uderzenie pioruna. Przedstawienia totalne, a jednak dalekie od pustego eksperymentu, pokorne wobec literatury, a przecież absolutne autonomiczne. Stawiające widzowi najwyższe wymagania, a przecież zwrócone ku publiczności, przede wszystkim komunikatywne. Jakiś czas później już studiowałem, usłyszałem wtedy, jak o Swinarskim mówi mój mistrz w zawodzie krytyka, Andrzej Wanat. Człowiek zazwyczaj oschły i ostry, co nie wyklucza wrażliwości, opowiadał o artyście z niezwykłą miękkością, niezwyczajnym dla siebie przejęciem. Wtedy od niego usłyszałem, że ludzie Starego Teatru zawsze mawiali o nim nie Konrad, ale Kondzio. I do dziś zastanawiają się regularnie, co zrobiłby w takiej sytuacji Kondzio, jak oceniłby ich artystyczne wybory. Minęło czterdzieści lat, tymczasem Anna Polony mówi wprost, że się ze Swinarskim nie rozstała i nie rozstanie się z nim nigdy. Jerzy Trela, Gustaw-Konrad z „Dziadów” i Konrad z „Wyzwolenia”, dodaje, że Swinarski pozostał żywy w nich, jego aktorach. I nie ma w tym nic z podejrzanego patosu. Tak jest, najprościej jak się da.
W wieku sześciu lat stracił ojca. Karol Swinarski zmarł prawdopodobnie w wyniku zadawnionych ran wojennych. Dwa lata później matka kupiła dom w Wieliczce, gdzie Konrad spędził dzieciństwo i młodość. Artysta miał ten dom za własny punkt odniesienia, miejsce powrotu realnego albo wymarzonego, takie, wokół którego nieustannie krążył. Ponoć realizując „Hamleta”, którego nie dokończył, nieraz po próbach wsiadał w samochód i jechał do Wieliczki, żeby na ten dom patrzeć. W tym przedstawieniu – zapewne stałoby się jego opus magnum – najgłębiej spojrzał w siebie, najbardziej boleśnie chciał siebie samego dotknąć. Stąd powrót do rodziców i rodziny. Stąd pewnie jeszcze jedno przewartościowanie dzieciństwa i młodości.