Aktor Artur Żmijewski wraz z Michałem Urbaniakiem i Krzysztofem Chodorowskim zagrał w filmie "Mój rower" Piotra Trzaskalskiego. W wywiadzie aktor zdradza kulisy pracy nad filmem oraz mówi o zmieniającym się świecie mediów.

Bohaterami filmu "Mój rower" są dziadek, ojciec i syn. Skłóceni mężczyźni nie widzieli się od lat. Pewnego dnia spotykają się. Zaczynają rozmawiać i poznają się na nowo. Po wielu latach odnajdują nić porozumienia. Piotr Trzaskalski i Wojciech Lepianka otrzymali nagrodę za najlepszy scenariusz na 37. Gdynia Film Festival. Czy to właśnie tekst jest pańskim głównym kryterium przy wyborze propozycji?

Absolutnie zgadzam się z werdyktem jury na festiwalu w Gdyni. To jest najlepszy scenariusz, jaki od wielu lat czytałem. Po zapoznaniu się z nim miałem pewność, że nie trzeba w nim czegokolwiek zmieniać, nawet w wersji dialogowej, a to jest niezwykle rzadkie. Natomiast, jeżeli chodzi o moment wyboru propozycji, to głównym kryterium jest postać, którą mam zagrać. Ważne, by była interesująca, krwista, ciekawa i aby niosła ze sobą potencjał zmiany w bohaterze.

A co najbardziej spodobało się panu w postaci Pawła z "Mojego roweru"?

Przede wszystkim to, że z postaci jednoznacznie niesympatycznej, jaką jawi się na początku, przez wydarzenia, które mają miejsce, stara się trochę inaczej rozumieć ludzi. Zaczyna rozumieć nawet pewne motywy w postępowaniu swojego ojca, którego przez całe życie nie doceniał. Nagle inaczej patrzy na świat, na swojego ojca i na siebie przede wszystkim. To było niezwykle interesujące w tej postaci.

Zagrał pan w towarzystwie muzyka światowej sławy Michała Urbaniaka oraz młodego, początkującego aktora, Krzysztofa Chodorowskiego. Jak czuł się pan w takim towarzystwie?

Bez przesady mogę powiedzieć, że czułem się świetnie. Po raz kolejny zdałem sobie sprawę z tego, że co drugie pokolenie lepiej się rozumie. Dziadkowie z wnukami dogadują się dużo lepiej niż z rodzicami. Rodzice wychowują, a dziadkowie rozpieszczają. Kontakt jest zupełnie inny. Praca z Michałem i Krzysztofem była cudna. Chwilę przed zdjęciami uświadomiono mi, że jestem jedynym aktorem z zawodowym doświadczeniem w tym towarzystwie. Michał Urbaniak jest światowej sławy jazzmanem, ale nie ma doświadczenia aktorskiego, a Krzysiek dopiero co zdał do szkoły teatralnej. Okazało się jednak, że panowie radzą sobie świetnie i bez fałszywej skromności powiem, że stworzyliśmy naprawdę dobre trio.

Krzysztof Chodorowski przychodził do pana po radę podczas zdjęć?

Pewnego dnia na początku zdjęć przyszedł do mnie reżyser Piotr Trzaskalski i powiedział, że Krzysiek stresuje się w moim towarzystwie, że jest spięty. Poprosił mnie o rozmowę z Krzyśkiem. Rzeczywiście chwilę po tym poprosiłem Krzyśka na bok i przez godzinę, podczas przerwy, przegadaliśmy sobie wszystko. Od tego momentu wszystko było inaczej. Zaproponowałem mu, żebyśmy przeszli na "ty", aby zmniejszyć dystans. Po tej rozmowie nasze relacje nabrały zdecydowanie bardziej "kumpelskiego" charakteru.

Nic dziwnego, że był zestresowany. W końcu dopiero zaczyna swoją przygodę z aktorstwem...

Oczywiście. Sam pamiętam, gdy jeszcze byłem na studiach i przyszło mi grać z moimi profesorami. Też byłem bardzo zestresowany. Zastanawiałem się, czy mogę im dorównać, czy czegoś nie zepsuję. Gdy stawało się obok Andrzeja Łapickiego, Gustawa Holoubka, Krystyny Jandy czy Mai Komorowskiej, wiedziało się, że mierzy się z legendą i z umiejętnościami wielkich artystów.

Rozmowa z młodym aktorem była dla pana powrotem do wspomnień?

Wtedy na planie nie uświadamiałem sobie tego. Później, gdy zacząłem analizować pewne rzeczy, zrozumiałem, że od czasu moich początków minęło ponad 20 lat. Po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że czas nie stoi w miejscu. Oczywiście nie ma tu dla mnie niczego stresującego, jednak dość mocno się zdziwiłem. Na co dzień człowiek się nad tym nie zastanawia, bo kiedy co rano patrzy w lustro, to nie zauważa większych zmian. Jednak świat idzie do przodu, wszystko zmienia się razem z nami. Dopiero, gdy oglądamy zdjęcia sprzed dziesięciu czy dwudziestu lat, uświadamiamy sobie, że zmieniliśmy się i że świat wokół nas też się zmienił.

Trafia pan czasem w telewizji na swoje filmy sprzed kilkunastu lat?

Oczywiście. Doskonale widać jak zmieniło się kino i jego estetyka. Jednak przechodzę nad tym do porządku dziennego. Powrót do dawnych czasów jest niemożliwy nie tylko ze względu na moją fizyczność, która się zmienia, ale ze względu na świat, który zmienił się w sposób dla nas niezauważalny, jednak jest inny w każdym aspekcie.

A co sądzi pan o mediach, które przez ostatnie lata coraz mocniej ingerują w świat kultury i sztuki?

Świat mediów zmienił się diametralnie i należy się z tym oswoić. Media są niezwykle ekspansywne ale trzeba przyjąć to z dobrodziejstwem inwentarza, czy się to nam podoba, czy nie. Świat idzie w pewnym kierunku i albo człowiek się do tego przystosuje, albo straci kontakt z rzeczywistością. Mimo pewnego dystansu, wybieram to pierwsze.

Czy przez media znalazł się pan kiedyś w niekomfortowej sytuacji?

Nie przypominam sobie. Choć przyznaję, że nie czuję się komfortowo, gdy ktoś w natrętny sposób biega za mną z aparatem fotograficznym, zachowując się przy tym w napastliwy sposób. Ale nasza rozmowa przebiega w bardzo miłej i komfortowej atmosferze, co wielce sobie cenię.

Artur Żmijewski aktor filmowy, teatralny i telewizyjny. Absolwent PWST w Warszawie. Karierę rozpoczął w 1984 roku. Zagrał kilkadziesiąt ról, m.in. w filmach "Lawa", "Demony wojny wg Goi", "W pustyni i w puszczy", "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", "Katyń", "Świadek koronny". Największą popularność przyniosła mu rola Jakuba Burskiego w serialu "Na dobre i na złe", a później tytułowa rola w serialu "Ojciec Mateusz". Film "Mój rower" Piotra Trzaskalskiego z główną rolą Żmijewskiego wejdzie do polskich kin 16 listopada.